Avalon » Publicystyka » Artykuł

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część IV

"Wydarzenie tego roku". Tak zostało nazwane, na długo przed ukazaniem się pierwszego numeru. Rozrosło się w ilości tie-inów oraz rozciągnęło w czasie, dlatego przedstawiamy małe podsumowanie. W jednym miejscu znajdziecie wszystkie recenzje odnośnie tego eventu. Oto "Avengers Versus X-Men".

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część IV

TIE-INY - X-MEN


avalonpulse0245d%20%28Kopiowanie%29.JPGUncanny X-Men vol. 2 #11
Hotaru: Średnio to wyszło. O wiele lepiej, niż główna miniseria eventu, ale i tak średnio. Greg Land powinien mieć ustawowy zakaz rysowania kobiet. I mężczyzn. Niech specjalizuje się w kosmicznych kreaturach, bo te - przyznaję - wychodzą mu wcale nieźle. Gillen poradził sobie o wiele lepiej z pojedynkiem Colossus vs. Rulk, niż Aaron z Magneto vs. Iron Man. Ale spalił ten numer ostatnią zagrywką Scotta. Mam wrażenie, że chybił nią cel o całe kilometry. "This is how the world ends"? Litości...
Krzycer: Można psioczyć na Landa (i często to robię), ale scyttoraczony Colossus mu wyszedł, że hej! Jego starcie z Rulkiem to zdecydowanie gwóźdź programu. Poza tym fajnie wypada fragment z perspektywy Namora. Natomiast końcówka -  intryguje... ale samo obwieszczenie wystosowane przez Cyclopsa do świata... Krajst. Kim Dżong Il był zręczniejszym dyplomatą. Jeśli okaże się, że sprawdzą się przypuszczenia niektórych użytkowników, i ostatecznie opinia publiczna zwróci się przeciw Avengers w tym konflikcie - i ta odezwa będzie częścią tego, co wpłynęło na ludzi - to popłaczę się ze śmiechu.
Wilsonon: Jak na razie najlepszy tie-in. Nie wiem, czy Rulk specjalnie wciągnął Juggerlossusa pod wodę, ale przeniesienie walki w okolicę fundamentów Utopii było wybornym zagraniem. Tylko czekać, aż Piotr dostanie szansę rewanżu w innym miejscu (Hickman liczę na Ciebie!). Ktoś w końcu pokazał jak niezwykle inteligentnym strategiem jest Scott. Myślącym i przygotowanym na wszystko. Liczę że Unit odegra jakąś większą rolę i przechyli zwycięstwo na stronę mutantów lub zrobi coś niezwykle nieoczekiwanego.
Land nie przeszkadzał zbytnio w odbiorze, ale to pewnie przez małą liczbę kobiet w tym odcinku. Ocena: 8/10.
Gil: I znów ten AvX… ledwie się zaczął, a ja już mam go serdecznie dość. W tej odsłonie głównie powtarza elementy dwóch pierwszych numerów głównej serii, trochę przynudza przemyśleniami, rzuca nieco nowego światła na okoliczności ucieczki Hope. No i ma jeden mocny punkt: Cythorakossus vs. Rulk. Właściwie to walka, jak walka, ale design Kolosa tutaj jest imponujący. Nie wiem, skąd Land go przerysował, ale zrobił wystarczająco duże wrażenie, by podnieść ocenę. Natomiast ten manewr z listem z końcówki? Co to ma niby zmienić? Ostatecznie dam 6/10, ale ocena jest podciągnięta.
Łukasz: Śmiem twierdzić, że to najlepszy tie-in do obecnego eventu Domu Pomysłów, ba nawet lepszy od numeru AvX #2. Bardzo dobrze przedstawiona jest warstwa emocjonalna, która odgrywa większą rolę, niż akcja. Choć tej drugiej nie brakuje. Podział akcji na przemyślenia bohaterów podczas konfliktu Avengers/X-Men to strzał w dziesiątkę. Pojedynek Rasputina z gen. "Czerwonym Hulkiem" Rossem aż kipi od emocji. Rysunki Grega Landa dobrze prezentują wszystkie strony konfliktu, zaś narysowana przez niego walką pod Utopią między dwoma najsilniejszymi przedstawicielami wrogich obozów, prezentuje się bardzo dobrze.

Uncanny X-Men vol. 2 #12
Hotaru: Co za mało imponujący numer. Jedyny dobry element to występ gościnny Apex, który wypadł naprawdę zabawnie. Greg Land nie rysował tu Colossusa w trybie Cytto, a to jedyne, co mu ostatnio wychodzi. Hepzibah chyba jest po jakimś praniu mózgu, nie kojarzę, żeby była nimfomanką. I czy przypadkiem She-Hulk nie powinna być w Westchester i obijać sobie twarzy o pięści Rogue?
Krzycer: Najpierw ponarzekam na Landa. Jak zwykle rysuje jedną kobietę, którą koloryści muszą potem farbować, żeby mogła być i Hepzibah, i Emmą Frost i Shulkie i kim tam jeszcze. Poza tym Hepzibah dotąd mówiła jakimś kaleczonym angielskim, Gillen zapomniał o tej stylizacji. Ale wszystko mu wybaczam za końcówkę, w której wnioski Apexa świetnie odzwierciedlają mój stosunek do "fabuły" AvX.
Gil: Ja już sam nie wiem, czy to, co tu widzę powinienem traktować jako autoparodię ze strony Gillena, czy powyrywać kartki z tego zeszytu i przeżuć je z wściekłością. Znowu głównym bohaterem numeru zostały chucie Namora! Jeden epizod z mackowatą królową podwodnej rasy jeszcze byłem w stanie wybaczyć (choć nie zapomnieć), ale już podchody do kotopodobnej kosmitki zaczynają mi pachnieć mokrym snem pryszczatego otaku. Co za dużo to niezdrowo. W dodatku, pointą numeru jest niezręczna sytuacja również o podtekście erotycznym. Aż się dziwię, że to w ogóle przeszło przez ratingi w purytańskiej Hameryce. No i kurcze, naprawdę nie wiem, czy on celowo to przerysowuje do granic absurdu, czy naprawdę myśli, że to jest zabawne? Aha, jeszcze jedno: w kontekście AvX bardzo rozczarowuje mnie taktyczny dobór drużyn. Postacie o podobnych zdolnościach są grupowane razem, podczas gdy strategia nakazywałaby maksymalnie urozmaicić każdy skład. Tutaj na przykład mamy samych heavy hitterów w jednym miejscu. I już nie wspomnę, że Shulkie powinna być gdzie indziej. Ostatecznie, ze względu na mocno mieszane odczucia, zdecyduje się na ocenę 4/10.avalonpulse0251d%20%5B1600x1200%5D.JPG

Uncanny X-Men vol. 2 #13
Hotaru: Poza kilkoma detalami - podobało mi się. Wolałbym, żeby walka Storm z mężem nie odbywała się poza kadrem (wiem, że będzie w AvX: Vs, ale dopiero za kilka miesięcy - czyżby rewanż?). Wolałbym, żeby zostało wyjaśnione, dlaczego po zajęciu Utopii przez Avengers nikt nie dokopał się do więzienia z Unitem. Wolałbym też, żeby mimika Danger podczas obijania dzieciaków była bardziej wymowna, bo teraz jest to tylko jeden kadr. Ale poza tym, świetne pogaduszki Storm, Magneto i Psylocke. No i Unit jak zwykle nie zawodzi.
Krzycer: Fajny numer, ale jak już uwzględnimy końcówkę to wychodzi, że w całości służył wyłącznie ekspozycji Unita. Chciałoby się czegoś więcej.
Poza tym Magneto, Storm i Betsy siedzą przy ognisku i wymieniają się historiami i narzekają, że nie mogą wziąć udziału w wydarzeniach... ale przez cały numer nie ma wyjaśnienia, czemu Psylocke nie może skontaktować się telepatycznie z Pixie.
Mimo to czytało mi się ten numer bardzo dobrze. Nadal sporo brakuje do poziomu - i uroku - Journey into Mystery, ale to po części dlatego, że Uncanny podlega ciągle temu, co dzieje się z x-tytułami i Gillen ma chyba ograniczone pole do popisu. Co powiedziawszy, czekam na numer którego bohaterami będą Magneto współpracujący z Nemesisem.
Wilsonon: Gillen znowu sprząta po głównej serii eventu. Opowieść Unita świetnie tłumaczy (niektórych rzeczy można się domyśleć), co się stało na Księżycu. W następnym odcinku wrzucają Sinistra i jestem ciekaw jak to się rozwinie.
Co do grafiki, wymienię kilka rzeczy, które mi się nie podobały. Dwie podstawowe to kijowe ujęcie dynamiki postaci i głowa Unita.
Volf: No proszę, z tej perspektywy te wydarzenia z crossovera niemalże zaczynają mieć sens. Chociaż nadal są głupie. No, ale to nie wina Gillena. Sam numer jest całkiem w porządku. Dialogi między pozostawionymi na ziemi X-Men są ciekawe, Unit jak zwykle jest intrygujący, a kadry powielające historię z AvX przynajmniej tutaj jakoś wyglądają.
Gil: Oto numer, który powinien nosić tytuł "Meanwhile In Utopia". Poza kilkoma przebitkami, nawiązującymi do wychodzącego równolegle numeru AvX, większość zeszytu skupia się na pogaduchach. To między potłuczonymi X-Manami w starym magazynie, to znów dzieciakami i Hannibalem Tosterem na Utopii. Ten pierwszy wątek wypada całkiem nieźle, głównie za sprawą bełkoczącego Nemesisa i "I jest" Magneto. Drugi każe zadać oczywiste pytanie: jakim cudem nikt nie znalazł Unita i dlaczego nikt nie pilnował Utopii? I to już jest mocno naciągane. A ponieważ nie przepadam za Tosterem, jego przekozactwo mnie drażni. Ciężko jednak powiedzieć, żeby działo się tu coś bardzo złego lub głupiego, a i wygląda nie najgorzej (poza dziwnym zachowaniem hełmu Magsa), więc byłoby niesprawiedliwością wystawić mniej niż 6/10.
Arachnid: Numer skupiający się na rozmowach między bohaterami, którzy zostali na Ziemi. Dialogi są całkiem ciekawe. Szczególnie podobała mi się scena z bełkoczącym Nemesisem. I to chyba jedyny plus scen w magazynie, bo poza tym wszyscy siedzą i narzekają, jak to dostali bęcki od Avengers oraz jak to nie mogą być z resztą na Księżycu. Druga rozmowa pomiędzy Unitem a młodymi bohaterami wypada za to całkiem nieźle. Postać Unita jest nadal bardzo ciekawa. Ogólnie numer ten jest całkiem nienajgorszy. Przyjemna lektura.

