Avalon » Publicystyka » Artykuł

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część III

"Wydarzenie tego roku". Tak zostało nazwane, na długo przed ukazaniem się pierwszego numeru. Rozrosło się w ilości tie-inów oraz rozciągnęło w czasie, dlatego przedstawiamy małe podsumowanie. W jednym miejscu znajdziecie wszystkie recenzje odnośnie tego eventu. Oto "Avengers Versus X-Men".

Podsumowanie "Avengers Versus X-Men" - Część III

TIE-INY - AVENGERS


avalonpulse0246e%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers Academy #29
Hotaru: Tracę zaufanie do Gage'a. Nie wiem, co się z nim dzieje - w przeszłości zdarzało mu się pisać naprawdę dobre i mocne historie, a teraz dramatycznie obniżył loty, zarówno w autorskim Avengers Academy, jak i w X-Men: Legacy. Jego skryptom brak polotu, a dialogi są sztuczne jak najbardziej rozpoznawalne części ciała Pameli Anderson. To, w jaki sposób prowadzi Laurę, jest wręcz nie do pomyślenia - on ją cofa w rozwoju, burząc to, co udało się zbudować Kyle'owi, Yostowi i Liu. Na domiar złego, szata graficzna też niedomaga. Tom Grummett zdołał utrzymać jakiś poziom tylko przez kilka pierwszych stronic. Odpuścił sobie szczególnie przy rysowaniu twarzy - wszyscy wyglądają podobnie i - co gorsza - brzydko. Nie liczę nawet, że kolejny numer będzie lepszy.
Krzycer: Przede wszystkim: kiedy to się dzieje? Niby Cap i Logan mogli zostawić młodych zanim potłukli się nad Antarktydą, ale coś mi się nie zgadza jeśli chodzi o to, którzy Mściciele byli w Akademii, a którzy na Utopii.
Przechodząc do komiksu: boli coraz bardziej ewidentne cofnięcie X-23 w rozwoju. Ale rozmowa z Dust była całkiem, całkiem. Sympatycznie wypada surfujący Mettle. Ale historia jest niezręcznie poprowadzona. Szczęśliwa koegzystencja przerwana wybuchem Velocidada - praktycznie wszystko jest tu nienaturalne. A sam wybuch powinien paść zaraz po sugestii Herculesa.
A skoro o tym mowa - Hercules i Sebastian Shaw to najjaśniejsze punkty w tym numerze.
Lotar: Komiks z postaciami, których nie znam i które w ogóle mnie nie obchodzą. To smutne, że Grummett na stare lata zaczął tak bazgrolić. Ciekawe czy Shaw ma zamiar pomóc Hope, czy wraca na starą ścieżkę? Ostatnia strona jest fajnym nawiązaniem do klasyki. Lubię takie smaczki jeśli mają jakiś sens. A tu mają.
Wilsonon: Gage nie umie pisać dialogów. W jego wykonaniu są one denne i sztuczne. I do tego to, co robi z X-23 dogłębnie mnie irytuje. Rysownik też nie zachwyca. Postaci co chwile są mniejsze, większe, średnie względem siebie i nie wspominam już o słodkich pyzowatych twarzach.
Gil: Parafrazując pewne powiedzenie: i Hercules dupa, gdy z komiksu kupa. Zaniechałem kontaktów z tym tytułem gdzieś po dziesiątym numerze, bo absolutnie niczym nie zdołał mnie do siebie przekonać i teraz widzę, że była to słuszna decyzja. Okładka i zapowiedź wyglądały interesująco, więc dałem się nabrać i okropnie się zawiodłem. Powiem więcej: żałuję tego kroku. Jeśli przyjąć, że poziom, jaki Gage pokazuje w Legacy jest mierny, to tutaj nurzamy się w mule. Ten komiks jest po prostu durny. Od pierwszego panelu - za który Herc wylądowałby niechybnie w pudle za molestowanie nieletnich w prawdziwym świecie – aż po ostatni, który nadużywa wzorca dobrze znanej sceny. A między nimi? Łopatologiczna ekspozycja, infantylne gagi, postacie wyprane z charakteru, średnie rysunki i nic, absolutnie nic interesującego. Chyba jednak wrócę do ignorowania tego i zostawię z oceną 2/10.

Avengers Academy #30
Hotaru: Nie podoba mi się to, co Gage robi z Shawem. Mam wprawdzie nadzieję, że w kolejnym numerze okaże się, że to tylko fortel, jakiś rodzaj zasłony dymnej, ale nie mogę zapomnieć, że subtelność nie jest mocną stroną tego scenarzysty (co widać chociażby po wątku X-23 i jej gadce motywacyjnej). Boli mnie, że tak szybko powrócił Shawa do jego starej wersji, chociaż jego amnezja otwierała dla tej postaci kompletnie nowe i niezbadana ścieżki. Avengers Academy pozostaje średnim tytułem. Wyczuwam jednak trend spadkowy.
Krzycer: A skoro o idiotycznych eventach mowa... Komiks nie byłby taki zły, gdyby Gage nie robił z X-23 maszyny do zabijania, która nie pojmuje czym jest ta "miłość" o której tyle słyszy... Koszmar.
A motywacje grona pedagogicznego biorą się z kwestii wepchniętej w usta Kavity - "musimy założyć, że Shaw chce zabić studentów". A w następnym numerze pan scenarzysta będzie chciał sprzedać jako wielkie zaskoczenie to, że Shaw chce pomóc Hope, ależ to będzie zaskoczenie!
A przecież Gage pisał kiedyś całkiem niezłe rzeczy. Nawet w tym tytule. Co się stało?

Avengers Academy #31
Hotaru: Początek numeru średnio udany, ale potem było lepiej. Odetchnąłem z ulgą, kiedy dowiedziałem się, że Shaw jednak nie wrócił do swej poprzedniej persony. Całości wprawdzie zabrakło finezji, ale kilka zabawnych akcentów z Herculesem pozwala mi o tym zapomnieć. Rysunki Grummetta też były tym razem jakoś bardziej staranne. Nie do końca odpowiada mi, jak portretuje Laurę, ale idzie się przyzwyczaić.
Krzycer: Laura pozostaje cofnięta w rozwoju, i to strasznie. Zaskoczenia w związku z Shawem nie ma żadnego. Walki nie są szczególnie wciągające. Poza X-23 nic mnie szczególnie w tym komiksie nie boli, ale od paru już numerów również nic mnie do niego nie przyciąga. Może poza Herculesem, choć i jego wolałem pod piórem Van Lentego, kiedy mówił jak zwykły człowiek.
Volf: Dobra, przyzwyczaiłem się do Gage'owej Laury. Co sprawiło, że w końcu znowu mogłem się dobrze bawić czytając tę serię. Może i Gage psuje całkiem dobry scenariusz miałkimi dialogami i przerysowanymi charakterami postaci, ale nie psuje go na tyle mocno, żeby zrobić z tego słabą historię. A na pewno jest to lepsze Avengers versus X-Men niż Avengers Versus X-Men.

