Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Iron Man 2" - Delirium

Jest piątkowy wieczór, właśnie wróciłem do domu po premierowym seansie "Iron Mana 2", więc recenzja będzie na gorąco. Od razu mogę powiedzieć, że w kinie było więcej ludzi niż w tym samym miejscu, o tej samej porze dwa lata temu, na części pierwszej. To znaczy, że sequel spełnił jedno ze swoich zadań - przyciągnął publikę. Ale też od razu mogę powiedzieć, że jak po części pierwszej wyszedłem z kina z wypiekami i pod wrażeniem, tak tym razem wrażenie było mniejsze, a wypieków zabrakło. Ale to przecież żadna recenzja, więc przejdźmy do szczegółów…

BACK IN... RED & GOLD!

Jest piątkowy wieczór, właśnie wróciłem do domu po premierowym seansie "Iron Mana 2", więc recenzja będzie na gorąco. Od razu mogę powiedzieć, że w kinie było więcej ludzi niż w tym samym miejscu, o tej samej porze dwa lata temu, na części pierwszej. To znaczy, że sequel spełnił jedno ze swoich zadań - przyciągnął publikę. Ale też od razu mogę powiedzieć, że jak po części pierwszej wyszedłem z kina z wypiekami i pod wrażeniem, tak tym razem wrażenie było mniejsze, a wypieków zabrakło. Ale to przecież żadna recenzja, więc przejdźmy do szczegółów…

 

Na początek fabuła. Wydaje mi się, że zastosowano tu oczywisty zabieg w konstrukcji fabuły sequela, czyli wziąć to, co było najbardziej chwalone i wycisnąć z tego jeszcze więcej. O ile jednak część pierwsza skupiała się przede wszystkim na budowaniu postaci, tak tutaj nie dało się już tego powtórzyć, więc scenariusz sam się nie napisał. I to widać. Dwa główne wątki to dalsze perypetie pana Antoniego oraz konszachty jego przeciwników. Pierwszemu nie można absolutnie nic zarzucić - jest dynamiczny, przemyślany i dobrze poprowadzony. Z drugim już gorzej, bo wątek Ivana/Whiplasha (które to imię, przy okazji, nie padło ani razu) zbudowany jest nad dziurą logiczną, a Justin Hammer w porównaniu ze Stanem wypada jak irytujący pudel przy dobermanie. O jakiej dziurze logicznej mówię, zapytacie? Otóż o takiej, że jakimś cudem Anton Vanko został deportowany do ZSRR i spędził lata na Syberii, ale cały czas miał przy sobie supertajne plany reaktora łukowego, których nikt nie zauważył. Fakt, że Ivan skonstruował swoje bicze przy pomocy wódki i papugi jeszcze mogę znieść, bo w końcu Tośkowi udało się skonstruować zbroję w jaskini i nikomu to nie przeszkadzało. Dziwi mnie też, jakim cudem taka chodząca porażka jak Hammer była w stanie do czegokolwiek dojść, jeśli nic, co stworzył, nie działało. No ale dobra, powiedzmy, że dobre smarowanie i odpowiednie wtyki pozwoliły mu się utrzymać na wodzie. Oprócz wspomnianych, mamy także powracający wątek S.H.I.E.L.D. z Nickiem Fury i Natashą/Black Widow (której również nikt tak nie nazywał). Tutaj, powiem szczerze, spodziewałem się znacznie więcej. Ona, poza jednym momentem czystej zajebistości, zajmuje się przede wszystkim wzbogacaniem tła (czym zresztą zbliża się do komiksowego pierwowzoru), a on przynosi pudełko, z którego wyskakuje przysłowiowy diabeł (lub, jeśli wolicie, machinę z deusem w środku). Na szczęście do kompletu został nam jeszcze War Machine, który ratuje nowe wątki, będąc katalizatorem kilku fajnych momentów. Co więcej, ten wątek poprowadzono w dość zaskakujący sposób, który nie pozwalał nic przewidzieć z całkowitą pewnością i nieźle skleił kilka innych elementów. A żeby zatoczyć ładne kółko, wróćmy jeszcze do wątków Antosiowych. Wspomniałem już, że są dobre - bo są. Jego pulsujący jak wulkan narcyzm, zestawiony z wątkiem zagrożenia życia i konsekwencje tego wszystkiego wypadają świetnie. Rozwija się też relacja między nim a Pepper, nie tracąc przy tym nic ze swego pierwotnego uroku. Naciągany był pomysł z akceleratorem w piwnicy, ale można na to przymknąć oko. Wszystko to razem splata się w końcu w finałowej scenie, która składa się z całkiem niezłego pościgu, naprawdę świetnej zbiorowej nawalanki i zdecydowanie zbyt łatwo zakończonego pojedynku z głównym złoczyńcą.

