Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "The Incredible Hulk" - Chan

RECENZJA FILMU THE INCREDIBLE HULK

Obecny rok bez wątpienia możemy nazwać rokiem pod znakiem zielonego monstrum. Najpierw szumne zapowiedzi nowego filmu z Hulkiem w roli głównej, a później wielki crossover w świecie komiksów Marvela, znany jako ''World War Hulk'', opowiadający historię powracającego z wygnania zielonego behemota. Z wygnania, na które skazali go jego własni przyjaciele, superbohaterowie. I choć historia nie spełniła oczekiwać wszystkich fanów, nie ulega wątpliwości, że przywróciła ona naszego zielonego bohatera z powrotem na pierwszy plan w komiksowym wszechświecie.
Jeśli chodzi o ekranizację, w historii filmu było już parę ekranizacji tej opowieści o współczesnym ''Doktorze Jekyllu i panu Hyde''. Takie kultowe produkcje, jak filmy i serial telewizyjny z Lou Ferringo, czy też seriale animowane (zarówno ten z 1982, jak i z 1996) na zawsze zapisały się w pamięci fanów komiksów. W roku 2003, po blisko 13 latach, Hulk raz jeszcze zaatakował duże ekrany. Tym razem potwór (którego ludzką postać zagrał Eric Bana) został całkowicie wykreowany dzięki możliwościom najnowszych (jak na ówczesne czasy) efektów specjalnych, zaś takie atrybuty, jak zielona farba na aktorze całkowicie odeszły do lamusa. Mimo tego film w opinii wielu ludzi (w tym i mnie) stał na bardzo niskim poziomie. Raziły mnie w nim przede wszystkim kiepska fabuła i jednak trochę zbyt duża i nazbyt widoczna ilość CGI.
A jak na tym polu radzi sobie najnowszy, właśnie wchodzący do kin film Louisa Leterriera "The Incredible Hulk", będący bezpośrednią kontynuacją obrazu z 2003? Czy spełnia on wszystkie wymagania fanów komiksu?
Ja mogę powiedzieć w tej kwestii tylko jedno.

Film Incredible Hulk jest bez wątpienia filmem dużym.
Rozmach i siła tego obrazu kompletnie nokautuje nieudaną według mnie wersję Anga Lee sprzed paru lat (prawda jest taka, że film ten dzięki uderzeniu swojej wielkiej zielonej pięści kompresuje całą fabułę poprzedniego obrazu do kilkuminutowej wstawki z listą płac na samym początku filmu).
Już nawet początkowa sekwencja z pięknym widokiem z lotu ptaka na brazylijskie slumsy staje się nieprawdopodobną orgią dla oczu, widok sypiących się ruder, w których mieszkają najbiedniejsi Brazylijczycy wypełnia cały ekran i ta jedna scena po prostu pachnie, wygląda i brzmi lepiej, niż cokolwiek, na co mogliśmy się natknąć w poprzednim filmie. Jest dużo szybciej. I dużo potężniej.
I do tego cały film trzyma się kupy, na czym poprzednia część potykała się i miała spore problemy.
Do fabuły nie można mieć żadnych zastrzeżeń: Jak pamiętamy z końcówki filmu z 2003 roku Bruce Banner (Tym razem grany przez Edwarda Nortona) stał się uciekinierem. Nie chcąc stać się militarną bronią w rękach ścigającej go armii, korzystając ze swojego genialnego umysłu poszukuje leku na swój powiązany z napadami szału i transformacjami ''problem''.
Tym razem w pościg za Bannerem wmieszał się również wraz ze swoim teamem brytyjski expert od operacji specjalnych, Emil Blonsky (zły i zgrzytający zębami Tim Roth), działający pod rozkazami Generała "Thunderbolt’" Rossa (William Hurt), człowieka, który był uwikłany w program badań Bannera, przez który rozpoczął się jego koszmar z jego drugim "ja’", a także ojca największej miłości Bruce'a, Betty Ross (Liv Tyler).
Pierwsza połowa filmu bardzo przypomina takie filmy, jak Fugitive (Ścigany) z Harrisonem Fordem, czy też przygody Jasona Bourne’a. Jest czadowo, mądrze zrealizowane, i prawie brakuje czasu na zaczerpnięcie świeżego oddechu.
Wszystko dramatycznie zmienia się, gdy Emil Blonsky zdesperowany i pragnący posiąść moce równe Hulkowi, przekonuje naukowca, Dr. Samuela Sternsa (Tim Blake Nelson, doskonały jak zawsze) do podania mu pewnej substancji , dzięki której przeistacza się on w the Abomination (potwora większego od Hulka, który zadziwiająco ładnie i składnie potrafi mówić normalnym, ludzkim językiem, pomimo tego, że chodzi bez spodni i nie posiada żadnych zauważalnych narządów płciowych;)).
To tyle o fabule, która moim zdaniem kompletnie miażdży poprzednią część. A jak jest z innymi elementami filmu?
Tu już jest gorzej…