Avengers Academy #32
Hotaru: Jestem zaskoczony rysunkami Timothy'ego Greena. Ten artysta ma bardzo specyficzną kreskę - redaktorzy Marvela zdają sobie z tego sprawę, bo częściej zlecają mu rysowanie niehumanoidalnych kosmitów, niż ludzi. Ale tym numerem Green pokazał, że jeśli ma taki kaprys, może rysować jak najbardziej w konwencji amerykańskiego komiksu superbohaterskiego. Powiem więcej - jego Laura stoi o klasę wyżej, od wersji Toma Grummetta. Fabularnie... jest kiepsko. Zaczynam się przyzwyczajać, że X-23 w interpretacji Christosa Gage'a straciła większość niuansów i głębi nadanej jej przez Kyle'a, Yosta i Liu. Ale Emma... cóż, pomijam jej kuriozalne powitanie Hanka Pyma, i żałośnie niski poziom mocy, jaki wykazała - ale to po prostu nie ta Emma, którą znamy. Można się sprzeczać, że to wina Phoenix Force, ale Frost już kiedyś miała okazję gościć w sobie ten byt, i wtedy jej charakter nie został tak zniekształcony. Szkoda, mogło być fajnie.
Krzycer: Ojej, ależ mnie ten numer wkurzył. Bo tak - mamy tu i Laurę o której Gage pewnie sądzi, że ją "rozwija", podczas gdy X-23 nadal jest w tymże rozwoju cofnięta; i sfeniksioną Emmę, której PF jeszcze spotęgowała arogancję; i głupiutkich dorosłych, jak Pyma, którzy nie widzą problemu w tym, by od nowa zaprogramować Sentinela, bo to tylko maszyna. Przynajmniej Pymowi ktoś wypomina "to-tylko-maszynę" Jocastę. Emmie Danger nikt nie przypomni.
Ale najbardziej wkurzyło mnie to, że tydzień temu w X-Men: Legacy Gage wałkował to samo. Tam przynajmniej nienajgorzej poprowadził Frenzy i wątek jej przeszłości. Tutaj... Ok, dwa komiksy pióra tego samego scenarzysty, wychodzące tydzień po sobie, traktujące o tym samym - to mogłoby działać, gdyby w jednym z nich problem ukazano z drugiej strony. Ale nie, łopatologiczny morał w obu jest identyczny. Tam przynajmniej wszystko zostało zamknięte w jednym odcinku. Tu czeka nas starcie gromadki dzieci z Feniksem. Fantastycznie.
A przecież Gage zaczął się wyrabiać, i ten komiks czytało się całkiem nieźle. Chyba rozszerzenie obsady mu się nie przysłużyło.
Volf: Ktoś tu zdepowerował na potrzeby historii Phoenix Emmę. No ale bez tego nie byłoby wymuszonego tie-ina, niech będzie, nawet głupotka z atakami Sentinela robiącymi na niej jakieś wrażenie. A poza tym? Standardowa Gage'owa łopatologia i banalne dialogi. Jeden plus za Hazmat pytającą X-23 czy PF mogłoby ją wyleczyć - to było fajne. Cała reszta standardowo dla tej serii do bólu przeciętna.

Avengers Academy #33
Hotaru: Nie spodziewałem się takiego zakończenia. Zakładałem, że w jakiś sposób kompletnie odwiodą Emmę od niszczenia Sentinela, a tu taki psikus. Byłem autentycznie zaskoczony, kiedy robot został rozebrany na części. Niestety, Gage całkowicie to zaprzepaścił odbudowując go kilka stron dalej. O ile byłbym w stanie przełknąć podmienienie mózgów elektronowych, to tak szybka naprawa jest dla mnie przegięciem - wolałbym, żeby Juston przez następnych kilka numerów pracował nad odbudową przyjaciela. Za to rysunki Greena nadal bardzo pozytywnie mnie zaskakują. Nie mogę wyjść z podziwu, jak bardzo mainstreamowe się stały, bo mam w pamięci jego oryginalne dokonania przy one-shotach ze świata "Ender's Game".
Krzycer: Słabe to. Niby wiadomo, co Gage chciał zrobić, ale... przepotężna Emma strasznie długo się cacka z jednym Sentinelem, niewzruszony Pietro się wzrusza (a jego zgoda na przetopienie robota była najlepszą częścią komiksu), a wszyscy zachowują się tak, jakby Sentinel był pierwszym robotem jakiego w życiu widzą i nie obcowali na co dzień z różnymi Jocastami, Visionami i Danger.

Avengers vol. 4 #25
Hotaru: Nie powinienem nikogo zaskoczyć stwierdzając, że ten numer jest nudny. Ostatnia historia Briana Bendisa w tej serii nie zaczęła się od trzęsienia ziemi. Co więcej, początkowa i ostatnia scena wskazująca na tie-in do AvX okazała się zupełnie oderwana od reszty numeru. Rysunki Walta Simonsona, które miały być niewątpliwym atutem tej historii... atutem nie są. Rozumiem, że dla niektórych to legendarny artysta, ale w tym zeszycie się nie popisał. Nie chodzi mi nawet o old-schoolowy styl rysowania postaci, ale też o nienatchnione kadrowania i monotonny storytelling. Ale najgorsze jest dla mnie to, że twarz Thora kilka razy wygląda tak, jakby narysował ją Larry Stroman. A na myśl o tym "artyście" bierze mnie na wymioty.
Krzycer: Zaczyna się podczas inwazji na Utopię! A potem mamy retrospekcję, trochę ciszy i spokoju w Avengers Tower, niesamowicie nudny wypad by skopać AIM i doktor Rappacini i wreszcie epilog - nadal w ramach retrospekcji.
... to po co w ogóle zaczynać na Utopii? Nie wiem, sensu nie widzę.
Po lekturze tego numeru mam wrażenie, że w głowie Bendisa to wszystko działa - związek Hawkeye'a ze Spider-Woman się rozwija, Noh Varr odnajduje się jako Avenger ale przypominają o sobie jego obowiązki wobec Kree (choć jeśli dobrze kojarzę, to nie są jego Kree, bo on pochodzi z alternatywnej rzeczywistości?). Ale tak to przenosi na łamy komiksu, że to wszystko jest w najlepszych wypadku niezręczne. No bo - romans Hawkeye'a i Spider-Woman ostatnio sprowadza się do tego, że różni ludzie ich pytają, czy są razem, na co oni odpowiadają tak. Noh-Varr nie miał praktycznie żadnych kwestii i żadnej znaczącej roli odkąd dołączył do zespołu, więc ten wątek to pełna porażka. Przynajmniej rysunki Simonsona są... no, oldskulowe.
Ok, szczerze mówiąc to nie do końca mój styl. Nic mi się w tym numerze nie podobało.
Gil: Avengers vs. X-Men my ass! Splash page i jeden panel na następnej stronie plus hint na ostatniej, to zdecydowanie za mało, żeby zasłużyć sobie na okładkowe logo. Niby ma to być wstęp z perspektywy Capa, ale w ciągu paru stron zmienia się w bitkę z AIM i zupełnie wypada z tematu. W porównaniu z niedawnym prologiem w New Avengers, ten jest zupełnie nietrafiony i mało interesujący. A i rysunki nie pomagają. Właściwie to myślałem, że twórcą jest Erik Larsen i dopiero po spojrzeniu na okładkę odkryłem, że jest nim Walter Simonson – równie znane nazwisko i równie toporny styl. No cóż, przynajmniej pod względem stylu event będzie zróżnicowany. Ale jak już mówiłem, tym razem nie ma tu nic ciekawego, więc dostanie 4/10.
Łukasz: Co ja widzę, to przygody Spider-Girl w wykonaniu Rona Marza? Nie, to Walter Simonson powrócił do Marvela. Strona graficzna to ukłon w stronę końca lat 80 i początku dziewięćdziesiątych XX wieku i powrót gwiazdy tamtym czasów po latach  pobytu w komiksowym limbo. Bardzo duża część numeru jest wypełniona przez typową, schematyczną akcję Mścicieli, w stylu zobaczyłem, zdobyłem, zwyciężyłem. Najciekawszym momentem była ostatnia strona, gdzie dwaj przedstawiciele pewnej kosmicznej rasy ze sobą rozmawiają i gdzie jeden oznajmia drugiemu o pewnym istotnym fakcie. Sama historia z tego zeszytu, to typowy zapychacz, który prócz właściwie ostatniej strony nic nowego nie wnosi jako tie-in do crossa AvX. Ci, co go kupili, pewnie żałują teraz wydanej na niego kasy. Oj, nieładnie panie Bendis.