Uncanny X-Men vol. 2 #14
Hotaru: Kurcze, to był naprawdę świetny numer. Uncanny X-Men bez X-Men, ale Sinister wystarczył w zupełności. Do tego Dustin Weaver genialnie zilustrował to, co sobie Gillen wykoncypował, dodając od siebie mnóstwo budującej klimat poetyki. Zły jestem jednak na sam sposób narracji, bo nie mam pomysłu, jak mam przez to podejść do pisania streszczenia. Panie Gillen, nie ułatwiasz mi roboty...
Krzycer: Świetny numer. Pokazuje na czym polega pomysł "Sinister is a system" z niespodziewanej perspektywy - ten wątek przypomina klasyczne antyutopie. A potem dowiadujemy się, o co konkretnie chodzi Sinisterowi, i choć w sumie jest to sama ekspozycja (i to sprowadzająca się do tego, że Essex gada sam do siebie), to ujawnia fajne, świetnie przedstawione pomysły. Menażeria Sinistera, mozaika z Hope, wreszcie odsłonięcie dam dworu... Fantastyczne. Dustin Weaver nie zawsze mi pasuje, ale ten numer wyszedł mu zachwycająco. I choć nie jest to taki Sinister, jakiego sobie zawsze wyobrażałem, to nie można Gillenowi odmówić, że ma na niego pomysł.
"I left him brain damaged, because mister LeBeau always did lean that way."
Ten tydzień zdecydowanie należy do Gillena. I chyba nawet bardziej spodobał mi się ten komiks niż JiM. Uncanny X-Men komiksem tygodnia? No proszę.
Volf: Numer poświęcony wyostrzaniu apetytu przed kolejnym. Prosta, zdawałoby się zapychająca historyjka na początek, trochę za dużo monologów wprawiających w lekkie znużenie i myśl, że numer mógłby się już skończyć. Aż do zakończenia, które robi takie wrażenie, że aż wcześniejsze zanudzanie wydaje się być zaplanowane. Gdyby nie to, że tie-iny mają nie mieć dużego wpływu na event, to powiedziałbym, że to właśnie mogłoby być wydarzenie, które doprowadzi Phoenix Five do utraty kontroli.

Uncanny X-Men vol. 2 #15
Hotaru: Po spektakularnych rysunkach Dustina Weavera w poprzednim numerze, trochę żal patrzeć na charakterystyczną kreskę Daniela Acuñy. Kreskę, która może się podobać, ale która do mnie nie przemawia. Nie jestem też pewien, czy odpowiada mi kierunek, który dla tej historii wyznaczył Kieron Gillen. Phoenix Five pojawia się w innych tie-inach i w głównej miniserii, tutaj wolałbym skupienia się na pozostałych członkach Extinction Team. Te kilka scen z ich udziałem zdecydowanie jest najlepszych w tym numerze. Chociaż przyznaję, że pertraktacje Colossusa z Cyttorakiem też były świetne.
Krzycer: Bez rewelacji - zakładam, że na to będzie pora w następnym numerze. Ot, po prostu rozwinięcie wątków. Choć przykro się robi na widok nie mających nic do roboty Magneto, Storm, Psylocke i Danger. Poza tym... "To the Siege Courageous!". Jakie to... ojej. Czy tylko mi się wydaje, że jak dotąd ten event przede wszystkim pokazuje, że Cyclops zawsze chciał być Robinem?

Uncanny X-Men vol. 2 #16
Hotaru: Awatary Phoenix Force wydają się w tym komiksie wyjątkowo mało boskie. Rozumiem, że to celowy zabieg Gillena, który w ten sposób chce wprowadzić do akcji pozostałych członków Extinction Team, ale mam wrażenie, że mogłoby to być odrobinę bardziej subtelne. Co się tyczy strony graficznej, to w sumie nie mam uwag. Daniel Acuña ma specyficzny styl i wystarczy to przyjąć na klatę, żeby móc z nim współpracować i czerpać przyjemność z jego kadrów. Kadrów, które są tu o wiele lepsze, niż w Avengers Bendisa.
Krzycer: Ciekawe, czy gdziekolwiek w evencie zobaczymy taką skalę wydarzeń, co tutaj. Niby Namor topi Wakandę, ale nigdzie Phoenix Five nie korzystają z mocy tak kreatywnie. Gdybym miał się czepiać, wyraziłbym życzenie, by ilustrował to ktoś inny, ale szczerze mówiąc rysunki Acuñy też zrobiły na mnie wrażenie w paru miejscach.
Dobra rzecz. Bez związku z wydarzeniami z głównej minii, ale jak to czasem z tie-inami bywa - warto po nie sięgnąć, by wyobrazić sobie, czym event mógłby być, gdyby pisali go lepiej dobrani ludzie/redaktorzy.
Gamer2002: Zeszyt "wpadł mi do ręki". To było super. Sinister bawi się w Silver Age'owego Dooma z laserem zagłady na zamczysku i wszystkim. Najzabawniejsze, że tutaj znowu cały plan Phoenix Five się rozbija o Namora. Jest to młócka, ale strasznie fajna młócka. 7/10.

Uncanny X-Men vol. 2 #17
Hotaru: Nie takiego zakończenia się spodziewałem. Extinction Team w osobach Magneto, Storm, Psylocke i Danger okazali się zwykłym mięsem armatnim, dywersją... i to nawet nie grzeszącą inteligencją. Głowny wątek Sinistera też w moich oczach nie doczekał się satysfakcjonującej konkluzji. Spodziewałem się po Kieronie Gillenie więcej. O wiele więcej. Jak w przypadku Ultimates i tutaj dano nam dwóch rysowników (plus jednego pomocnika), których style nie mogłyby być chyba bardziej odmienne. Nie świadczy to najlepiej o Nicku Lowe.
Krzycer: Hm. Z jednej strony poszło zbyt łatwo, z drugiej strony - Phoenix jest potężny, o czym mało kto w AvX pamięta, i gdyby Sinister improwizując długo stawiał opór nie byłoby tego tak wyraźnie widać. Za to część z niesfeniksionymi członkami Extinction Team była bardzo przyjemna.
Volf: Nie podobało mi się. Zdecydowanie wolałbym, żeby zakończenie wątku Sinistra rozegrało się bez udziału Phoenix Force, tak mamy tylko kolejną historię, w której Phoenix Five zostaje drastycznie osłabione, żeby historia mogła mieć w ogóle jakiś sens. No i kwestia Madelyne, totalnie zignorowana - liczyłem, że Gillen pociągnie to raczej w kierunku rozterek Cyclopsa. Za to elementy poza-eventowe świetne - Unit jak zwykle zabłysnął, ale to Psylocke miała genialną scenę.
Avengers: Udane zakończenie wątku Sinistera wprowadzonego razem z pierwszym numerem serii. Zgodnie ze swoją obietnicą, Cyclops doprowadził do uśmiercenia Sinistera, Creation Engine i wszystkie inne jego zabawki zostały zniszczone. Ta historia pokazuje jak wielkim zagrożeniem jest Phoenix Force i dlaczego trzeba ją powstrzymać. Świetnie komponuje się z tonem głównej serii Avengers Vs. X-Men. Z zaciekawieniem wyglądam końcówkę crossovera.