Edvard Norton odgrywa swoją postać w podobny sposób, jak robił to Tobey Maquire w pierwszym Spider-Manie, jest on tylko słabszym cieniem głównego bohatera (Hulka), kimś zupełnie odosobnionym.
Banner jest całkowicie zrównoważonym, potulnym człowiekiem – do takich rozmiarów, że aż czasem trudno uwierzyć widzowi, że wewnątrz niego czai się szalejący i niszczący wszystko potwór.
Tak naprawdę jest on nawet trochę pozbawiony wyrazu.
Patrzeć na niego to tak, jakby patrzeć na kogokolwiek innego – być może działa to na początku, gdy bohater próbuje się harmonizować ze swoim wnętrzem i pozostać w ukryciu, ale gdy nadciąga emocjonalny punkt kulminacyjny filmu, to myślałem o czymś bardziej uczuciowym niźli ryki Hulka.

Liv Tyler – w okularach czy też nie, po prostu mam wrażenie, że wygląda ona… dziwnie.
Cały film spędza ona czas, robiąc kacze minki i okazjonalnie wyglądając identycznie, jak Audrey Tatou. Wiadomo, to tylko moja opinia i nie każdy musi się z nią zgadzać ;).
To prawda, jest ona pełna współczucia, żywotna i sympatyczna. Lecz brakuje jej tego ognia, jaki posiadała np. Mary Jane czy też tego zmęczonego poczucia humoru, jakie cechowało Pepper Potts. Wstyd, gdyż nie jest to pierwszy raz, gdy gra ona podobną charakterem i nijaką postać.
Chciałbym zobaczyć ją w czymś, gdzie naprawdę dałaby z siebie "coś’".

Efekty specjalne też wydają się odrobinę dziwne. Nie, nie że są najgorsze, tylko po prostu…. są.
Bo nie da się ukryć odczucia, że w czasie, gdy w kinach królują filmy action-adventure z prawdziwą grawitacją i prawami fizyki – a na pewno wszyscy zgodzimy się z tym, że najlepszą rzeczą w 4 filmie o Indym były popisy kaskaderskie na żywo bez zbędnych efektów - ten wielgachny, błyszczący, pokryty guzkami i zmarszczkami, umięśniony Hulk wygląda niczym Shrek.
Najlepszą częścią filmu są transformacje, których nie widzimy.
Twarz Nortona za szybą znikająca w oparach dymu, jego oczy, które nagle rozbłyskują zielenią, zanim potężna postać Hulka przedziera się na zewnątrz. Fantastyczne.
Także gdy Abomination zostaje stworzony, widzimy jego wydostanie się z budynku z punktu widzenia grupki żołnierzy, i to wszystko jest uchwycone za pomocą trzęsącej się kamery i sporadycznych mignięć czegoś tak przerażającego, że mogłoby doprowadzić cię do szaleństwa, gdybyś zobaczył coś takiego na ulicy. Podobny efekt, jaki został zastosowany w niedawnym monster movie "Cloverfield’", i zarówno tam, jak i tu wypada to świetnie.
Kulminacyjna bitwa jest męcząca w oglądaniu – Dwie wielgachne bestie szukające jakichkolwiek lepszych od przeciwnika sposobów, aby wygrzmocić siebie nawzajem.

Sami twórcy filmu potraktowali swoje dzieło raczej stosunkowo poważnie (dzięki paru fajnym cameo, którymi będą zadowoleni fani komiksów i kilku lekkim żartom dla rozluźnienia atmosfery w momentach, kiedy brakowało im kasy na CGI ;)) i można z pełnym przekonaniem powiedzieć, że jest to kawałek porządnego superbohaterskiego kina, nie odbiegającego zbytnio od innych obrazów z tego gatunku.
Podsumowując, film przesłania rozmachem poprzedni film i jest od niego dużo lepszy, co nie znaczy także, że jest wybitny. Dla przeciętnego zjadacza kukurydzy wciąż nie zmęczonego wpatrywaniem się w rzeczy, które wykreowali komputerowcy od efektów , i fanatyków "Sałaty" film będzie w sam raz.
Ja za to mógłbym w tym momencie potępić film wraz z małą ilością poważnych powodów do pochwał, jakie wyszukałem, lecz jestem wciąż podniecony pewnym cameo w końcówce filmu i tym, co może to oznaczać dla przyszłości gatunku…

Ocena w skali szkolnej: 4-

Autor: Chan
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.