avalonpulse0248b%20%5B1600x1200%5D.JPGAvengers vol. 4 #26
Hotaru: Nie powinienem się dziwić. Od dłuższego czasu narzekam, że - poza kilkoma wyjątkami - Brian Bendis dobrze zaczyna, ale kończy tragicznie. Wygląda na to, że jego run w Avengers wyjątkiem nie będzie, i jego ostatnia historia dla tej serii będzie jedną z tych gorszych. Nie chodzi nawet o to, że dubluje wydarzenia, które są już ukazane w Secret Avengers. Po prostu jest tak mało wciągająca, że chyba bardziej się nie da. Chociaż poziom rysunków jest spójny z warstwą tekstową. Nie chce mi się nawet zgadywać, kto do kogo równał w dół - scenarzysta do rysownika, czy vice versa.
Krzycer: Ojej, jakie brzydkie rysunki. Ja wiem, że Simonson to legenda i w ogóle, ale... jakie brzydkie rysunki. Ale przynajmniej drugie starcie Thora z Feniksem było trochę bardziej efektowne od pierwszego.
Tylko jak to wszystko będzie się miało do "we must kill the Avengers" z Secret Avengers?
Volf: Sympatyczna scenka z Protectorem i jego dziewczyną na dachu. Tylko jak ona biedna ma teraz stamtąd zejść? Druga połowa numeru okazała się mniej ciekawa, próby przechwycenia PF lepiej przedstawił Remender w Secret Avengers. Przynajmniej cliffhanger ciekawy.
Gil: Oto komiks, który doskonale udowadnia, że twórcy eventu AvX w ogóle ze sobą nie rozmawiają. Tutaj Bendis opisuje swoją historię wypadu w kosmos, a w Secret Avengers Remender opisuje swoją. Obie różnią się od siebie jak osioł od zebry. Która lepsza? Prawdę mówiąc, żadna – ale tutaj zajmiemy się obecną. W połowie jest wypchana watą, otaczającą Protectora. Nie wiem, czy w ogóle jest ktoś, kogo to obchodzi? Druga połowa to starcie z ptaszkiem, które wypada przynajmniej mniej żałośnie niż w drugim tytule i łączy się z tym, co pokazano w głównej mini. Udało im się chociaż osłabić Phoenix, zanim... no i właśnie tu zaczynają się największe różnice. Poza tym, niepotrzebnie ściągnęli Simonsona z emerytury, bo ciężko nazwać jego rysunki ozdobą numeru. Zwłaszcza Thor wygląda jak Ozzy Osborne w klipach z lat '80. Tutaj można wycisnąć ocenę 3/10.
Łukasz: Tie-in do AvX, który bardziej przypomina mi lata 90 - te poprzedniego wieku, oraz run Simonsona w Fantastic Four, niż serię ukazującą się w XXI wieku. Człowiek, który zasiada do lektury odnosi wręcz wrażenie, że fabuła tego numeru została napisana na kolanie, tylko po to by zapełnić jakoś kolejny numer. Szkoda kasy, lepiej zaopatrzyć się w numery Batmana z konkurencyjnego DC!

Avengers vol. 4 #27
Hotaru: Im dłużej patrzę na rysunki Simonsona, tym bardziej przypominają mi one prace Larry'ego Stromana. Fabularnie nie jest o wiele lepiej. Po pierwsze, w kontekście (braku) obecności Noh-Varra w poprzednich historiach, ta wydaje się wyjęta stamtąd, gdzie słońce zagląda tylko na plaży nudystów. Przez co od samego początku byłem głuchy na jakikolwiek emocjonalny przekaz, więc zmagania Protectora w ogóle do mnie nie trafiły. Podobnie jak ostra reakcja Avengers, z Beastem na czele. Po drugie - jak to się ma mieć do tego, co Remender pokazał w Secret Avengers?
Krzycer: To byłaby fajna historia, gdyby Bendis przez poprzednie 26 numerów nie trzymał Noh-Varra w czwartym szeregu. Tak naprawdę mieliśmy jeden Annual, żeby bliżej go poznać i tyle. I dlatego trudno się tym przejąć, choć sama historia jest niezła.
Nie pomagają również brzydkie jak noc rysunki Simonsona. Przy pierwszym czytaniu nie miałem pojęcia, co właściwie wydarzyło się w końcówce, kto do kogo strzelał z tego statku kosmicznego i kto zginął. Teraz już chyba wiem, ale choć reszta numeru nie jest tak chaotycznie przedstawiona, to i tak zapełniają ją żaby, a nie ludzie. Zgroza. Niech będzie 5/10.
Łukasz: Zeszyt przynosi nam wyjaśnienie dlaczego nie ujrzeliśmy Protectora na łamach AvX #5. Mam nadzieję, że wyjdzie z tych tarapatów, w które się przez własną głupotę wpakował, obronną reką. A tak w sumie numer ciut lepszy niż poprzednio, choć i tak niezbyt dużo się wydarzyło. Rysunki jak były paskudne, tak nadal są.
Gil: Oj, ależ to było mdłe. Kolejny raz muszę podkreślić fakt, że nijak ma się to do wydarzeń z Secret Avengers, chociaż rzekomo opowiada tę samą historię. Ale to już wiemy i szkoda mi więcej słów marnować na ten temat. Natomiast w tym zeszycie znajdujemy miernoty innego rodzaju. Kiepskie rysunki to jedna z nich, ale o tym też już wspominałem poprzednio. Fabuła też nie poraża, chyba że głupotą. Przez pół numeru Avengers walczą z grawitacją, bo są wciągani przez słońce. Sądząc po rysunkach, jest to jakieś wyjątkowo małe słońce, ale i tak gdyby byli na tyle blisko, nawet nie zdążyliby się obudzić. Tymczasem Noh-Varr odkrywa, że Kree zrobili go w ciula. Trochę się biją, próbuje przepraszać, ale oczywiście nic z tego i nawet Beast chce go zabić (cóż za szokująca zmiana charakteru!). Nasi dzielni bohaterowie zabierają dupę w troki i zostawiają go na pastwę Kree, ale i tak im umyka, by pójść własna drogą. Wszystkie te wydarzenia, do głównej historii wnoszą... absolutnie nic. Niespodzianka? Wątpię. Za to kolejne mierne 2/10.
Arachnid: Noh-Varr nie należy do moich ulubieńców, więc jego losy są mi całkowicie obojętne. Sam numer jest bardzo kiepski. Avengers są wciągani przez słońce i próbują się uwolnić, a Noh-Varr odkrywa, że został oszukany i atakuje swoich zwierzchników. Na plus zaliczyłbym, że Mściciele nie wybaczyli mu jego zdrady, choć z drugiej strony zachowanie Beasta jakoś mi nie pasuje. Rysunki niestety paskudne. Ogólnie słabiutko.