avalonpulse0265e%20%5B1600x1200%5D.JPGUncanny X-Men vol. 2 #18
Hotaru: Fe-no-me-nal-ne! Jeśli ktoś jeszcze wątpił, Kieron Gillen potrafi genialnie szarpać za struny emocji. Rozmowa Cyclopsa z Magneto to przedsmak, szokująca i odrażająca kolacja Scotta i Emmy to drugie, ale cała sekwencja z rodzeństwem Rasputin to w moich oczach mistrzostwo świata. Ostatni raz Illyana była tak cudownie pokręcona, kiedy Zeb Wells pisał New Mutants i myślałem już, że odzyskanie duszy skreśli ten aspekt tej postaci. Na szczęście myliłem się. Magik jest to postacią tak ludzką, tak tragiczną, tak skrzywdzoną i tak spójną, że... aż słów brakuje. Numer nie tylko czyta się świetnie, ale też świetnie wygląda, co jest w równym stopniu zasługą rysownika Rona Garneya, co i kolorystów Keitha i Hollowella. To najlepszy numer Uncanny od czasu restartu numeracji.
Krzycer: Ok, to jest najlepszy AvXowy komiks w tym tygodniu. Przedstawienie potęgi sfeniksionych mutantów przez pokazanie, jak niewiele uwagi wymaga od nich tocząca się bitwa. Do tego ta rozmowa wyraźniej pokazuje motywacje Emmy i Scotta, i to, co dzieje się w ich głowach (w kwestii kontrolowania się i wpływu Feniksa).
Do tego jeszcze bardziej szalona niż zwykle (niż wcześniej?) Illiana oraz "I'm nothing like you. I'm winning!", które powinno zostać kultową sceną. I wychodzi kolejny tie-in lepszy od głównej mini. Co (jak to zwykle z eventami bywa) nie jest szczególnie trudne.
Gil: Wreszcie ktoś pokazał trochę wiarygodnych emocji, stojących za działaniami Feniksów. Ma to swoje plusy i minusy, bo na przykład pokazuje, jak marginalna była rola Namora, ale w większości wypada dobrze. Wątek Piotra i Illiany wreszcie ma sens i jakby w promocji, od razu dostaje też drugie dno. I to jest fajne, bo rzeczywiście pasuje do postaci i coś wyjaśnia. Jeśli chodzi o relację między Scottem i Emmą, to jest ona dość mocno skrzywiona, ale podejrzewam, że tak właśnie ma być, bo pasuje to do równoległych wydarzeń w AVX. I też dokłada do nich coś na plus. Co mi się natomiast nie podobało, to rysunki, które są strasznie nierówne i sugerują nanoszenie poprawek w ostatniej chwili. Ale ostatecznie, mogę dać nawet 7/10.
jdtennesse: Hmm... Numer trochę poszatkowany... Historia dzieje się niby po AvX11, ale też chyba trochę przed. Najpierw spowiedź Petera, to akurat zrozumiałe, zawsze był "gentle soul", ale zaraz potem przemiana i atak... Czy Illyana jest szalona? Każdy przebywając wśród demonów chyba by zwariował. Wydawało się, że jest szansa na pogodzenie, ale jednak nie, dlaczego...? Ktoś tu czegoś nie rozumie, może ja. A potem kolacja przy świecach... Uśmiałem się, nie ma co... A cios w plecy w wykonaniu Scotta to chyba trochę za dużo... Chociaż to pewnie Phoenix a nie Scott... Za bardzo to wszystko pokręcone. Właściwie to po co w ogóle ten numer został napisany? Według mnie nie wniósł niczego do całej historii. No może fragment z Emmą o zdradzie i Illyaną. Jeśli chodzi o rysunki to na początku nawet mi się podobały, lubię ten styl ołówka kiedy zapominają o inkerze. Ale momentami lenistwo rysownika powala na kolana - na jednej ze stron(prawy górny panel) Storm traci jakiekolwiek kształty - wygląda jak bobas w kaftaniku. Ogólna ocena to chyba 3/10.
avalonpulse0268e%20%5B1600x1200%5D.JPG
Uncanny X-Men vol. 2 #19
Hotaru: Kiedy czytałem ten numer po raz pierwszy, w ogóle mi się nie spodobał. Dopiero przy drugim podejściu, kiedy zacząłem go streszczać, coś zaskoczyło i zacząłem odbierać na falach, na których nadawał Kieron Gillen. I było o wiele lepiej. Tytuł - "Pasja Scotta Summersa" - jest może trochę mylący, bo to nie umysł Scotta podglądamy. To, w co Phoenix Force go przekształciła, nie można nazwać tym imieniem. Gospodarz Dark Phoenix jest w tej chwili kompletnie szalony i Gillen w spółce z Eagleshamem świetnie to oddają. Co więcej, to szaleństwo nie opuściło go kompletnie nawet wtedy, kiedy zrobił to Feniks. Chętnie wróciłbym jeszcze kiedyś do tego wątku, jeśli trafi w ręce równie dobrego scenarzysty.
S_O: Jak każda porządna Pasja, ta Scotta Summersa również zakończyła się krzyżem. Nie tak dużym, do jakiego jesteśmy przyzwyczajeni i nieco pochyłym, ale liczą się dobre chęci.
Przedstawienie tracącego rozum Scotta naprawdę świetne, gościnny występ pewnego rudzielca to również miły ukłon w stronę fanów. Gdyby tylko Gillen dostał do napisania ten event...
Krzycer:Gillen to the rescue! Poszerza finał AvX, dodaje trochę więcej wpływu Jean (Cyclops odbił się od ściany White Hot Roomu? Nie mam pojęcia, co to ma znaczyć, ale biorę, co mi dają). A przede wszystkim robi ze Scotta prawdziwego zwycięzcę AvX. Utopia spełniła swoje zadanie, obroniła resztki mutantów wystarczająco długo, by doczekali renesansu mutantów, który dokonał się dzięki Phoenix i Hope (no i Wandzie). Cyke miał rację, ocalił mutantów i dał im przyszłość a my dostaliśmy lepszy finał eventu.
wolvie111: Bardzo dobra, lepsza wersja końca eventu. Świetnie przedstawiony finał z perspektywy Scotta. Scotta nie Dark Phoenixa. Jest mi go po prostu żal i żal mi tej postaci, którą scenarzyści postanowili za wszelką cenę złajdaczyć jak się tylko da. Tu dostajemy Scotta, który przyczynił się do odrodzenia rasy mutantów. Miał rację, Phoenix miał pomóc, miał znaleźć się w Hope. Gdyby nie Avengers do całej tej wojny, by nie doszło. Hope jako jedyna miała nad nim zapanować i odrodzić swoją rasę, a gdy ją w końcu dostała to właśnie to uczyniła. Szkoda tylko, że nie pokazali Jean, ale podobało mi się "Tell Logan I love the school's name". Właściwie to się wzruszyłem.
Na dodatek rysownik bardzo dobry (tylko Hank wyszedł mu dziwnie). Dam całości 8/10.
Gil: No to mamy kolejną powtórkę z finału AvX, tym razem z POV Summersa. I tym razem nie jest to plus. Wszystko, co robi, to pokazuje, że całkowicie stracił kontrolę i nie wiedział nawet, co się z nim dzieje. Jest więc niczym więcej jak zniszczeniem etosu Summersa jako fearless leadera o żelaznych cojones. Tytuł jest więc mylący: to nie jest pasja – to upadek, błyskawiczne staczanie i degrengolada. A w końcówce widzimy, że coś mu się w mózgu przestawiło i teraz uważa się za zwycięzcę. Nic bardziej mylnego. Prawda, pojawili się nowi mutanci i pośrednio stało się to za sprawą Phoenix, ALE najprawdopodobniej nie byłoby możliwe w innych okolicznościach i gdyby wszystko poszło zgodnie z jego planem. To inni osiągnęli jego cel, więc nie ma prawa uważać się za zwycięzcę. Może za to dołączyć do grona popaprańców, którzy tak myślą. Natomiast jeśli chodzi o sam sposób podania tej historii, to jest przyzwoicie, ale mogłoby być znacznie lepiej, dlatego nie dam więcej niż 4/10.