 

Pora na słów kilka o aktorach. Obsada jest mocna i to już wiemy. Robert Downey jr. i Gwyneth Paltrow wypadają naprawdę genialnie w swoich rolach i nic nie mogę im zarzucić. Mickey Rourke nie do końca przekonał mnie do swojej postaci - zabrakło mi u Ivana motywacji, natomiast za dużo starał się wycisnąć badassostwa. Scarlett Johansson nie miała dla siebie wiele miejsca, ale wypadła nieźle, zwłaszcza w swojej własnej scenie. Samuel L. Jackson skupił na sobie mniej uwagi, niż się spodziewałem, więc jego występ odbieram jako świadomie stonowany, ale dobry. Sam Rockwell sprawiał wrażenie, jakby próbował udawać Garry'ego Oldmana w nadawaniu psychotycznego tonu Hammerowi, ale nie do końca mu to wyszło i jego największym osiągnięciem było skuteczne irytowanie. I na koniec został nam Don Cheadle, który skutecznie zastąpił Terrence'a Howarda jako Rhodey i zdołał wybić się z tła. Świetnie wypadł za to Jon Favreau jako Happy Hogan - zwłaszcza w duecie ze Scarlett. Aha, przez dwie sekundy pojawił się też Stan Lee, ale gdybym nie wiedział, że to on, nigdy bym się nie domyślił.

 

Co jeszcze tu mamy? Kawałek solidnej muzyki, głównie w wykonaniu AC/DC, ale też z użyciem kilku motywów znanych z części pierwszej. Mi jednak najbardziej spodobało się wpasowanie w sytuację dźwięków "California Love" i "Another One Bites The Dust". No właśnie, skoro o tym mowa, to mamy tu też sporo dobrego humoru. Głównie w wyczynach samego Antka, ale także w bolesnych porażkach Hammera, utarczkach słownych z Pepper oraz w wykonaniu Happy'ego i Jima. Wrócił też niezdarny robocik, Dummy. I na koniec słowo o efektach specjalnych. Różnica w stosunku do części pierwszej nie jest duża, ale da się ją wyczuć w scenach walki i lotu. Naprawdę dobrze wyszedł finałowy team-up dwóch pancernych i o dziwo, War Machine chwilami był w nim górą. Jako plus dodam też parę smaczków: walizkową wersję zbroi, znajomą tarczę, kolejne wzmianki o Avengers, powrót kilku znanych postaci w tle. Ach, i jest jeszcze przecież ta scena po napisach, w której widzimy młot.

 

Podsumowując, mogę stwierdzić, że Iron Man nadal dobrze prezentuje się na dużym ekranie, chociaż wrażenie nie jest już tak intensywne i zapierające dech w piersiach. Mogę śmiało i z czystym sumieniem polecić film każdemu, niezależnie od tego, czy jest zatwardziałym fanem albo czy widział część pierwszą (choć to zdecydowanie pomoże). Gdybym miał ocenić film punktowo, na pewno znalazłby się o jedno oczko niżej od poprzednika, ale wciąż byłaby to wysoka ocena. Jeśli więc macie jeszcze jakieś wątpliwości, to najlepiej rozwiejcie je sami, na kinowym fotelu.

 

Delirium

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.