Avengers vol. 4 #28
Hotaru: Nie ważne, jak bardzo Brian Bendis i Walt Simmons są zasłużeni dla komiksowego medium, tym numerem cofają go dekady wstecz. Jest równie tępy, co brzydki. Nie śledzę postaci Rulka, więc może zachowywanie się idiotycznie to jego modus operandi. Ale jak X-Men mogli wysłać Rossa do Wakandy, skoro nie wiedzieli, że tam się ukrywają Avengers? Szczęśliwy traf? Czy kolejny już w tej serii brak spójności z resztą eventu? Najpierw Secret Avengers a teraz to...
Arachnid: Czy oni naprawdę myśleli, że ten plan zadziała? Strzał w głowę od snajpera i po wszystkim. Strasznie to było głupie. Swoją drogą bardzo się cieszę, że tego numeru nie pisał Loeb, bo wówczas mutanci ponieśliby zdecydowanie większe straty. Choć i tutaj według mnie Czerwony zbyt dobrze sobie radził, ale na szczęści na koniec dostał bęcki. Co do oprawy graficznej, to ujdzie w tłumie, choć rewelacji nie ma. Ogólnie numer raczej słaby.

Avengers vol. 4 #29
Hotaru: Tie-in do Avengers vs. X-Men i komiks paralelny do Wolverine and the X-Men #12, przedstawiający te same wydarzenia z innej perspektywy. Z jakiegoś powodu, wolałbym żeby tak nie było. Niby wprost nie zaprzecza wydarzeniom pokazanym przez Jasona Aarona, a wręcz korzysta z tych samych linii dialogowych, jednak sposób ukazania Rachel jest uwłaczający. U Aarona Grey miała swe wątpliwości, była rozdarta, zaś u Bendisa jest fanatyczką, podobnie jak pozostali X-Men. Nie rozumiem też, czemu miało tu służyć użycie Profesora X. Najpierw Tony mówi, że nie mogą ufać telepatom-mutantom, a za chwilę Cap dzwoni po Xaviera. Może za dużo oczekuję, kiedy chcę by Bendis pisał spójnie z innymi scenarzystami, ale chyba ze sobą samym mógłby spróbować?
Volf: Po pierwsze, rysunki są paskudne. Autentycznie paskudne i możliwe, że to przez nie tak bardzo mi się ten numer nie spodobał. Bo nie spodobał. Avengers to znowu idioci, do tego Bendis postarał się, żeby do postaci jakie przestałem lubić przez ten event doszedł Hawkeye, a Professor X zachowuje się tutaj zupełnie inaczej niż w reszcie eventu - także w zeszłotygodniowym numerze New Avengers pisanym przez tego samego autora. Kolejny beznadziejny numer beznadziejnej serii - przez 29 numerów flagowa seria Domu Pomysłów nie doczekała się nawet jednego numeru, który trzymałby solidny poziom.

Avengers vol. 4 #30
Hotaru: Po raz kolejny seria ta bezwstydnie wykorzystuje banner AvX podczas gdy w rzeczywistości nie ma z tym eventem niczego wspólnego. Ten numer jest tak kiepski, że wręcz ciągnie "marvelowy event roku" w dół, a wszyscy dobrze wiemy, że do dna wcale tak dużo mu nie brakuje. Podejrzewam, że Bendis już kilka miesięcy temu dał sobie spokój ze Mścicielami i już w ogóle mu nie zależy. To widać. Rysunków rozplanowanych przez Simonsona i dokończonych przez Hannę nawet nie skomentuję.
S_O: Avengers kończą swój tie-in do tegorocznego wielkiego eventu tak, jak zaczęli - czymś całkowicie niezwiązanym. Tym razem mamy do czynienia z kłótnią między ukochanymi z walką przeciw syndykatowi zbrodni w tle.
Bardzo dalekim tle.
Prawdę powiedziawszy, nie mam pojęcia, co się wydarzyło. Serio. Ktoś mógłby pomyśleć, że skoro napisałem streszczenie (na stronie prędzej czy później) to powinienem. Ale tak nie jest. Jedyne wytłumaczenie, które wydaje mi się logiczne, to że Spider-Woman dostała w pewnym momencie w łeb, co obróciło jej osobowość o 180 stopni.
Przynajmniej jak to zrobili w Muppetach, to był tam jakiś dowcip.
avalonpulse0266b%20%5B1600x1200%5D.JPGKrzycer: Popatrzmy, co my tu mamy:
1) Para bohaterów kłóci się w czasie walki. Bendisowski standard.
2) Historię o tym, co robią złoczyńcy, gdy superbohaterowie są zajęci waleniem się po łbach. Mieliśmy to przy okazji "Civil War" i jeszcze parę razy później, w różnych odmianach. Ale ok, ujdzie.
3) Postać zapomina, że dysponuje jakąś mocą. W tym wypadku - Mr Negative, który nawet nie próbuje skorzystać ze swojej sztuczki z praniem mózgu za pomocą dotknięcia. Bendisowski standard.
4) Rysownik nie potrafi przedstawić ruchu - Spider-Woman wygląda, jakby się rozciągała/przewracała, kiedy wyprowadza kopnięcie, Viper się przeciąga, gdy hajluje... I w ogóle te rysunki jakieś nie teges.
Ogólnie: słabo. Parę kwestii jest wystarczająco dobrych, żeby się uśmiechnąć, ale cały numer jest do zapomnienia.
colossus28: Ten numer to kwintesencja złej formy Bendisa, totalny zapychacz, który ma nam uświadomić, że związek Bartona z Jessicą to nie bułka z masłem, a sama Spider-Woman to herod-baba z której nie warto stroić sobie żartów. Mr Negative z którym Spider-Man wielokrotnie się już stykał i nie były to łatwe starcia tutaj dostaje po gębie między kolejnymi prztyczkami w nos zakochanej pary. Do tego wszystkiego okropne rysunki Simonsona. 3/10.
Arachnid: Ten numer był w moim przekonaniu całkowicie zbędny. Oczywiście czasem są potrzebne również takie tzw. „zapychacze”, ale nie w tym przypadku. To numer z tych o których z łatwością się zapomina. Głównym celem numeru było ukazanie relacji Spider-Woman i Hawkeye’a. I choć nie jestem entuzjastą ich związku, to ich wzajemne relacje ukazane w tym numerze wypadają świetnie. Ale oprócz kłócącej się pary (podczas walki) więcej zalet w tym numerze nie znalazłem. Mr Negative i jego wesoła grupka są tylko tłem i równie dobrze mogliby być zastąpieni kimkolwiek innym. Co do rysunków to jest kiepsko, zwłaszcza przeciągająca się, tzn. „Hailująca” Viper zapada w pamięć. Co oczywiście do zalet numeru nie należy. Ogólnie numer nie jest zły, ale do ulubionych też bym go nie zaliczył. Według mnie jest całkowicie niepotrzebny, ale skoro już został wydany, to niech sobie będzie.
Gil: Kolejny numer serii, który trzeba było czymś zapchać, żeby nie przeszkadzał w evencie. Tym razem chytry pomysł Bendisa polegał na wypchaniu go watą ze sprzeczki kochanków. Z jednej strony, należy mu się za to mały kudos, bo wychodzi ona absurdalnie naturalnie i czegoś takiego raczej się w komiksach nie widuje. No wiecie, superbohaterki nie miewają okresów, nie bywają bezsensownie zazdrosne i drażliwe bez powodu... Pokazanie Jessiki od tej strony nadaje jej czegoś prawdziwego. ALE – i to jest chyba największy problem (no, może oprócz paskudnych rysunków) – cały numer jest niezwykle wręcz irytujący. I teraz nie jestem pewien, czy dlatego, że po prostu jest irytujący, czy dlatego, że sięgając po tak escapistyczną rozrywkę jak komiks, nie mam ochoty na czytanie wynurzeń zazdrosnej dziewczyny? No cóż, z małym plusem za odwagę i minusem za odrzucającą grafikę, wystawię 5/10.