Uncanny X-Men v2 #20
Hotaru: Przyznam, że Gillen całkiem elegancko zamknął swój run. Wprawdzie skupił się tylko na trzech wątkach, ale ich kulminacja wypadła całkiem satysfakcjonująco. Tylko z jednym mam problem. Sądząc po tym, że Scott nie ma jeszcze hełmu wnoszę, że fabuła dzieje się przed Consequences. Dlaczego więc, w tamtej miniserii Scott chce zginąć, kiedy wie, że Sinister pozostaje na wolności? To się nie trzyma kupy - kolejny dowód na zmasakrowanie postaci Cylopsa. Za to do wątków Danger i Rasputinów się nie przyczepię. Illyana i Unit są fenomenalni.
S_O: Finał. Przez najbliższe pół roku, może nawet cały rok, nie będzie wychodzić seria pod tytułem Uncanny X-Men. Ostatnim razem, jak Marvel wykręcił taki numer, Europa zbombardowała Amerykę atomówkami, dopóki się nie opamiętali.
Koniec pewnej ery.
Więc przyczepmy się nieistotnych szczegółów, jak zwykle.
Po pierwsze: jak już wspomniałem przy okazji Thunderbolts, Parker i Gillen musieli się nie zgadać. Wyegzorcyzmowanie wpływu Cyttoraka z Colossusa śmierdzi powrotem do starego porządku. Tym bardziej, że bez swojego avatara, Cyt wróci na kolanach do Caina. Caina, który dopiero co podpiął się do Cyttoraka z innego wymiaru, także po to, by przywrócić stary porządek. Nie byłoby to rażące, gdyby DA wyszło, nie wiem, tydzień temu, albo gdyby nie rozciągało tak tej ostatniej historii...
Ale to bardziej błąd edytorów, którzy są zbyt zajęci dyktowaniem historii, żeby pilnować spójności. Sam komiks jest bowiem godnym zakończeniem... pewnego etapu, bowiem historia Sinistera będzie toczyć się dalej... Prawdopodobnie w All-New X-Men. Zobaczymy, który Bendis zasiądzie za starami tej serii.
Tylko prawdziwej Kate Kildare szkoda. Jedyna osoba w całym 616, która przeczytała Machiavellego...
Krzycer: Podsumowanie runu Gillena wypada dobrze. Nawet, jeśli wielki finał tego runu był marginesem eventu, z którym Kieron nie miał nic wspólnego. Z trzech głównych wątków najsłabszy jest ten Unita i Danger - za mało w nim mięcha, zagadki Unita dotyczące jego skrytych we mgle tajemnicy sekretnych planów... no, nie działają. Tylko tyle i aż tyle. Ale reakcje Danger są w porządku.
Poza tym, biorąc pod uwagę poprzedni zawód Gillena, strzelam, że "would you kindly open the door" wypowiadane przez Unita to nawiązanie do Bioshocka.
Najlepiej i najwyraziściej - prawdopodobnie dlatego, że jest definitywnym zakończeniem - wypada wątek Illiany i Piotra. Lesson learned, nic dodać, nic ująć. Fantastycznie poprowadzone.
Pośrodku - ale w górnych warstwach - plasuje się wątek Cyclopsa i "Kate Kildare". Muszę przyznać, że podoba mi się pomysł, by do tego stopnia spersonalizować konflikt Scotta i Essexa. Niby "X-Men" to zawsze komiks drużynowy, ale jednak paru członków zespołu ma swoich nemezis. Scott też na to zasługuje.
Avengers: I Gillen skończył. Unit i podążająca jego śladem Danger pewnie gdzieś tam wypłyną i już nie będą pisani przez Gillena, więc może być ciekawiej niż było (Gillen: gadka! więcej gadki! więceeeeej gadki!). Magik i Colossus gdzieś tam ponownie się spotkają i wcale nie będzie zabijania. To jak z rodziną Richardsów i odniesieniami do Sue, która zabije Bena/Reeda/Johna/jednego z dzieciaków za coś tam. I nigdy tego nie robi, bo to rodzina. I najważniejsze, czyli kolejny powrót Sinistera. W ostatnim numerze serii Gillen postanowił przymierzyć się do stanowiska najgorszych scenarzystów Marvela, którzy z kapelusza wyciągają kolejne zmartwychwstania. Powiedziałbym, że nadaje się już na scenarzystę corocznego crossovera, który dostaje łatkę jeszcze gorszego od poprzedniego. Najsłabszy z numerów Uncanny X-Men Vol. 2 to najlepszy dowód.
avalonpulse0270d%20%5B1600x1200%5D.JPGwolvie111: Żal trochę, że seria się kończy, bo to była najlepsza wersja Uncanny od dawna. Numer zamyka tę serię i niektóre wątki. I tak widzimy rodzeństwo Rasputinów, które rozchodzi się na dobre. Właściwie rozumiem Magik w tej sytuacji i to, jak postąpiła z bratem pokazuje, że rzeczywiście go kocha... na swój dziwaczny sposób (no w końcu Uncanny), i oczywiście o wiele przerasta go rozumem. Ciekawi mnie, co dalej stanie się z Unitem... no i w sumie z więźniami, których uwolniła Danger. Naturalnie najbardziej podobał mi się wątek z Sinistrem i chyba najbardziej ucieszył, bo bardzo lubię tę jego nową wersję. Może dzięki niemu Scott znowu się odrodzi i zdobędzie motywację do działania?
Poza tym brakowało mi wątku Emmy, Namora i Magneto. Po cichu liczyłem, że tu pokażą, co się z nimi dzieje. Przede wszystkim Magneto, po przerwie znowu wróg numer jeden, znowu poszukiwany. Widzimy tu rozpad drużyny, która rokowała bardzo dobrze, ale skończyła niestety nie najlepiej. Sama okładka mówi za siebie.
Rysunki dobre i estetyczne, zdążyłem polubić tego rysownika. Dam 8/10, a i całą serię oceniam bardzo dobrze.
venom: Jak dla mnie najlepszy komiks z X w tytule, jaki mi było dane przeczytać w tym tygodniu. Wciągnęła mnie zarówno walka rodzeństwa Rasputinów (Illyanę coraz bardziej lubię, podobało mi się też to, jak jest narysowana w tym numerze), rozmowa Scotta z Mr. Sinisterem (Cyclops dostał powód, by jednak nie poddawać się i wcale nie jestem rozczarowany tym, że Sinister żyje), jak również wątek Danger, która na koniec wypuściła wszystkich więźniów z Utopii. Czyli, jak dla mnie, jest ciekawie, a do tego numer ładnie zilustrowany, więc jestem jak najbardziej na tak.
Gil: Właśnie przyszło mi do głowy, że ta seria powinna się nazywać Sinister & The Uncanny X-Men. Nawet tutaj nie udało się uciec od monovillaina, który od początku snuł się za nimi. A skoro to domknięcie serii, nie mogło zabraknąć też Hannibala Tostera, bo Gillen musiał pozbierać swoje zabawki. Cóż, przynajmniej trzeci wątek był interesujący. Szkoda, że nie dogadali się z Parkerem, bo mogłoby to przynieść znacznie lepszy powrót Juggernauta. Ale i tutaj jest nieźle. Wiemy już, co będzie dalej z Colossusem, więc pozostaje pytanie, co z Magik? No i na koniec wystawię 5/10, które równie dobrze mogłoby być oceną całej serii.
strz1: Cyclops mający pieczę nad losem mutantów i w dodatku ścigający Sinistera. Hmm, drużyna, która wtedy go otaczała miałaby ogromny sens. Więc bardzo na tak! Szkoda trochę rodzeństwa, ale myślę, że Piotr i tak nie będzie w stanie skrzywdzić Magik. Poprzedni numer był lepszy i nie było historii z Emmą i Magneto. Mimo to jest dobrze.

Wolverine And The X-Men #9
Hotaru: Ciekawiło mnie, czy w tym tytule Wolverine okaże się mniejszym dupkiem, niż w głównej miniserii AvX. Nie okazał się. Już chce mi się ziewać na myśl o tym, jak biedny Logan będzie w przeciągu kilku numerów zmuszony zmienić front. Za to jestem zaintrygowany wątkiem Death Commandos Shi'Ar, bo pamiętam, jak wstrząsnęła mną historia "24 seconds" w Uncanny X-Men #467. Co dziwne, ją tez ilustrował Chris Bachalo. Wtedy, kiedy jeszcze storytelling był dla niego ważniejszy, niż chaotyczne śmieci wciśnięte gdzie się da.
Krzycer: To może być zaskoczenie tygodnia. Ok, mamy tu Danger Room na stołówce, przypadkowy egzamin Kapitana Ameryki i mikro-bamfy, i to wszystko jest głupawe. Ale mamy tu też trochę wnikliwsze spojrzenie na to, jak Wolverine podchodzi do całej sytuacji, mamy jego futrzaste sumienie w postaci Beasta, mamy wizje Rachel, Quentina i Blindfold. I nawet Toad mógł się wreszcie wykazać, a Waribrd dostała imię. I to wszystko mi się podobało.
Nie jest idealnie - zabrakło mi reakcji grona pedagogicznego na deklarację Logana (ale na to przyjdzie pora, a miejsce pewnie znajdzie się w Legacy), wątek Paige jest prowadzony strasznie po macoszemu (i znowu - nie ma nikogo, kto potrafiłby się z nią porozumieć? Czy Cannonballowi nie zależy na tyle, by poszukać dla niej pomocy?), poza tym chciałbym, by Bachalo przypomniał sobie, że Toad przez ostatnie dziesięć lat wyglądał zupełnie inaczej. No i chciałbym mieć cały numer poświęcony kosmicznemu jednookiemu kogutowi, oraz więcej kadrów na których Bachalo rysuje Chambera.
Ale poza tym - naprawdę mi się podobało. A ponieważ tym razem numeru nie obciążało Przedszkole Hellfire ani jakieś szczególnie wyraźne idiotyzmy - jestem bardzo usatysfakcjonowany.
wolvie111: Numer nie jest zły, ale muszę przyznać, że tylko pogłębił moją złość na to jak w całej historii AvX prowadzony jest Wolverine. Po raz kolejny mamy tu wypowiedź, kiedy to mówi Steve'owi, że X-Men na Utopii to banda religijnych fanatyków, więc niech tylko nie nastawia się na spokojne rozwiązanie problemu. Arrrgh! Jego argumenty do udziału w wyprawie Mścicieli też nie mają niestety większego sensu. Lepiej niech jak najszybciej nadejdzie moment, kiedy da sobie z Capem po ryju (tak wynika z zapowiedzi), bo jak na tę chwilę to każdy kolejny numer AvX, pogrąża go w moich oczach. Mam nadzieję, że nauczyciele ze szkoły zachowają swój rozum i staną prędzej, czy później do walki.
Poza tym ciekawi mnie wątek Gladiatora. Zapowiedzi prognozują walki Kid Gladiatora z Avengers, co wskazuje na to, że weźmie w konflikcie stronę X-Men. Ciekawe, co na to jego tatuś, bo po jego wypowiedzi widać, że Mutantów raczej nie wesprze.
Od strony graficznej średnio, ale z dwóch rysowników tej serii Bachalo i tak wydaje mi się tą lepszą opcją. Oceniam na 5/10.
Gil: I jeszcze jeden prolog do AvX. Ostatnio strasznie cięty jestem na tę serię, więc podchodziłem do niego z nożyczkami w ręku, ale tym razem obyło się bez bólu. Co prawda 90% tego numeru wypełnione jest niepotrzebnym bulbotaniem, przypominaniem kto jest kim, albo hintowaniem nowych wątków na przyszłość, ale pozostała część została sprzedana wystarczająco dobrze, bym uwierzył w tok rozumowania Logana. Nawet jeśli jest nieco naciągnięty, to i tak ma więcej sensu niż brednie Summersa. No i mamy jeszcze Chrisa Bachalo. Jego forma często się waha, ale w tym numerze kupił mnie już pierwszym panelem z czeredą kosmicznych typów, a potem zdołał utrzymać dobre wrażenie. Tak więc, tym razem zamiast wiadra pomyj będzie 4/10. To i tak nieźle jak za 10% fabuły plus rysunki.

