Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "X-Men Geneza Wolverine" - Ozz

RECENZJA FILMU "X-MEN GENEZA WOLVERINE"

"X-Men Geneza Wolverine" jest filmem, który poziomem plasuje się gdzieś pomiędzy poprzednimi obrazami składającymi się na trylogię o mutantach. "To znaczy?", odzywają się głosy. Już wyjaśniam, dając szansę co niektórym stwierdzić "co ty bredzisz, Ozz?" i skończyć czytanie tego tekstu [ja sam w życiu nie wezmę na poważnie opinii kogoś, kto np. uważa, że X-Men: TAS to lepszy serial niż X-Men: Evolution]. Trylogia X-Men to według mnie filmy, które z pewnością można obejrzeć przynajmniej raz, ale więcej – niekoniecznie. I o ile przy pierwszych seansach każdego z nich dobrze się bawiłem, to im więcej o nich myślę, tym mniej widzę w nich pozytywów. We wszystkich trzech. Nie zrozumiem pewnie nigdy, dlaczego "Ostatni Bastion" jest uważany za znacznie słabszy od pozostałych? Bo jest za dużo postaci? To dla mnie nie problem. Bo postacie są "źle zrobione" [cokolwiek miałoby to znaczyć]? Ten problem z kolei nie pojawił się dopiero w trzeciej części: Magneto, Mystique, Cyclops i Storm byli od początku trylogii. Bo film zmienia się w radosne łubudu pod koniec? To łubudu jest znacznie ciekawsze niż większa część słabego pierwszego filmu.

I tak, jak napisałem: "Wolverine" wpisuje się w powyższy schemat, co oznacza, że przy pierwszym obejrzeniu bawiłem się dobrze, więc każdy, kogo interesuje X-Men, powinien film w kinie ten raz zobaczyć [pomijając naturalnie idiotów, którzy ściągnęli i obejrzeli wykradzioną niedokończoną wersję filmu, bo nie mogli poczekać miesiąca na jego premierę i narobili mu złej opinii jeszcze przed startem – z drugiej strony, kto by przy zdrowych zmysłach sugerował się czymkolwiek, co mówią ci ludzie?]. Obraz ma dobrą fabułę, która opowiada historię dwóch braci, najprawdopodobniej pierwszych mutantów na świecie, którzy odkrywają, że są najlepsi w tym co robią, a to co robią, oczywiście nie jest niczym przyjemnym. Po ponad stu latach wojen, walk i potyczek w różnych miejscach świata dla jednego z nich zabijanie staje się czymś naturalnym, z czego czerpie niezmierną przyjemność, a drugi ma tego dosyć i postanawia rozpocząć inne życie. Jak można się domyślić, niełatwo jest mu uciec przed przeszłością, zwłaszcza, kiedy ta przeszłość tak naprawdę nigdy nie pozwoliła mu uciec, wciąż mając na niego oko. Dalej mamy do czynienia ze zbrodnią, zemstą, całkiem zaskakującymi zwrotami akcji, pojawieniem się paru starych znajomych, dawkami humoru czasami w najmniej oczekiwanych momentach i czasami aż nazbyt efektowną akcją, co ogólnie składa się na całkiem przyjemny film na motywach komiksu, na który warto przynajmniej raz poświęcić półtorej godziny.

Najważniejszymi aktorami w filmie są ci, którzy grają Wolverine’a, Victora Creeda i Williama Strykera. Wydaje mi się, że oczywistym jest to, czego można się spodziewać po Hugh Jackmanie, więc dodam tylko, że wizualnie prezentuje się jeszcze lepiej niż wcześniej, ponieważ najwyraźniej przybrał na masie mięśniowej. Liev Schreiber to z pewnością jedno z pozytywnych zaskoczeń, ponieważ jako Victor znakomicie zagrał krwiożerczego drapieżnika, któremu wybebeszanie kolejnych ofiar sprawia ogromną frajdę. Nie spodziewałem się, że aż tak dobrze wypadnie, a ponieważ nigdzie w filmie nie jest nazwany Sabretoothem [chyba, że podczas napisów końcowych, na co nie zwróciłem uwagi], można udawać, że to coś, co chodzi za Magneto w pierwszym X-Men to jakaś inna postać. Danny Huston jako manipulujący wszystkimi William Stryker również bardzo mi się podobał, bardziej niż Brian Cox w X2. O pozostałych aktorach wolałbym się szerzej nie wypowiadać, ponieważ ciężko byłoby mi to zrobić bez wgłębiania się w fabułę i zdradzania poszczególnych rozwiązań, ale nie było wśród nich nikogo, kto by szczególnie działał mi na nerwy. Powiem jeszcze tylko, że Taylor Kitsch jako Gambit to kolejne miłe zaskoczenie, a Ryan Reynolds w swoich scenach jako Wade Wilson bardzo mi się podobał i jestem w stanie go sobie wyobrazić w tej roli jako centralną postać osobnego filmu o przygodach najemnika, któremu buzia się nie zamyka. Wiadomo, że aktor ma talent komediowy, a i psychopatę zagrać też potrafi.