avalonpulse243b%20%5B1600x1200%5D.JPGNew Avengers vol. 2 #24
Hotaru: Wiele scen mnie w tym komiksie zirytowało: Rulk rozkazujący Mścicielom, Luke płaszczący się przed kamerami, Storm opuszczająca zebranie zanim dowiedziała się, w czym tak naprawdę jest rzecz. Ale koniec końców, oceniam ten komiks pozytywnie. Chyba pożegnanie Cage'a z rodziną wydało mi się na tyle autentyczne, że wybaczyłem Bendisowi pozostałe grzeszki. Deodato nadal rysuje nierówno, ale w tym zeszycie więcej razy mu się udawało, niż nie. Jako tie-in do AvX nie wnosi niczego, ale jako dalsza część opowieści o związku Cage'a i Jones - daje radę.
Krzycer: Rulk jest strategiem Avengers? Niby Ross jest generałem, ale mimo wszystko... poza Daredevilem wszyscy obecni mają dłuższy staż w Avengers od niego, więc to jakoś dziwnie wypada.
Co poza tym? Uzupełnianie wydarzeń z AvX - nic nadzwyczajnego. Ale przesilenie w stosunkach Cage'a i Jessici, zajmujące większość numeru, wypadło całkiem, całkiem.
Wciąż żałuję, że Jessica straciła pazury, które miała w "Alias", ale nie można mieć wszystkiego.
Szczepi: Odnoszę wrażenie, że im bliżej do końca runu Bendisa we wszelkich Avengerowych seriach, tym lepsze historie on tworzy. Po koszmarkach z Osbornem i H.A.M.M.E.R. w rolach głównych BMB napisał bardzo dobry komiks ukazujący zarówno przygotowania do ataku na Utopię (rozwaliła mnie gadka Spider-Mana na temat szkoły Wolverine'a tuż przed zgromadzeniem wszystkich Avengers), jak i osobisty dramat rodziny Cage'ów, który naprawdę mną poruszył. Gdyby moja rodzina była nieustannie narażona na ataki ze strony superzłoczyńców, również starałbym się zapewnić im bezpieczeństwo, nawet kosztem zmiany pracy. Tak jak to zrobiła Jessica, która miała już dość życia z tarczą strzelecką umieszczoną na jej domu i postanowiła dać sobie spokój z superbohaterstwem. Wracając do AvX wybór Red Hulka na głównego stratega drużyny jest dobry, choć może wydawać się trochę kuriozalny, gdyż większość Mścicieli nie wie, kto kryje się pod tą czerwoną skórą. Ale cóż, skoro Cap mu ufa, to czemu inni nie mogą. BTW, ciekawe co się stało z osiami od kombajnów, które Avengers trzymali w AvX #1?
Gil: No proszę, a to niespodzianka – wreszcie numer, który przypomina o starych, dobrych czasach i co więcej, zawiera to, czego brakowało w pierwszym numerze eventu. Mamy tu właściwie prolog do pojawienia się Avengers na Utopii. W centrum historii stoją Cage i Jessica, a to jest dla mnie wielkim plusem. Why? Because I care! Śledzę losy tej pary od początku i uważam, że to jedna z niewielu rzeczy, które Bendis wciąż robi dobrze. Tutaj również, bo konflikt akurat trafia w sedno ich prywatnego kryzysu. Do tego mamy kilka innych cukierków, jak na przykład wątpliwości Thinga, których większość czytelników oczekiwała, sądząc po wypowiedziach na forum. Trochę zaskakuje rola Rulka, chociaż z drugiej strony – w końcu jest generałem. Prawdę mówiąc, poza niezbyt ciekawym banterem przy stole, nie mam się czego przyczepić, za to mogę postawić kilka plusów. Dostrzegam też lekki trend zwyżkowy w rysunkach. Po raz pierwszy od dawna, mogę z czystym sumieniem dać temu tytułowi 7/10.
Arachnid: To był naprawdę bardzo dobry numer, skupiający się na postaciach Jessici Jones i jej kuloodpornego męża. I wątek ten jest bardzo dobrze prowadzony. Porusza bardzo istotne kwestie, dotyczące wychowywania dziecka, w przypadku gdy rodzicami są superbohaterowie, którzy nader często narażają swoje zdrowie i życie. Co do reszty numeru to bardzo podobało mi się oczekiwanie Avengers i ich pogawędki na pokładzie Helicarriera. Rozmowa Spider-Mana z Wolverine'em na temat szkoły bardzo mnie rozbawiła. Wątpliwości Thinga również na bardzo duży plus. Co do Rulka – Stratega, to wygląda to trochę dziwnie, ale jest jak najbardziej logiczne. Ma on przecież największe doświadczenie na tym polu. Rysunki również bardzo dobre. Najlepszy numer z tej serii od bardzo dłuższego czasu.avalonpulse0245c%20%28Kopiowanie%29.JPG

