Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Man-Thing"

W 2005 roku, gdy filmy na podstawie komiksów Marvela były już w pełnym rozkwicie i gromadziły w kinach niemałe widownie, postanowiono przenieść na ekran również potwornego Man-Thinga. Zdecydowano jednak, że historia z jego udziałem nie zawita do kin, lecz trafi prosto na rynek video. Reżyserem zaś został Brett Leonard, tworzący wcześniej niezbyt wysokich lotów horrory i thrillery. Nie dziwi więc, iż jego wersja bagiennego monstrum jest zrealizowana w konwencji monster movies.

MAN-THING


Tytuł oryginalny: "Man-Thing"
Reżyseria: Brett Leonard
Produkcja: USA, Australia
Rok: 2005
Czas trwania: 105 min

Postać Man-Thinga zadebiutowała na kartach komiksowych w maju 1971 roku, na łamach pierwszego numeru "Savage Tales". Historia była jedną z kilku w nim opublikowanych, lecz to przede wszystkim dzięki niej numer ten on zapamiętany. Fabuła skupia się na Tedzie Sallisie, który w pracowni naukowej umieszczonej na bagnach, opracowuje ważny eksperyment. Niestety, staje się on celem szpiegów, chcących wykraść sekrety naukowe. Ted, uciekając przed nimi, wstrzykuje w siebie serum, jakie stworzył, po czym wpada do bagna. Tam, jego ciało i umysł przechodzą transformację, która zmienia go w Man-Thinga, bagiennego stwora, który spala dotykiem każdego, kto odczuwa strach.

W 2005 roku, gdy filmy na podstawie komiksów Marvela były już w pełnym rozkwicie i gromadziły w kinach niemałe widownie, postanowiono przenieść na ekran również potwornego Man-Thinga. Zdecydowano jednak, że historia z jego udziałem nie zawita do kin, lecz trafi prosto na rynek video. Reżyserem zaś został Brett Leonard, tworzący wcześniej niezbyt wysokich lotów horrory i thrillery. Nie dziwi więc, iż jego wersja bagiennego monstrum jest zrealizowana w konwencji monster movies.

Otrzymujemy wszystkie jego elementy składowe tego trendu. Akcja rozpoczyna się w małym, wydawałoby się spokojnym i szczęśliwym miasteczku. Jak jednak wiadomo, spokój jest zawsze tylko pozorny, pod piękną powierzchnią czai się coś złego. Tym czymś, w przypadku "Man-Thinga" jest konsorcjum przemysłowe, które bezwzględnie eksploatuje bagna, niszcząc środowisko naturalne. Bagienne tereny jednak nie mają zamiaru pozostać nieme na czynione im szkody. Tytułowa postać staje się narzędziem zemsty natury i wyrusza, by bezwzględnie zniszczyć każdego, kto szkodzi okolicznym terenom.

Innymi elementami składowymi monster movies są przystojny mężczyzna i atrakcyjna kobieta. On nie zawsze jest mocno lubiany przez otaczających go ludzi, za to posiada inteligencję i siłę fizyczną, zdolną do wykrycia tajemniczych zagrożeń oraz do przeciwstawienia się im. Ona zaś jest ładną kobietą, która będzie pomagać mężczyźnie, oczywiście wiążąc się z nim romantycznie. Obligatoryjnym potworem jest w tym przypadku Man-Thing.

Film tak bardzo wciśnięty jest w ramy horrorowych klisz i oklepanych motywów, że ledwo przypomina komiksowy pierwowzór. Nawet osoba znająca oryginalną historię, sięgająca po płytę z produkcją, nie byłaby w stanie rozpoznać obrazkowej podstawy, gdyby nie tytuł, design stwora i nazwisko osoby, która się nim stała. Wspomniany w "Man-Thingu" jest jeszcze Nexus Wszystkich Rzeczywistości, odpowiadający za transformację Sallisa, lecz już nie naukowca, w potwora, który już nie pali dotykiem, a zadowala się bardziej ogranymi sposobami zabijania wrogów. Wszystko to sprawia, iż obraz nie tylko szczególnie trudno polecić miłośnikom komiksowego pierwowzoru, lecz również fanom horroru. Fakt, że rozpatrując go w kategoriach kina grozy, można uznać film za średni, nie sprawia, iż rekomendacja tej miałkiej i powielającej ograne schematy produkcji jest na miejscu.

Z powodu tego, że film jest przeznaczony na rynek video, oraz faktu, iż jest on realizowany jako niezbyt ambitny horror, wynika jego niskobudżetowość i przynależność do kina klasy B. Zdjęcia, muzyka, aktorzy etc. są w najlepszym wypadku średnie. Czasem zaskoczą negatywnie montaż i niektóre ujęcia, silące się na mistyczny, tajemniczy nastrój. Oparte na znanych trikach zabawy obrazem budzą jedynie niesmak i rozczarowują. Mało jest również tytułowej kreatury. Z jednej strony ukrywanie jej wyglądu w początkowych fazach rozwoju fabuły jest jak najbardziej na miejscu, lecz później, gdy wciąż na ekranie nie dzieje się nic interesującego, ukrywanie potwora sprawia jedynie, iż widz jest coraz bardziej znużony oglądaniem przewidywalnego, wyjątkowo nieskomplikowanego obrazu, który rozwija się nazbyt wolno.

Mimo wszystkich wad, jakie wymieniam, nie oznacza to, że jest to produkcja warta druzgoczącej krytyki. Jak pisałem, jest to produkcja średnia, jednak taka, w której z łatwością odnajdą się miłośnicy monster movies. Ponadto nastrój, jaki czasem jej towarzyszy oraz wygląd Man-Thinga, są niespodziewanymi plusami. Stwór zachowuje swój komiksowy design, a zmiany jakie w nim poczyniono doskonale pozwalają na transpozycję z kart komiksu na taśmę filmową. Dzięki modyfikacjom bowiem nie wydaje się on sztuczny i świetnie pasuje do roli groźnego, dziwnego, nieco groteskowego potwora.

Ostatecznie więc, niezbyt zadowalająca produkcja, nie wprawi miłośników komiksów w dobry nastrój. Podobieństwa z oryginałem są minimalne, gdyby zmienić wygląd potwora i jego nazwisko przed tranformacją oraz usunąć wzmiankę o Nexusie, nikt by nawet nie pomyślał, że ogląda adaptacje komiksu Marvela. Dla fanów Domu Pomysłów może więc być ona zaledwie ciekawostką, do obejrzenia jedynie jeśli chce się znać wszystkie filmowe wersje komiksów, lub jeśli jest się fanem Man-Thinga. Poza tym, jedynie miłośnicy horrorów będą w stanie wytrwać na tym spotkaniu na bagnach.

Man-Thing.jpg

Autor:
Mr. M

Korekta:
Hotaru
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.