Wolverine And The X-Men #10
Hotaru: Dwa wątki poboczne zainteresowały mnie o wiele mocniej, niż główny wątek, którego - prawdę mówiąc - nie rozumiem. Po co Cyclops wpadł w odwiedziny? Wymyśliłbym o wiele lepsze i pewniejsze sposoby na odebranie Loganowi zwolenników. Po co poświęcać temu cały komiks? Za to nadal rozwój Genesisa mnie intryguje i nadal nie mogę się doczekać, aż Death Commando wkroczą do akcji. A, i byłoby super, gdyby nie ilustrował tego Bachalo.
Krzycer: Event zdecydowanie służy temu tytułowi. Na dodatek, jeśli dotąd miałem jeszcze jakieś wątpliwości, który bohater ma w tej historii rację (Cap, Logan, Scott), to po tym numerze jestem zdecydowanie za Cyclopsem. Aaron dał się wygadać i Scottowi, i Loganowi - a przy okazji wreszcie znalazło się miejsce dla Rachel, która powiedziała to, co na forum padało już wielokrotnie - z Feniksem można sobie poradzić. Również wywód Icemana miał sens. I to chyba słowo klucz - nie dość, że wszystkie te deklaracje były zgodne z charakterami wypowiadających je bohaterów, to jeszcze nie było to gadanie dla samego gadania. Cyclops dał okazję Loganowi, by ten zmienił zdanie, a przy okazji podebrał mu kilku popleczników. I fajnie, i cieszę się, że znalazło się na to miejsce tutaj, bo w głównej mini pewnie na żadne subtelności miejsca nie będzie między kolejnymi uderzeniami pięści.
avalonpulse0247c%20%28Kopiowanie%29.JPGDo tego kontynuowany jest wątek Angela i Genesisa, i nadal podoba mi się ich relacja. Wciąż nie jestem fanem "nowego" Angela ale przynajmniej to wszystko wyraźnie do czegoś dąży, więc poczekam na rezultaty.
Jak dotąd - chyba najlepszy tie-in. I sprawił mi zdecydowanie więcej frajdy, niż którykolwiek z dotychczasowych trzech numerów głównej mini.
Tylko coś mi mówi, że układanie chronologii tego wszystkiego będzie nie lada wyzwaniem. Innymi słowy, mam wrażenie, że kolejne komiksy za nic do siebie nie pasują. Kiedy Cap wyrzucił Logana z samolotu? Kiedy Logan wrócił do Instytutu? Kiedy był w Avengers Academy? Aj waj.
Gamer2002: Ponieważ Cyke odwiedza Wolviego, postanowiłem po ten tie-in sięgnąć.
I ten zeszyt jest o ligę lepszy niż cokolwiek, co z AvX czytałem. Cyclops igra z ogniem, ale brzmi to sensownie. Wolverine wyraźnie określa swoje ideały i cel oraz to, przez co przechodzi.
Mamy nawet związany z serią wątek rozwijający 2 postaci, który też jest zgrabnie zrealizowany i chyba dla niego może nawet sięgnę po tą serię. Była jeszcze odrobina skakania na siebie i wyraźne konsekwencje wydarzeń. W zmieszczeniu tego wszystkiego z pewnością pomaga w tym użycie dużej ilości paneli na 2 stronach. Brawa dla scenarzysty, który w jeden zeszyt wsadził tyle fabuły, co AvX w trzech.
Wyraźnie jednak widać, że tie-in swoją, a główna seria swoją drogą kroczy. Wolverine teraz powinien chodzić po biegunie, Cap by go nie wzywał chyba że naprawdę by się waliło, a Rachel już zdradziła go i nie musiała przysłuchiwać się rozmowie, by zdecydować po której jest stronie. W AvX Summers i Logan dalej będą wzajemnie się nazywać maniakami, a postacie które się przyłączyły do Scotta pewnie będą miały jakieś inne motywy. Obstawiam że Angel będzie zachowywał się po staremu.
Ale obwiniam za to edytorial i twórców głównej linii, to ten zeszyt jest dobry. 8/10.
Gil: O dziwo, to było dobre. Przynajmniej w ogólnym rozrachunku, bo niektóre fragmenty były jednak słabe. Ale przynajmniej raz – i po raz pierwszy w tym evencie – znalazło się miejsce na rzeczową wymianę zdań. Trochę przydługą, to prawda, ale jakże potrzebną. Co prawda, nie zmieniła ona ani mojej opinii o całym evencie, ani o stanowiskach, jakie wykreowano dla obu panów, ale muszę przyznać, że był w tym jakiś sens i nawet podobało mi się to, co czytałem. Oprócz tego, fajny był motyw z Angelem i Genesisem. Chris Bachalo również dobrze się spisał, a zwłaszcza Rachel wyszła mu bardzo fajnie. Tak więc tym razem z czystym sumieniem mogę dać 7/10.

Wolverine And The X-Men #11
Hotaru: Nick Bradshaw nie pasuje do AvX. Odnoszę wrażenie, że ta historia ciągnie go w dół. Tak, to znaczy że po raz kolejny "event roku" nie rzucił mnie na kolana. Pojedynek Hope i Logana z Death Commandos, coś na co się napaliłem, okazał się nudny i nienatchniony. Chciałbym wierzyć, że będzie rewanż, ale nie łudzę się. Może Gladiatora Aaron wykorzysta lepiej?
Krzycer: Kolejny ładny tie-in. I znowu - można się nie zgadzać, można na niego psioczyć, ale przynajmniej teraz wiemy, czemu Logan wycyckał Hope. To ważny element układanki. Miło by było go zobaczyć w głównej miniserii.
Niestety, poza tym w komiksie nie dzieje się wiele. Starcie z Death Commandos jest szybkie (przynajmniej na początku nadrabia brutalnością, ale zakończenie było takie sobie - niby ich przypaliła, ale wygląda na to, że to tylko pozbawiło ich przytomności), przebitki z pięciu aren starcia tak jak w każdym innym komiksie, w którym je mieliśmy - bezcelowe.
Choć muszę przyznać, że starcie Rulka z Icemanem to bym akurat chętnie zobaczył rozwinięte w AvX. Tylko że - tak jak niemal wszystkie - zakończyło się interwencją, czyli bez konkretnego rezultatu.
A skoro już o tym mowa, bo na coś opisując WatXM ponarzekać trzeba (;)), skąd Qubark wiedział, że z orbity ma zlecieć na Wundagore?
Łukasz: Numer, w którym dzieje się sporo. Dużo więcej i dużo lepiej niż w głównej serii eventu. Choć akcja mogłaby się bardziej skupić na wątku Logana i Hope, to scenariusz nie nuży. Liczyłem na ciekawy pojedynek między Icemanem a Red Hulkiem, początkowo taki był, ale niestety został przerwany. Największą bolączką tych wszystkich pojedynków jest fakt, że zostają one zredukowane do zaledwie kilku kadrów.
Gil: Obawiam się, że pozytywny wpływ eventu na ten tytuł zaczyna się wyczerpywać. Jest trochę skakania pomiędzy różnymi rozsianymi po świecie bitkami, trochę światła na podróż Wolvieka i Hope oraz sporo waty do wypchania stron. Tylko ten drugi element wart jest uwagi, bo naprawdę co nieco rozjaśnia. Niestety, jest też sporo bzdur, z których największą jest fakt, że wszystkie pojedynki są transmitowane live w telewizji i necie. Serio? Toż to miał być wielki sikret. No i oczywiście nijak ma się to do wydarzeń z Legacy. Minus też za rysunki, bo już nabrałem ochoty na rozwałkę w stylu Bachalo, a wymienili go na tego, co to żyły rysował jako tunele z cegieł. I nie łudźcie się – tutaj nie radzi sobie ani trochę lepiej. Tak więc ostatecznie zdecyduję się na ocenę 4/10.

Wolverine And The X-Men #12
Hotaru: Nawet nie zdawałem sobie sprawy z tego, że tęskniłem za tak przedstawianą Rachel. Nie oszukujmy się, ostatnio służyła głównie za tło i cieszę się, że Aaron wydobył ją na pierwszy plan. Nie tylko skupił się na niej, ale też dał nam w co się wgryźć. Rachel jest skonfliktowana, nawiedzana przez swą przeszłość, zmuszona tropić przyjaciół i kłamać rodzinie, a przy tym jest na tyle potężna, żeby dać w bęcki Thorowi. Scena jej spotkania z Hope była taka, jak być powinna, a nie oszukujmy się - w AvX mało rzeczy jest takimi, jakimi być powinny, więc to komplement. Nawet Chris Bachalo poprawił czytelność swoich rysunków i stosunkowo mało kadrów trudno rozgryźć na pierwszy rzut oka. Tylko do kolorów mógłby się bardziej przyłożyć.
Krzycer: Aj. Dotąd event służył temu tytułowi. Teraz... Fajnie, że osią numeru jest Rachel. Ale to kolejny tie-in wyprzedający główną miniserię. Do tego robi to w sposób, który sprawia, że zaczynam znowu się obawiać o rozwój wydarzeń w evencie. No bo ci dobrzy i prawi, przynoszący światu pokój X-Mani teraz biegają po całym świecie, wyciągając zaszczutych Avengerów spod metaforycznych podłóg? I wszyscy kupują wyjaśnienie "bo Avengers są uparci i nie widzą, że chcemy pomóc"? Serio? Może przynajmniej ludzie będą po ich stronie, bo docenią to, co robią, i obrócą się przeciw Avengers? Zobaczymy.
W każdym razie, te zarzuty mogą poczekać na następny numer głównej miniserii. Teraz skupmy się na tym komiksie. Abstrahując od wymowy tego wszystkiego, mamy tu to, co zwykle - trochę fajnego humoru, trochę przekombinowanych akcji (Beast vs Iceman... zaraz, myślałem, że Beast się obraził na Avengers?) i mnóstwo chaotycznego Bachalo. A, i spaloną ziemię, kwitnącą po przejściu Cyclopsa. Yeah, that happened. Comics are weird.
Ale możemy przyjrzeć się Rachel. I choć nie podoba mi się sytuacja wyjściowa - to, że w ogóle dała się wcisnąć w rolę tropiciela Avengers - to sytuacja, w której znajduje się na końcu numeru wydaje się bardziej do niej pasować.
Ogólnie - wracamy do poziomu sprzed rozpoczęcia eventu. To chyba jedyna seria, w wypadku której to źle.

