Avalon » Publicystyka » Artykuł

Era konfliktu - komentarz do "Tajnego Imperium"


Żyjemy w społeczeństwie napędzanym konfliktami. Nie jest to specjalnie odkrywcza opinia, chociaż - patrząc na to, co dzieje się dookoła - mógłbym chyba powiedzieć, że to już raczej całkiem dobrze udowodniony fakt, niż subiektywne stanowisko. Konflikty towarzyszą nam nieustannie, w przestrzeni publicznej, politycznej, życiu zawodowym, nierzadko też prywatnym i rodzinnym. Ostatnio (i mówiąc „ostatnio” nie mam na myśli jakiejś konkretniej daty, raczej bliżej niesprecyzowane poprzednie kilka lat) konflikty dominują jednak przestrzeń społeczną w jej aspekcie, który zapewniał oddech od codziennych problemów – wspólnych pasji. Na początek poszły superbohaterskie filmy. Przyznaję, sam nie jestem specjalnym zwolennikiem kombinowania w materiale źródłowym – zamiany płci, czy koloru skóry wyłącznie w imię „większej dywersyfikacji” (cokolwiek to znaczy, bo w praktyce niemal zawsze sprowadza się do walki studia o maksymalne zwiększenie zysków). Z drugiej strony nie spędza mi ona snu z powiek, ot staje się, to się staje. W internecie zaś problem jest nierzadko rozbuchany do niebotycznych rozmiarów – niektóre postawy ludzi w trakcie niekończących się debat towarzyszących wiadomości o tej, czy innej decyzji castingowej przyjmują rozmiary prawdziwej histerii.

Ta era konfliktu szybko dotarła również do naszego komiksowego światka. Pamiętam, jak sam toczyłem na forum Avalonu boje o to, że „góra” Marvela robi wszystko, by dostosować komiksowy świat do ram MCU, jak Inhumans są beznadziejną podróbką mutantów (dalej tak uważam!), jak się deprecjonuje mutantów, i tak dalej, i tak dalej… Nie mówię, że to źle, że takie rozmowy się toczą, po prostu coraz częściej wymiany zdań przekraczają granice dobrego smaku, a ich gwałtowność staje się niewspółmierna do rzeczywistego powodu konfliktu. To z kolei przekłada się na spadek bądź całkowitą utratę radości z czegoś, co przecież miało zapewnić wyłącznie oderwanie nas od codziennych problemów. Nie mówiąc o tym, że podobne konflikty przekładają się na rozłamy w środowisku fanów, do złudzenia przypominające to, co dzieje się w bieżącym życiu społeczno – politycznym. Do głosu dochodzą coraz bardziej radykalne stanowiska, a brak zdecydowanej opinii jednoznacznie gloryfikującej, bądź potępiającej dany pogląd przestaje być postrzegane jako słuszny objaw zdrowego rozsądku, a automatycznie ustawianie się po opozycyjnej stronie.

Wybaczcie kaznodziejski ton, ale tego typu przemyślenia nasunęły mi się po lekturze „Tajnego Imperium”, komiksu, który dotykając w swojej treści wszystkich odcieni konfliktu, sam stał się jego przedmiotem.

Gwoli przypomnienia „Tajne Imperium” jest ogromnym eventem stanowiącym kulminację wątków z runu Nicka Spencera oraz właściwie wszystkiego, co działo się od czasów zakończenia „Tajnych Wojen” Jonathana Hickmana. Steve Rogers, kapitan Ameryka i najlepszy agent Hydry zwycięża. Rząd Stanów Zjednoczonych przestaje istnieć, zastępuje go rada złożona z najbliższych i najwierniejszych współpracowników nowego największego przywódcy i – jak się zdaje – najpotężniejszego człowieka na planecie. Hail Hydra!

Tak, władza w Stanach Zjednoczonych, najpotężniejszego mocarstwa świata, trafia w ręce przedstawicieli quasi-nazistowskiej organizacji, która wprowadza następnie swoje rządy do złudzenia przypominające to, co działo się na terytorium Niemiec w latach 30. ubiegłego wieku. Brzmi przerażająco, wręcz obrazoburczo, ale i fascynująco, możecie mi wierzyć. Ten komiks jest bowiem niezwykle porządnym czytadłem, osadzonym na kilku bardzo, bardzo mocnych fundamentach, stanowiącym jednocześnie ambitną próbę studium totalitaryzmu.
Oczywiście z określonymi minusami, które niestety przekładają się na całokształt odbioru.
 
Przede wszystkim warto wskazać, iż od czasu „Tajnych Wojen” nie było tak porządnie podbudowanego eventu. Myślcie, co chcecie na temat sławetnego kadru z „Hail Hydra” ( ja uważam to za założenie odważne, a nawet bezczelne w pozytywnym tego słowa znaczeniu, ale to temat na zupełnie inną dyskusję), ale Spencer od tamtego momentu zaczął twardo forsować swoją wizję, mając poparcie „góry” na tyle silne, że zostały jej podporządkowane w mniejszym lub większym stopniu wszystkie elementy komiksowego uniwersum. Przyćmiona została nawet gasnąca gwiazda samowładnego Bendisa, który tym razem musiał ugiąć kark i dostosować przebieg – lichej tak swoją drogą -  „II Wojny domowej” do planów Spencera.