Jako całość film jest w miarę udany, natomiast problemy zaczynają się w pewnych fragmentach, które są bardzo istotne w tego typu produkcjach, czyli scenach walki. Zawsze uważałem, że Matrix [czy który tam film jest odpowiedzialny za wprowadzenie tych wszystkich bullet-time’ów, zatrzymań, zbliżeń, dziwnych obrotów kamery, biegania po ścianach i innych głupot] zrobił kinu akcji krzywdę, bo teraz ludzie od efektów specjalnych starają się upychać te bajery w jak największej ilości, a na dodatek, skoro mamy do czynienia z obrazem o superbohaterach, można w nim zdrowo przesadzić, bo wszystko będzie w konwencji, prawda? Niby tak, ale wciąż to będzie wyglądać śmiesznie, a jednak do większość widzów w kinie to ludzie, którzy nie czytają na co dzień komiksów (a i ci, którzy czytają, też tego nie będą łykać bez popitki). W "X-Men Geneza Wolverine" oczywiście mamy kilka takich scen: nie obyło się więc bez skakania po ścianach, głównie w wykonaniu Victora, skakania dalej i wyżej niż logika by tego nakazywała i wykonywania cudownie nierealnych akrobacji. Dodatkowo, zdolności niektórych mutantów zostały podniesione do momentami idiotycznych poziomów. I na przykład Bradley, który jest oparty na komiksowym Bolcie potrafiącym manipulować elektrycznością, w filmie może bez trudu sterować maszynami takimi jak samolot. Tak, wiem, to film o ludziach dysponujących cudownymi mocami, ale to nie znaczy, że można robić w nim wszystko, na co pozwalają efekty specjalne. Najgorszy pod tym względem jest jegomość Agent Zero [teoretycznie jest to filmowa wersja bohatera bardziej znanego w komiksach jako Maverick, ale w praktyce nie mająca z nim nic wspólnego]: potrafi skakać za wysoko i za daleko, strzelać lepiej niż bohaterowie "Wanted", do tego najwyraźniej porusza się znacznie szybciej niż zwykły człowiek… i w rezultacie nie jestem w stanie określić krótko jego zdolności inaczej niż "potrafi wszystko, co ci przyjdzie do głowy". Na szczęście, im bliżej końca filmu, tym mniej jest postaci o zdolnościach czysto efekciarskich [ooo, spoiler!], a pozostają ci, których moce ograniczają się głównie do siekania i krojenia przeciwników pazurami, szponami i innymi ostrzami.

Jako że piszę o filmie wyświetlanym w polskiej wersji językowej, chciałbym zwrócić uwagę, że napisy są standardowo trochę sztywne, chociaż poważnych błędów jest mało [bo pomimo wszystkiego efekty pracy przeciętnego "profesjonalnego" tłumacza są znacznie lepsze niż często żenujące wypociny przeciętnego "internetowego amatora"], ale szczególnie straszny jest moment, w którym na widok zbliżającego się czołgu Blob stwierdza, że idzie zniszczyć "zbiornik". Wciąż się krzywię, jak sobie to przypomnę.

Należy jeszcze dodać, że po zakończeniu właściwej części filmu pojawiają się jeszcze dwie sceny: jedna całkiem szybko po pierwszej porcji napisów, a druga na samym końcu. Według słów reżysera, różne kopie filmu mają inne "ukryte zakończenia" [rozumiem, że miał na myśli te sceny pojawiające się po całej liście płac] i jeżeli to jest prawda, to to, które ja widziałem, musiało być jednym z mniej interesujących. Zachęcam więc do poczekania te kilka minut w kinie, jeżeli się to okaże możliwe i przekonania się, jak to jest naprawdę.

Ozz
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.