Wolverine And The X-Men #13
Hotaru: Rysunki Bradshawa i historia Warbird to te dwa elementy tego numeru, którym trudno jest cokolwiek zarzucić. Niestety główny wątek większej historii, czyli polowanie Shi'Ar na awatary Phoenix, poległ sromotnie. Nie mam pojęcia, czemu miałby służyć obicie Gladiatora przez Phoenix Five. Na co to komu? Bo jeśli dobrze kojarzę zapowiedzi, wątek zemsty Kid Gladiatora za ojca nie zostanie podjęty.
Krzycer: No, wreszcie coś o Warbird. Jej segmenty są całkiem fajne. Za to walka na Utopii... Raz, że nie ma nic wspólnego z eventem (poza coraz nudniejszym "łap Feniksa, niszcz Feniksa"), dwa, że Aaron ile, dwa numery kończył wielkim cliffhangerem z Gladiatorem których ten numer nijak nie uzasadnia... no i trzy, Iceman zapomina, że ma moce. Albo po prostu mu nie zależy.
Poza tym rysunki są niefajne. I nie rozumiem końcówki - z innych tytułów wynikało, że wszyscy mutanci poza Beastem i Wolverine'em wrócili na łono Cyclopsa, a tu najwyraźniej wciąż działa neutralny/prologanowy (?) Instytut. Ciekaw jestem, czy w którymś z pozostałych tytułów będzie o tym wzmianka. Niech będzie 6/10.

avalonpulse0258c%20%28Kopiowanie%29.jpgWolverine And The X-Men #14
Hotaru: Nie podobał mi się ten numer. Nie podobały mi się brzydkie rysunki Moliny, wyprane z nasycenia kolory Hollowella, i toporny skrypt Aarona. Zaiste, czy można było w mniej subtelny sposób pokazać, jak moc Phoenix wypaczyła charaktery nosicieli i zniszczyć organiczny, wieloletni romans Kitty z Peterem?
wolvie111: Randka była jak najbardziej HOT, niemal wybuchowa. Przywykłem do tego, że teraz już kolejne numery tylko pogrążają Phoenix Five... sorry, Four, i tak w tym numerze mamy tego przykład. Piotr zdecydowanie nie panuje nad sobą, kolejni X-Men porzucają walkę z Avengers i w sumie to tyle. Żadnego morału poza tym, że X-Men idą w tej wojnie powoli na dno, mimo że są tacy pewni swojego zwycięstwa. Jakie to oczywiste i mało zaskakujące. Co do rysunków, to są dobre i zdecydowanie najlepsze jakie się tej serii kiedykolwiek trafiły.
Wilsonon: Ohohohoho! Nie! Nie! Colossus był z tej piątki jednym z dwójki najbardziej racjonalnych i pokojowo nastawionych hostów, unikającym jakiejkolwiek walki. Nawet mając Cyttoraka był w stanie logicznie myśleć i nie dać się zawładnąć emocjom.
Po drugie to nie był Piotr. To był wymysł; wariacja Aarona na jego temat.
Podobałaby mi się dyskusja Kolosa z Kitty... gdyby nie było tam Kolosa. Była to typowa dyskusja z kobietą: zarówno logika jak i racjonalne rozumowanie nie mają na nią żadnego wpływu. Nie, bo nie.
Miło jest zobaczyć pracującą piątkę podczas uzdrawiania planety. Ale nie! X-Men są źli.
Avengers są jak małe wkurzające dzieci. Będą ci przeszkadzać, będą cię irytować, będą ci dokuczać i czasem posłużą się przemocą, ale jak odpowiesz na wszelką ich agresję to polecą do mediów z krzykiem: Widzieliście? Pokazali swoją prawdziwą twarz!
Pracy rysownika nie potrafię przełknąć. Niby rysunki są estetyczne i w ogóle, ale najchętniej bym je spalił. 2/10.
Arachnid: Kolejny etap przedstawiania Phoenix Five, a w zasadzie to już Four jako tych złych, oj bardzo złych. Tym razem przyszła pora na chyba najbardziej spokojnego członka tej wesołej kompanii, czyli Colossusa. Oczywiście wszystko zmierza do tego, że Phoenix Four zatracają się w swojej mocy i powoli przestają nad sobą panować. Co z kolei powoduje, że ich sojusznicy zastanawiają się nad słusznością ich działań i zmieniają (lub zapewne w niedługim czasie zmienią) strony konfliktu. Co do numeru, to sama randka była całkiem w porządku, chociaż darowałbym sobie to mojżeszowe rozstąpienie wód. Co do rysunków to nie były złe, ale żeby działały na korzyść numeru, to nie powiem. Ogólnie numer bez rewelacji.
avalonpulse0263d%20%28Kopiowanie%29.jpg
Wolverine And The X-Men #15
Hotaru: Czyli jednak Jorge Molina nie zapomniał, jak się rysuje. Po jego ekscesach w bezprzymiotnikowych X-Men straciłem do niego zaufanie, może przedwcześnie. Pochwalę też Jasona Aarona, który świetnie radzi sobie z ciągnięciem wielu równoległych wątków. Tylko ten dotyczący romansu Kitty i Bobby'ego jest w moich oczach kompletnie nietrafiony.
Krzycer: Przy tych wszystkich skłonnościach do wrzucania najdziwniejszych, obciążających fabułę rzeczy, tylko dla jednego dowcipu (Hellfire Club w wieku przedszkolnym! Hulk kontra człowiek-pies! Hulk kontra atlantydzkie rednecki! etc.), łatwo zapomnieć, że Jason Aaron jest dobrym scenarzystą. I ten numer, wypełniony po brzegi rozmawiającymi ze sobą ludźmi, jest tego dobrym przykładem. Udają się i zabawne sceny, i te poważniejsze, i te wyciszone (...ta wyciszona, z Beastem oglądającym stare zdjęcie w końcówce). Choć trademarkowa dziwaczność jest tu obecna, mamy tu w końcu Angela do którego wciąż nie mogę się przyzwyczaić oraz kadr z Iron Manem z błękitnym gremlinem na głowie. Ale w tym akurat numerze to tylko dodatki, nie przesłaniające tego, co najważniejsze - dialogów i emocji.
Poza tym, ten kadr z Bamfem siedzącym na Iron Manie jest fantastyczny. Podobnie Broo siedzący na Rockslidzie.
I tu słowo o rysunkach. Podobają mi się kolory. Nic nie mam do inkera. A Iron Man, Broo, Rockslide, Martha Johansson, Deathlok, Husk po transformacji i - z jakiegoś powodu - Kid Gladiator wyszli panu Molinie bardzo dobrze. Wszystkie inne postaci skrzywdził okrutnie, robiąc im coś brzydkiego z twarzami. Bardzo, bardzo brzydkiego.
Ze szczegółów: można by się przyczepić do tego, że Broo okazuje się mądrzejszy od Starka i Beasta, ale można to wytłumaczyć tym, że spojrzał na problem z innej perspektywy.
Bardziej przeszkadza mi to, że przez całą tę scenę bohaterowie mówią o tych liczbach i wielkim problemie, ale jak przychodzi co do czego, Aaron nie wysilił się by powiedzieć, jak właściwie Broo im pomógł i co właściwie to równanie im daje i jak się przekłada na możliwość pokonania Feniksa. Wiem, że takie wytłumaczenie sprowadziłoby się do trzech paneli marvelowskiej pseudo-nauki, ale przynajmniej byłoby jakieś wytłumaczenie.
Z pozytywnych szczegółów - podobał mi się cały numer, ale chciałbym wyróżnić sceny:
- z Brand i Iron Fistem
- z Xavierem i Quirem
- z Husk i Toadem
- z żegnającym się Kubarkiem
- z Wolverinem i Icemanem
- i końcówkę, od "Henry, it's time."
I to jest dla mnie numer tygodnia.
Avengers: Rewelacyjne rysunki Moliny. Dekolt Warbird prezentował się bogato. Dorodne kształty tej ciekawej postaci to miły dodatek do opowieści krzyżującej się z crossoverem AvX. Z niecierpliwością wyczekuję ciągu dalszego za 2 tygodnie.
Gil: Jeszcze się dobrze nie skończyło AvX, a już się zaczyna sprzątanie po nim... Ale bądźmy szczerzy – to chyba jak na razie najlepsza część tie-ina. Nie ma durnych pomysłów, przerysowanych nawalanek, dyskusji z naciąganymi argumentami i tym podobnego bullshitu. Są za to całkiem fajne i zabawne momenty, relacje między postaciami, elementy rozwoju – to wszystko, co chciałem widzieć w tej serii i co dowodzi, że Aaron jak chce to potrafi. Szkoda tylko, że tak rzadko mu się chce i zwykle rzuca bullshitem. Dużo scen tutaj autentycznie mi się podobało, bo były zabawne, szczere, ludzkie lub w inny sposób po prostu fajne. Chcę więcej takich! Rysunki, a zwłaszcza twarze, na początku trochę mnie raziły, ale z biegiem stron dość szybko przywykłem i niektóre części zaczęły mi się nawet podobać. Po poprzednich rozczarowaniach, miło mi w końcu wystawić temu tytułowi pozytywną ocenę 7/10.