New Avengers vol. 2 #25
Hotaru: Bardzo przyjemnie mi się to czytało i oglądało. Nie wiem jeszcze, co myśleć na temat retconu o związku Phoenix Force i Iron Fist, ale na razie mnie nie uwierał, a to już coś. Za to Mike Deodato chyba wraca do formy. Wreszcie widzę przebłyski wielkoformatowej wizji, która jakoś ulotniła się z jego stronic po Dark Avengers. Will Conrad też świetnie się spisał, emulując styl Deodato tak, że przejście między rysownikami jest praktycznie niewyczuwalne. Brawo.
Krzycer: Zupełnie nie tego się spodziewałem po tym numerze. Ale to nawet dobrze, bo od początku obawiałem się "sekretnego związku Iron Fista z Feniksem". Poświęcenie całego komiksu na budowanie fundamentów pod ww. objawienie może zaprocentować kiedy już do tego dojdzie.
Tylko nie rozumiem sceny otwierającej numer... czy to wizja Yu Ti? A jeśli tak, to czy dotyczy Hope a nie rudej z tego numeru? Bo ta farma jakaś taka zupełnie współczesna się wydaje.
Gil: Z tego numeru Immortal Iron Fist dowiadujemy się, że… Chwila-moment! Dlaczego na moim numerze Iron Fista jest logo New Avengers i jeszcze jakieś inne bullshity? Przecież w środku nie ma żadnych Avengers. Jest za to coś o Phoenix, ale jakoś ciężko mi to dopasować do fistologicznej wiedzy nabytej. To w końcu co ja pacze? New Uncanny Iron Fist? Chaos, chaos, chaos… Wygląda nawet nieźle, ale jakoś ciężko mi przyswoić pomysł związku między tymi dwoma opowieściami. Aha, jeszcze jedno – jest genetycznie niemożliwe, żeby czystej krwi Azjatka urodziła rude dziecko, choćby nawet ojciec miał żywy ogień na głowie ;). Chyba dam 4/10, bo nie trafia do mnie.
Łukasz: Dowiadujemy się nieco o tym z tego numeru jakie powiązania z historią Kun Lun ma Phoenix. Okazuje się, że obie potęgi mają wspólny mianownik, o którym wspominają starodawne księgi. Wiedza w nich zawarta może pomóc w ocaleniu świata superbohaterów. Numer, w którym pojawiają się lokacje, postacie znane z łamów niewychodzącej już serii Immortal Iron Fist. Co tajemnicza "ona" może mieć wspólnego z historią ukrytego wśród gór miasta? Zeszyt, w którym typowej akcji jest jak na lekarstwo, głównie dominują w nim dialogi oraz nieme kadry, z których powoli wyłania się ciekawy wątek.

avalonpulse0247b%20%28Kopiowanie%29.JPG New Avengers vol. 2 #26
Hotaru: Z jednej strony podoba mi się, że Bendis skorzystał z wątków, jakie Jonathan Hickman wyłożył w S.H.I.E.L.D., ale z drugiej... z drugiej strony, to przecież seria New Avengers, a nowych Mścicieli tu nie uświadczymy. Jest to do przyjęcia, ale mam wrażenie, że Bendis poszedł na łatwiznę i można było tą retrospekcję przedstawić wplecioną w teraźniejsze wątki. Wtedy też wyprane z nasycenia kolory dałoby się usprawiedliwić, a tak ten zabieg jest dla mnie niezrozumiały, bo brak saturacji nie służy wyróżnieniu flashbacku z reszty, gdyż tej reszty po prostu nie ma. Jestem ciekaw, w którym kierunku to pójdzie dalej.
Krzycer: Wciąż nie wiem, do jakiej właściwie wielkiej rewelacji ma prowadzić ta historia. Na początku obawiałem się, że moc Iron Fista okaże się kolejną manifestacją Feniksa, ale źródłem ich mocy ewidentnie dalej jest smok, więc to nie to. A poza tym - Bendis mnie przekonał. Historia wpisuje się w to, co wiemy o K'un Lun (a przynajmniej w to, co kojarzę z Immortal Iron Fist), a wykorzystanie Leonarda po S.H.I.E.L.D. wydaje się naturalne (choć może jeszcze naturalniej byłoby sięgnąć po tego Chińczyka który pojawił się w tamtej miniserii... kto to był, Zhang Heng?).
Podsumowując: jestem ciekaw, do czego to prowadzi, więc historia spełnia swoje zadanie.
Gil: W tym numerze Immortal… ah, screw it! To już nie jest zabawne. Ale poważnie mówiąc, zaczyna mnie to już drażnić. Skoro chcieli opowiedzieć historię o związku między K'un L'un a Phoenix Force, to mogli zrobić z tego miniserię. Ale nie, bo w Marvelu siedzą jednak różne mądre głowy, które zdają sobie sprawę, że więcej ludzi kupi kolejne zeszyty New Avengers niż miniserię, która jest tie-inem do eventu. Dostajemy więc okładkę, która nas okłamuje, a kolejne numery serii są zapychane watą tak, jak robiono to przy paru ostatnich eventach. I nie ważne, że historia jest całkiem interesująca, a nawet Leonardo występuje gościnnie – kiedy sięgam po New Avengers, chcę czytać o New Avengers. Swoją drogą, nie mogę się oprzeć wrażeniu, że X-owa część eventu jest znacznie lepiej rozwinięta, a wszystkie tie-iny z Avengers traktowane po macoszemu. Jak już napisałem, ten numer jest całkiem niezły, ale za brak związku z kontekstem i tytułem wystawię mu ocenę 4/10, która oznacza: nietrafiony.

New Avengers vol. 2 #27
Hotaru: Przeczytałem ten numer przed AvX #6, więc przez większość komiksu nie potrafiłem zrozumieć, skąd Hope się tam wzięła, i czekałem na jakąś retrospekcję. Mój błąd. Nie jestem pewien, czy lekki i humorystyczny ton, na jaki zdecydował się Bendis, mi odpowiada. Nie jestem pewien, czy jego interpretacja Hope nie jest przypadkiem zbyt różna od "twardzielki", na jaką była kreowana przez ostatnie lata w tytułach o mutantach. Ale jestem pewien, że Deodato narysował kilka przepięknych kadrów. Tylko te kolory...
Krzycer: Przeczytałem ten komiks i pomyślałem "szkoda, że recap page nie zawiera ostrzeżenia, by najpierw przeczytać AvX #6". A potem przeczytałem AvX #6 i odkryłem, że to nie rozwiązuje sprawy, a harmonogram znowu spiskuje przeciw eventowi. Hope trafi do K'un L'un! Uwaga, spojler!
Ale skoro już tu trafiła, to... Ale chwilę, najpierw poznajemy zwieńczenie historii Fongji - przynajmniej na razie. I jest fajnie, tylko... po co w tej historii wystąpił Leonardo da Vinci? Czy tylko mi się wydaje, że był absolutnie zbędny?
A potem wracamy do teraźniejszości (no... teraźniejszości z okolic AvX #7, zapewne). I jest dobrze. Interakcje Hope z Yu-Ti a potem Spider-Manem są żywe i zabawne. I po prostu podoba mi się pokazanie, że Avengers naprawdę pomagają Hope. Mogli spróbować to osiągnąć bez dwukrotnego szturmowania Utopii, ale mniejsza z tym. Przede wszystkim traktują ją jak człowieka, a nie jak broń, ale znowu - to wina tego, jak przedstawiano Cyclopsa przez ostatnie... długo. Przez ostatnie długo.
W każdym razie - może z tego być kolejny dobry tie-in, i jest to najlepsze, co Bendis ostatnio napisał z Avengers w tytule.
Volf: Czyli całe powiązanie Iron Fista z Phoenix można streścić słowami "jedna Iron Fist zdobyła Phoenix Force i poleciała w kosmos". Powiedziałbym, że oczekiwałem czegoś ciekawszego, ale prawda jest taka, że od Bendisa dawno przestałem oczekiwać ciekawych historii. Mały plus tylko za rozmowę Hope ze Spider-Manem. Schematyczne to było strasznie, ale zgodne z charakterem postaci i zwyczajnie przyjemne. A małemu rudzielcowi taka lekcja faktycznie może się okazać niezbędna.