Wolverine And The X-Men #16
Hotaru: Miałem nadzieję, że Aaron da już sobie spokój z tymi infantylnymi antagonistami. Kompletnie zaskoczył mnie poświęcając cały numer Hellfire Kids. Niestety, nic to nie dało. To nadal postaci z kreskówki, denerwujące, płaskie, nie pasujące do x-linii. Ani ten, ani kolejne 100 numerów im poświęconych tego nie zmienią.
Krzycer: Nie lubię Hellfire Kids, i nie polubię ich. Sekretny origin Kade'a Kilgore'a nic tu nie zmieni.
Ale, obiektywnie rzecz biorąc, poza tym, że Aaron zapomniał o tym, że cała Phoenix Five ma telepatię, to był to porządny komiks. W ramach tego, czym miał być. Po prostu nie interesuje mnie jego treść i nie lubię występujących w nim postaci.
Gil: Chyba popełniłem błąd, oceniając tak wysoko poprzedni numer, bo już skończyło się rumakowanie. Konik nie tylko padł, ale już zaczął śmierdzieć. Z trudem przebrnąłem przez cały numer, mamrocząc pod nosem serię obelg pod adresem scenarzysty. Cały numer poświęcony Hellfire Kindergarten. CAŁY numer. Kurrrr… zapiał! To bolało. Czytanie tego bolało i sprawiło, że zatęskniłem do tego irytującego bachora, Alphy. Bo tu mamy całą bandę bachorów, które są skrajnie wkurrrrrzające, ekstremalnie przerysowane, całkowicie niewiarygodne, a w dodatku głupio opisane. Rysunków czepiał się nie będę, bo mam sentyment do Bachalo, ale muszę dodać, że do tego typu historii nie pasuje, bo nie ma gdzie się rozpędzić. Ostatecznie, uznaję to za największy gniot tygodnia i nagradzam oceną 1/10.
wolvie111: Nie dosyć, że nie znoszę tego nowego Hellfire Club, to jeszcze cały numer jest poświęcony właśnie na to. Myślałem, że chociaż spotkanie Phoenix Five z dzieciakami przyniesie coś ciekawego, ale mimo to numer strasznie mnie znudził. Końcowe strony już po prostu przerzucałem. Szata graficzna równie kiepska.

Wolverine And The X-Men #18
Hotaru: Niech Aaron morduje swoje chybione stwory, np. Krakoę albo - jeszcze lepiej - bachory z Hellfire. Tak bardzo nie odpowiada mi infantylizacja tego tytułu, że aż nie jestem w stanie skupić się na niczym innym. A rysunki Moliny na niektórych kadrach robiły całkiem dobre wrażenie.
Xavier83: Fenomenalny komiks. Począwszy od parodii sceny z filmu Avengers [Hulk - Thor] , przez Deathloka i jego opis ludzkich tańców, tragizm Broo i jednego zdrajcę w szkole. Wszystko w otoczce miłosnej naiwności Idie i bardzo dobrze przedstawionych działań Hellfire Club. Telepatyczna rozmowa Xaviera i Howletta bardzo mi się podobała. Z czystym sumieniem 9/10.

X-Men: Legacy #266
Hotaru: Ech, gdyby tylko Gage mniej skupiał się na Rogue. Widać, że strzela tym sobie w stopę, bo wystarczyło, by na pierwszy plan wystąpiła Frenzy, a już czytało się lepiej i komiks dostarczył mi więcej frajdy. Ne zawodzi mnie za to Rafa Sandoval. Jedyne, co mnie irytuje w jego pracy nad Legacy, to fryzura Rogue.
Krzycer: Zacznijmy od tego, co mi się w tym numerze podobało:
Frenzy. Od tekstu o tym, że podążanie za mesjaszami jej nie służy, przez "kontrobserwację" Avengers po sprowokowanie Moon Knighta do walki. (Choć już to, że Moon Knight daje się tak idiotycznie sprowokować jest na granicy głupoty).
A teraz to, co mi się nie podobało: She-Hulk. Przede wszystkim She-Hulk. Niby nie ma jej tu dużo, ale to jej działania są punktem zapalnym. I choć w walce wypadki się zdarzają, i ten thunderclap jest w porządku, to teksty, które Gage wkłada jej w usta są straszne. I ten o tym, że miejsce mutantów jest w więzieniu (to może być tylko do Frenzy, ale diabli wiedzą), i - zwłaszcza - ten o potworach. Myślałby kto, że prawniczka umie ważyć słowa.
A teraz to, czym Gage zarzyna każdy numer odkąd przejął tytuł. To już nie jest łopatologia, to jest... nie wiem jak to nazwać. Lubię, kiedy bohaterowie w komiksach gadają (patrz: uwielbienie, którym darzę X-Factor). Ale u Gage'a nie robią nic innego. Gage nie potrafi wyrazić uczuć, motywacji - właściwie żadnych cech postaci - inaczej, niż każąc im o nich opowiadać. Nie chcę krakać, ale zaczyna mi to przypominać "New Warriors" Grievousa.
Osobnym przypadkiem jest Rogue jako obiekt fanboizmu. Carey ją strasznie lubił. Przejawiało się to tym, że najpierw przepuścił ją przez młynek, potem pozwolił się pozbierać i dawał jej okazję do kozaczenia na mnóstwo sposobów.
Gage też ją strasznie lubi. Przejawia się to tym, że to kolejny numer z rzędu w którym ktoś mówi Rogue jaka jest wspaniała. Rany boskie, kiedy to się skończy? I czy to się w ogóle skończy?
Gil: Wyobraźcie sobie plaskający odgłos mojej dłoni uderzającej o czoło. Kto, mając chociażby pół mózgu, wysłałby do pilnowania szkoły pełnej mutantów trzy osoby, z których dwie praktycznie nie mają żadnych nadludzkich zdolności? Z drugiej strony: jak do cholery oni chcą chronić te dzieciaki, skoro sami prowokują bijatyki na własnym progu? Stąd zasadnicze pytanie: o czym myślał Gage, pisząc te bzdury? A boli mnie to tym bardziej, że pamiętam jego świetny tie-in do World War Hulk, w którym pokazał dokładnie to, o co chodzi w X-Men. A tutaj nie pokazał nic poza gorszym z dwóch występów Shulkie w tym tygodniu. I najwyraźniej seria nie ma szczęścia również do rysowników, bo ten wszystkim kobietom rysuje hełmy z włosów i wklęsłe profile. To niestety jest kiepskie i głupie w dodatku. Takie na 3/10.

avalonpulse0250d%20%28Kopiowanie%29.JPGX-Men: Legacy #267
Hotaru: O, dla odmiany to Rogue była główną bohaterką tego numeru. Gdyby nie Rogue, nie mielibyśmy kliku epickich kadrów i jeszcze bardziej epickich mówek. Ech, ktoś wreszcie powinien przemówić go Gage'a i wyjaśnić, że Legacy to nie Rogue and the X-Men, toż nawet Aaron pisze bardziej wyważone scenariusze w serii zespołowej Logana. I chociaż uwielbiam Sandovala, powinien zmienić Rogue uczesanie, bo wygląda jak hełm.
Krzycer: Jak zwykle mamy tu trochę za dużo tekstu - i to pomimo tego, że cały numer wypełnia walka - ale przynajmniej ogólna konstrukcja zgadza się z przesłaniem (wygłoszonym verbatim przez Rogue w końcówce, bo Gage najwyraźniej inaczej nie potrafi, ale mniejsza z tym).
Diabeł, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Takich jak kwestia o tym, że "Iron Man mógłby sam ich wszystkich pokonać". Albo wrzuceniu Chambera do komiksu i zdjęciu go z pola bez wikłania w walkę (a jeśli ktokolwiek mógłby tu samemu zdjąć stronę przeciwną to właśnie Jono). Albo idiotycznej zagrywce Moon Knighta, która zresztą opiera się na rewelacji o tym, jak teraz działają moce Rogue (tzn. najidiotyczniejsza była w tym momencie reakcja Rogue, bo po pierwsze, jeśli ktoś się rzuca oddać moc to nie należy wyrzekać się podejrzeń na zasadzie "no tak, on jest szalony", a po drugie - Moon Knight nawet nie ma mocy, które warto byłoby odbierać; ani nie jest takim zagrożeniem, żeby pozbawiać go przytomności i ryzykować kolejny głos w głowie).
Na koniec duży szczegół, ale raczej do konstrukcji całego eventu, a nie osobiście do Gage'a: ależ ci Avengers są idiotami. Sami się prosili o to, żeby mniej więcej 1/3 mutantów zrezygnowała z neutralności i dołączyła do walki. Wciąż spodziewam się, że pod koniec eventu wyjdzie na to, że X-Men byli w błędzie, ale naprawdę zastanawiam się, jak Marvel będzie próbował to sprzedać.
Kompletnie na marginesie: na razie największym przegranym eventu jest Gambit. Dostał już bęcki od Kapitana Ameryki i zdalnie sterowanego Iron Mana. Będę niepocieszony, jeśli do końca AvX nie będzie miał okazji przynajmniej sprać Thora.
Gil: Tak, panie Gage, wiemy, że Rogue jest super awesome i pewnie masz pan jakiegoś fan-crusha na jej punkcie. Nie trzeba nam tego wykładać na każdej stronie. I wiem, że Mike Carey taż stawiał ją w centrum, ale przynajmniej robił to subtelniej i z wyczuciem. Tutaj Rogue robi za jednoosobową armię i jest zwyczajnie przekozaczona. A nie podoba mi się to tym bardziej, że cofa jej charakter w rozwoju. A końcówki nie rozumiem – postanawiają zmienić stroną z powodu bitki, którą sami sprowokowali? No dajcie spokój... Jedyny fajny moment to ten, gdy Rogue przejmuje zaburzenia osobowości Moon Knighta i pewnie tylko dla tej sceny znalazł się on w komiksie. A po motywie z Falconem zaczynam drżeć przed konfrontacją między Rogue a Squirrel Girl. Rysunki średnie, więc nie obniżą oceny, ale i tak będzie nie więcej niż 3/10.