New Avengers vol. 2 #28
Hotaru: Całkiem fajny i przewrotny numer. Komplementował bym go bez zastrzeżeń, gdyby nie to, jak jednoznacznie przedstawia się tu stronę mutantów od kiedy Phoenix Force połączyła się z piątką z nich. Jedyna szara strefa pozwalająca czytelnikowi poczuć empatię ze stroną X-Men okazuje się oszustwem, ponownie mamy czerń i biel, zero subtelności. Dobrze, że chociaż zilustrowane zostało porządnie. Może poza końcówką, bo Phoenix Five w wykonaniu Deodato jakoś mi nie leży.
Krzycer: Tutaj wszyscy mutanci zapominają, że mają jakieś moce, ale końcówka numeru to tłumaczy. A jednocześnie zamienia wszystko w przykrą farsę, bo ci wspaniali, ratujący świat mutanci nie mają nic przeciwko stosowaniu nadzwyczajnych kar. Nie podoba mi się. Ale sam komiks jest całkiem niezły. Takie 7/10.
Wilsonon: Uf, już chciałem nabluzgać Bendisowi czemu Magma nie spaliła Bartonowi rączki i czemu dała sie podejść jak głupię dziecko, czemu X-Men zachowywali sie jak idioci, którzy zapomnieli, że mają moce, a jak Cage zaczął żonglować Colossusem to prawie zwymiotowałem. Na szczęście dostaliśmy dobre zakończenie, więc moje negatywne myśli znikły.
Deodato nie jest (niestety) tym Deodato z Dark Avengers czy chociażby z Thunderbolts, ale jego styl nadaje się świetnie do rysowania historii mrocznych, dziejących się w ciasnych miejscach. Średni komiks, dlatego ocena 7/10.
Arachnid: To było mocne. Bardzo niemoralne i nieetyczne, ale naprawdę mocne. Mówię oczywiście o samym zakończeniu, bo sama ucieczka wypadła dosyć kiepsko. Nieużywanie mocy przez mutantów i niezwykle szybkie rozprawienie się z trójką z Phoenix Five, wypadło bardzo podejrzanie, ale przynajmniej końcówka wyjaśnia, dlaczego tak było. Ogólnie numer całkiem niezły. Rysunki mogłyby być lepsze, ale specjalnie mi nie przeszkadzają. Jedyne, co mi się nie podobało, to przedstawienie X-Men jako tych skrajnie złych, którzy nie przebierają w środkach i potrafią posunąć się tak sadystycznych metod postępowania.

New Avengers vol. 2 #29
Szczepi: Bendis w bardzo dobrej formie i jest to najlepszy numer eventowy. Tajemne spotkanie Kapitana, Profesora i trzech doktorów (brzmi jak początek kiepskiego dowcipu) oraz pewnego monarchy jest napisany w sposób naturalny. Każdy z nich wyraża swoje opinie na temat zaistniałych wydarzeń, nawet Cap schował swojego wewnętrznego buca do kieszeni. Jednak najbardziej podobały mi się wypowiedzi Xaviera i Richardsa. Ten pierwszy chce to wszystko zakończyć, jednocześnie, walcząc z samym sobą, nie chce doprowadzić do ostatecznego rozwiązania problemu, choć jak sam twierdzi, jest gotów to uczynić swoim najbliższym. Z kolei Mr. Fantastic jako rasowy naukowiec dzieli się swoimi spostrzeżeniami, jednocześnie besztając Tony'ego i Steve'a za działania Avengers. Wisienką na torcie jest rozmowa Capa i Namora. Podsumowując - komiks naprawdę wart przeczytania.
avalonpulse0260c%20%5B1600x1200%5D.JPGVolf: Wow. To było zaskakująco... dobre. Powiem więcej - to chyba najlepszy numer związany z całym AvX jaki dotąd czytałem. Spokojna rozmowa, w której przedstawione są punkty widzenia paru kluczowych postaci oraz Reed Richards, który w końcu mówi na głos to, o czym od miesięcy mówią fani - że gdyby Avengers nie pacali patykami Phoenix Five, to całej tej wojny by nie było, a świat byłby lepszym miejscem. Takich komiksów właśnie brakuje temu eventowi. Bendis w wyjątkowo dobrej formie.
Gamer2002: Zachęcony opiniami sięgnąłem po ten zeszyt i rzeczywiście, jest to drugi po AvX #6 najlepszy zeszyt crossa. Cap w końcu klarownie wyjaśnia swoje motywy, poznajemy także spojrzenie Xaviera i Reeda.
Choć patrząc na główną linie, jest to bardziej historia napisana post-factum, poruszając tematy i motywy, które powinny być głównymi tematami tego crossa, a nie robienie ze wszystkich idiotów, by ze sobą walczyli. 8/10.
Arachnid: Numer przegadany, ale w tym wypadku jest to duża zaleta. Bendisowi takie właśnie numery wychodzą najlepiej. Rewelacyjna rozmowa pomiędzy bohaterami, w której przedstawione są różne punkty widzenia aktualnego konfliktu. Świetnie przedstawiony Xavier, który obwinia się za wszystko, co czynią mutanci z Cyclopsem na czele. Jego emocje są bardzo dobrze przedstawione. Jednakże dla mnie numer kradnie Reed Richards i jego opinia. Wydaje się on najbardziej racjonalną osobą z całego tego towarzystwa. Zadaje on odpowiednie pytanie dotyczące celowości całego konfliktu Avengers kontra X-Men. Czego bowiem obawiają się Mściciele: Phoenix poza kontrolą, czy może lepszego świata, w którym Mściciele nie będą już potrzebni? Do tego świetne nawiązanie do "Civil War", które może otworzy oczy niektórym, że patrzenie na problem z jednej tylko perspektywy i niedostrzeganie dobrych stron może być bardzo niekorzystne. Ogólnie zaskakująco dobry numer, z całkiem niezłymi rysunkami.

New Avengers vol. 2 #30
Hotaru: Czyżby akcja tego numeru rozgrywała się już po Avengers vs. X-Men? Bo jak inaczej wyjaśnić obecność tych wszystkich Mścicieli tutaj, a nie tam, gdzie szaleje Dark Phoenix? Po raz kolejny redakcja nie może sobie poradzić z continuity? Fabuła jest nudna jak flaki z olejem, inaczej rozwiązałbym kwestię decyzji Cage'a. Rysunki Deodato są nienatchnione, ale byłyby znośne, gdyby nie szkaradne kolory Beredo. Bendis po raz kolejny udowadnia, że nie odchodzi z tej serii za wcześnie...
Krzycer: ...czyli to się dzieje już po evencie? Fenomenalnie.
Gwoździem numeru jest rozmowa Daredevila z Cagem i dylemat tego drugiego. I to jest niezłe. Starcie z Purifiers to wata, i jest jej trochę za dużo, ale podoba mi się design tych ich zbroi i umieszczenie ich znaku na "ogonach".
Dostajemy tu również Emmę Frost mówiącą do kogoś per "guys", co mnie strasznie uwiera, ale w sumie mogło być gorzej.
Gil: Czyżby Bendis był do tego stopnia zazdrosny o Cage’a, że wolał go odejść z Avengers niż dać się pobawić komuś innemu? Do pewnego stopnia jest w tym logiczna konsekwencja wcześniejszych jego działań, ale mimo wszystko, nie da się ukryć, że okoliczności i szybkość tej decyzji pozostawiają nieco do życzenia. Poza tym, akcja jest mało przekonująca. Purifires out of friggin’ nowhere! Łubudu! Koniec. Mam nadzieje, że to nie jest przedsmak planowanej integracji mutantów z resztą uniwersum. Aha i ktoś sobie przypomniał o istnieniu Mockingbird. Warto było ją wskrzeszać, bo kto by kierował ciężarówkami... Deodato też jakby się opuścił, więc tym razem za całość dam najwyżej 6/10.