X-Men: Legacy #268
Hotaru: Christos Gage nie wyzbył się całkowicie patronizującego tonu, ale nie jest on tu aż tak nachalny. Postać Frenzy, podobnie jak Rogue wcześniej, brakuje pewnej subtelności, umiaru, ale brak tej drugiej jest dla tego tytułu tak odświeżający, że można to wybaczyć. Nie podoba mi się za to, że Marvel nie dogram harmonogramu tego tie-ina z główną serią. Jest on ewidentnie osadzony w Akcie Drugim, który jeszcze się nie rozpoczął. To nie tutaj miałem się dowiedzieć, co Phoenix Five będzie robić na Ziemi. Żółta kartka za ten kwiatek.
Krzycer: Pierwszy wniosek, boleśnie oczywisty już po poprzednich numerach - Rogue, a raczej wszystko, co z nią robi Gage - ciągnie ten komiks w dół, i to strasznie. Numer bez niej jest o jakieś dwie klasy lepszy.
Oczywiście daleko mu do ideału, więc zabierzmy się za wady. Rysunki nadal nie do końca mi pasują. Frenzy bez żadnego wyraźnego powodu zaczyna opowiadać tej dziewczynie o sobie, tę scenę można było poprowadzić lepiej. No i idiotyzm z końcówki - wiadomo, że Frenzy musiała w finale odegrać jakąś rolę, ale sugestia, że gdyby nie ona Kukułki szczebiocąc zapewniłyby całej wiosce telepatyczną lobotomię dla dobra jej mieszkańców? Auć. Wiem, że od jakiegoś czasu młodzi mutanci uczyli się etyki od Emmy Frost, ale bez przesady. To jest głupie. Oburzająco głupie.
Ale i tak jestem wniebowzięty skokiem jakości, jaki tu nastąpił, a który najwyraźniej przejawia się w tym, że w paru kluczowych momentach Gage powstrzymał się od wykładania kawy na ławę i pozwolił, by obrazki opowiadały historię. A nawet jedno czy dwa niedopowiedzenia! Muszę sprawdzić, czy aby mój pies nie ma mi czegoś do powiedzenia ludzkim głosem, bo dzisiaj ewidentnie cuda się zdarzają. Oby tak dalej. Ale za idiotyzm z końcówki i tak 6/10 to maksymalna nota.
Gil: Po raz pierwszy Gage nie umieścił w centrum Rogue… więc teraz pisze Cargill tak, jakby była Rogue. Sorry, ale jakoś ciężko mi przyjąć do wiadomości, że moralizatorstwo leży w jej charakterze. Wiem już za to z doświadczenia, że leży w charakterze scenarzysty, który po raz kolejny wykłada wszystko łopatologicznie. Natomiast jeśli chodzi o samą historię, to nie ma w niej nic odkrywczego. Zahacza o wprowadzony kiedyś watek z przeszłości Cargill, ale nie daje rady zbudować nic oryginalnego. W dodatku sam pomysł zrzucenia jej w środku dżungli, żeby ścigała jakiś lokalnych watażków jest zupełnie od czapy wzięty i zagrany tylko pod wątek analogii z tamtą kobitą. Innymi słowy: jest to kolejny schematyczny i nudny numer, który moralizuje zamiast skłaniać do myślenia. Czyli kolejne 3/10.

avalonpulse0254c%20%5B1600x1200%5D.JPGX-Men: Legacy #269
Hotaru: Rozumiem podejście, jakie przybrali redaktorzy Marvela powołując do życia Phoenix Five. Jak długo jednostka będzie w stanie zachować swe człowieczeństwo, kiedy zyska boską moc? To odgrzewany kotlet, ale może być zjadliwy, jeśli zostanie przyrządzony dobrze. Jeśli degradacja empatii zostanie przedstawiona subtelnie. Christos Gage tego nie zrobił. W przeciągu kilku stron przeszedł z "Phoenix Five wybawicieli" do "Phoenix Five oprawców". Niestety, takim zagraniem wytrącił z puli mnóstwo potencjału, który mógł uczynić tę historię lepszą. Wielka szkoda.
Krzycer: Ojej. Ojej. Aj waj. Dobra, najpierw pozytywy. Widzimy zwykłych ludzi, cieszących się z tego, że Rogue udziela im pomocy. To dobrze, bo w głównej serii te wszystkie "koniec wojen, koniec głodu, koniec strachu" są przedstawione dość abstrakcyjnie, twórcy każą nam się domyślać jak ludzkość reaguje na swoich zmutowanych zbawicieli. Tak, jak każą nam się domyślać, co w tej chwili myślą o Avengers. Poza tym... Pozytywy, pozytywy... no, okładka jest rewelacyjna. To naprawdę fajna okładka.
Ale wreszcie trzeba ją przewrócić i przejść do treści. I co tu mamy? Carol chce tylko pogadać z Rogue, naprawdę! Więc te 3/4 komiksu, przez które się obijają, to nie służąca niczemu wata. Ale, hej, to komiks! W komiksach zawsze jest więcej bijatyk niż treści, prawda?
Tylko czemu tej bijatyce towarzyszy taki straszny słowotok? I to jeszcze naćkany tymi koszmarnymi "ojej, Rogue, jesteś taka wspaniała", "kurczę, zazdroszczę jej", "tyle osiągnęłaś!", "no, fajnie, nie? Jak niefajnie, jak fajnie? Nie?".
Ok, może przesadzam. Ale Gage zaczyna mnie już naprawdę, naprawdę wkurzać. Ma w tym tytule sporo - może nawet większość - moich absolutnie ulubionych mutantów, i regularnie wypluwa coś, co czasami ledwo da się czytać.
Ale spokojnie. Dobrnijmy do końca. Więc co Carol chciała koniecznie powiedzieć Rogue? "Uważaj". Oczywiście, zajmuje jej to kilka przepełnionych dymkami stron, ale do tego się sprowadza. I w tym momencie naprawdę byłoby miło, gdyby Gage zechciał sięgnąć po ostatni numer runu Carey'a i przeczytać pożegnanie Rogue z Cyclopsem.
Ok. Spokojnie. Dobrnijmy do końca. Już tylko dwie ostatnie strony i... no żeż $&$^&! Subtelności, na imię ci Christos N. Gage. Jasne, w odkryciu, że Phoenix Five tracą kontakt z rzeczywistością i tak naprawdę są źli, choć może nie zdają sobie z tego sprawy, nie ma nic szczególnie zaskakującego, ale... serio? Serio? Dlaczego wyrywałem się do streszczania tej serii? F*ck (czyt. foch).

X-Men: Legacy #270
Hotaru: Gdyby nie końskie kobiece twarze stanowiące charakterystyczną cechę stylu Baldeona, byłbym całkowicie zadowolony z szaty graficznej. Kadrowania są ciekawe, sceny dynamiczne, postaci i tła dokładne, storytelling bez zarzutu. Tylko te facjaty... No i fabuła. Po raz kolejny toporna, pozbawiona subtelności i po prostu nienatchniona.
wolvie111: Ciąg dalszy zmiany stron i ciąg dalszy szaleństwa Phoenix Four. Szkoda tylko, że z zapowiadanych zmian, o których się mówi mamy, je tylko z jednej strony. Magik chyba nie mogła być pokazana gorzej. Kompletny brak obiektywności ze strony twórców. Wcześniej mieliśmy pokazany punkt widzenia Mścicieli w seriach z Avengers w nazwie, a punkt widzenia mutantów z tych z X w nazwie. Teraz już w każdej serii widzimy złych X-Men. Cały pomysł z tym więzieniem jest dobrym wyjściem dla twórców, bo w sumie zacząłem wierzyć, że Rogue robi dobrze stając po stronie Avengers. Ciekawi mnie, jak się to ma do więzienia, które pokazano nam w ostatnim numerze New Avengers... oj, ta chronologia.
Co do strony graficznej to średnio. Nie za bardzo mogę się przekonać do tego rysownika.
Arachnid: Z całą pewnością nie był to dobry tydzień dla rodzeństwa Rasputin. Najpierw Colossus w Wolverine and the X–Men, a teraz Magik. Przedstawianie postaci z Phoenix Four jako tych skrajnie złych bardzo mi się nie podoba. W tym numerze dostajemy Magik i jej demoniczne więzienie. Przy okazji obecność Hawkeye'a, Spider–Woman i Luke'a Cage'a nijak się ma do ostatniego numeru New Avengers. Zakładam, że w grę wchodzi jakiś transport więźniów lub niedopatrzenie scenarzystów. Zmiana stron przez Rogue wydaje się w pełni uzasadniona. Przy takim przedstawianiu Phoenix Four pewnie wielu pójdzie w jej ślady. Co do rysunków to jest średnio. Nie zachwyca, ale też nie odrzuca. Ogólnie nie jest tragicznie, ale dobrze też nie.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.