Secret Avengers #26
Hotaru: Nawet podobało mi się, jak Renato Guedes ilustrował ten numer. To jest, dopóki nie dotarłem do sceny konfrontacji Secret Avengers z Phoenix Force. Moc o kosmicznej skali, niszcząca planety i gwiazdy, została zredukowana do wysmarkanego przez Pyro ptaszka. Rozumiem jednak, że rysownikowi zabrakło talentu, by oddać skalę zagrożenia i jestem gotów mu to wybaczyć. Tym bardziej, że końcówka mnie zaintrygowała.
Krzycer: Fajny numer. W pierwszej części zabawnie poprowadzeni bohaterowie, w środkowej - beznadziejne starcie z Feniksem (w sensie że nie było nadziei na zwycięstwo... choć samo starcie nie było szczególnie ciekawe; winię rysownika), w końcowej... No, w końcowej jedziemy po bandzie. Ms. Marvel chce zabić Avengers? Zobaczymy, co z tego wyniknie. No i zobaczymy ile pożyje wskrzeszony Mar-Vell. Ups! Spojler!
Gil: No to już wiemy, że wielka kosmiczna misja skończyła się równie wielką kosmiczną klapą. Nie ma się co dziwić, skoro do boju ruszają na kacu, a co niektórzy wybierają właśnie ten moment, by pokazać jakie z nich dupki. I czyżby drugi tydzień z rzędu ubijali Rhodesa? Troszkę się ucieszyłem na wspomnienie White Hot Room, ale mina mi zrzedła, jak wyciągnęli z czapki Mar-Vella. Tym bardziej, że wygląda to tak, jakby wszystko, co stało się z Kree do Realm Of Kings zostało wsadzone ad rectum. Nie rozumiem też nagłej zmiany punktu widzenia Karolki i Noh-Varra. Rysunki są całkiem oryginalne, ale tutaj zupełnie nie na miejscu – brakuje im kosmicznego rozmachu od stylu aż po kolor. Tutaj będzie 3/10.
Łukasz: Kosmiczna wyprawa przeciw nieokiełznanej potędze. Czy ta samobójcza misja była z góry skazana na porażkę? Porywanie się z motyką na słońce, nie może skończyć się dobrze. Ciekaw jestem czy bohater, który zmartwychwstał na łamach tego komiksu, będzie cieszył się długo z życia? Warstwa graficzna nie prezentuje się ciekawie. Jedyną rzeczą, którą w miarę dobrze udało się przedstawić rysownikowi, była Phoenix Force. Najbardziej muszę przyczepić się do tego, jak narysował on postać Ms. Marvel, która prezentuje się okropnie, choć inne postaci też nie wyglądają zbyt imponująco.
avalonpulse0249c%20%5B1600x1200%5D.JPG
Secret Avengers #27
Hotaru: Nie mogę się zdecydować, czy rysunki Renato Geudesa mi się podobają, czy nie. Nad niektórymi kadrami zatrzymuję się na dłużej, uśmiechając się pod nosem podziwiając ciekawą kompozycję i wprawne wykonanie. Przy innych zaś mrużę oczy zastanawiając się, czy będą odrobinę bardziej znośne wtedy, kiedy ich praktycznie nie będę widział. Fabuła okazała się być czymś zupełnie innym, niż oczekiwałem. Spodziewałem się epickiego poświęcenia, walki przeciwko beznadziejnie potężnemu wrogowi, a dostałem... sprzeczki. Nudne, nieabsorbujące sprzeczki. Mar'Vella wolę pamiętać z ostatniej miniserii. Tam Brian Reed zrobił to jak należy.
Krzycer: Ok. Pranie mózgów. To wyjaśnia parę rzeczy.
Ale nie zmienia tego, że Ms. Marvel jest niefortunnym wyborem do roli "pani, która po praniu mózgu zada się z obcym panem".
A poza tym... jest całkiem ciekawie. Ale zabij, nic tu na razie nie pasuje do tego, co dzieje się w "Avengers".
Gil: Jedyny w tym tygodniu tie-in do AvX nie pozwala nam zapomnieć, jak mierny jest cały ten event. O ile rysunki wypadają już trochę lepiej, to na pytanie "co jest nie tak ze skryptem?" zaproponowałbym odpowiedź: wszystko. Kolejny raz muszę podkreślić, że nie ma to praktycznie nic wspólnego z tym, co dzieje się w Avengers, chociaż podobno obie historie poruszają te same wątki. Z drugiej strony, właściwie wszystkie postacie są out-of-character. Tak, wiem, że pod koniec odkrywają istnienie czegoś, co kontroluje umysły chyba wszystkich na planecie i można tym wytłumaczyć dziwne zachowania Mar-Vella, Carol i Noh-Varra, ale cała reszta też zachowuje się jak nie oni absolutnie bez powodu. I historia jest nudna. Wspominałem już o tym? No więc, to największa wada całości. I w ten sposób dochodzimy do kolejnego 3/10 w tym tygodniu.
Łukasz: Cały event z bitką Mścicieli i X-Men coraz bardziej jest mi obojętny. Nie zmienia tego nawet ten tie-in, może jest lepszy pod względem scenariusza od bezprzymiotnikowych Avengers, ale... no właśnie, to jest wielkie ale. Przede wszystkim zmartwychwstały bohater narodu Kree, powinien mnie cokolwiek obchodzić, a jest odwrotnie, zastanawiam się, jak szybko go ubiją. A chronologia eventu trzeszczy w szwach!

Secret Avengers #28
Hotaru: No proszę, Mar-Vell znów trafił do piachu. Kto by się spodziewał... Niby Remender wprawnie domknął większość wątków, ale czuję niedosyt. Połowa zespołu była w tym komiksie jedynie tapetą. Druga połowa nie przeszła praktycznie żadnej przemiany, a mimo tego zachowywała się kompletnie inaczej, niż na początku historii. A statusu Protectora po tym, co się działo tutaj i w Avengers Bendisa, to już nawet nie będę próbował zrozumieć.
Krzycer: Nie ma to jak wskrzesić Mar-Vella na dwa numery. No i już wiemy, co zainspiruje Ms. Marvel do przebrandowania się. Wiemy też, że ta historia miała miejsce przed tą z Avengers, dzięki czemu możemy wreszcie dopasować...
Ok, nie chce mi się. To nie była zła historia. Była za to tak śmiertelnie nijaka, że nie tylko nie pamiętam, czy wydarzenia z obu historii pasują do siebie bez zgrzytów, ale przede wszystkim - nie chce mi się sprawdzać i nie interesuje mnie to.
Volf: Remender przemyca tu fajne momenty. Sprawcy całego zamieszania odchodzą w świetnym stylu, przez chwilę, ale w końcu możemy podziwiać Binary, a Captain Marvel zalicza ładne odejście. Tylko co z tego, skoro totalne skopanie chronologii psuje całą frajdę. Czy naprawdę trzeba było dwa tie-iny wciskać do światów Kree, kiedy do dyspozycji był w zasadzie cały kosmos? Tak ucierpiała na tym i jedna i druga historia - gdyby nie wchodziły sobie w paradę, myślę, że ich odbiór byłby znacznie lepszy.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.