Moim zdaniem twórca rozstawił pionki na szachownicy najlepiej jak tylko to było możliwe. Oczywiście, nie było ono idealne (patrz: nieścisłości z mocą Odinsona, czy status mutantów w planie Hydry), ale zważywszy na ograniczenia dane przez samo wydawnictwo (spychanie mutantów na margines miało się wtedy całkiem nieźle wtedy o ile pamiętam) zrobił, co tylko mógł. Początek eventu jest naprawdę obiecujący i szokujący, dlatego, że uwzględnia wszystko, co może być do uwzględnienia w podobnym planie.

Budowa tego numeru przypomina występowanie przeciwko wyjątkowo dociekliwemu fanowi:
- Kapitan Ameryki nie da rady, powstrzymają go heavy hitters!
- Bum! Są poza planetą i nie mogą wrócić i zrobiłem to pół roku temu!
- Co z tego, skoro Nowy Jork jest pełen bohaterów!
- … którzy go nie opuszczą, bo ich całkiem łatwo zablokowałem. A, że magii prawie nie ma, doktor Strange nie pstryknie paluszkami i nie załatwi tej sprawy.”
i tak dalej, i tak dalej. Początek jest dla mnie jednocześnie zaskakujący i przekonujący. Ustawia też odpowiednio ton oraz stawkę w dalszych numerach. Wszystkie klocki pasują na tyle, żeby historia nie zgrzytała, a w przypadku eventów okresu „post – tajnowojennego” Marvela nie było wcale powszechne.

Drugą silną stroną eventu jest budowanie świata przedstawionego. Fabuła nie gna na łeb, na szyję, nie musimy się wszystkiego domyślać (patrz „II Wojna Domowa” i zdolności Ulissesa), albo czegoś sobie dopowiadać (patrz wątek doktora Dooma w „Axis. Avengers i X-Men”).  Może to zasługa polskiego wydania – które zawierało poukładane chronologicznie wybrane tie-iny, umieszczone jako integralne części historii - ale nie czułem się ani na chwilę zagubiony, czy przytłoczony natłokiem wydarzeń. Co więcej, w przeciwieństwie do podobnych historii tego rodzaju („Ród M”; „Axis. Avengers i X-Men” i „Tajne Wojny” opierają się na podobnym motywie – walki grupki potencjalnie bezsilnych buntowników o przywrócenie świata sprzed jakiejś gwałtownej przemiany), Spencer pozwolił sobie na obudowanie głównego wątku „Tajnego imperium”  określonym, społeczno – politycznym tłem.

Z jednej strony mamy zatem całą grozę i niedoskonałość tej okropnej rzeczywistości – wymuszanie posłuszeństwa, prześladowania, zastraszanie. Kontrastują ją jednak bardzo sugestywne – a kto wie, czy nie jeszcze bardziej przerażające – obrazy porządku, spokoju i dobrobytu. Choć wizja ta jest nieustannie lansowana w wypowiedziach Kapitana Ameryki, jej namacalne dowody wyłożone są nam na tacy. Owszem, źli wygrali, ale robią coś dobrego. Zdecydowania większość społeczeństwa żyje w dostatku. Wszyscy mają pracę i cel. Kiedy zaś pojawia się niebezpieczeństwo, sprawa jest załatwiona szybko, zwięźle i bez ofiar. Zły Kapitan Ameryka paradoksalnie osiąga coś, czego nie udało się zrobić Tony’emu Starkowi po pierwszej Wojnie Domowej – przywraca społeczny ład i poszanowanie prawa. I to – przynajmniej na pierwszy rzut oka - głównie w oparciu o swój autorytet. To jest niesamowicie intrygujący aspekt całej historii – Spencer nie boi się pokazać wszystkich, także potencjalnie korzystnych społecznie konsekwencji wprowadzenia ustroju totalitarnego.

Kolejnym elementem, który według mnie bardzo pozytywnie wpływa na odbiór całości jest duży stopień pewnego rodzaju samoświadomości bohaterów historii. Spencer umiejętnie wykorzystuje różnorakie zabiegi narracyjne żeby, po pierwsze, przedstawić postawy moralne poszczególnych herosów, a po drugie  - i ważniejsze – podkreślić, że status quo „Tajnego Imperium” nie jest oderwaną od kontinuum historyjką, a naturalną konsekwencją zachowań tak poszczególnych bohaterów, jak i całej ich społeczności. Wniosek ten wynika nie tylko z przemyśleń pojedynczych herosów, czy monologu HydraCapa – fenomenalnego moim zdaniem ze wszech miar – wygłoszonego na sam koniec historii, ale rozbrzmiewa mocno także podczas osobliwej kolacji u Ultrona. Gorzka wymiana zdań pomiędzy członkami Avengers pozwala nam pojąć, iż nie wszystko jest tak jednoznaczne jak się wydaje, a ich czyny mają naprawdę dalekosiężne skutki.

Szeroko definiowana „akcja” to również niewątpliwy atut historii. Mamy tu bowiem prawdziwy miszmasz thrillera politycznego, walki o przetrwanie w klimacie post – apo, akcyjniaka science – fiction, paradoksów podróży w czasie, a także poczciwej, superbohaterskiej naparzanki w starym stylu. Jednocześnie bohaterowie, pomimo natłoku wydarzeń – dostają te swoje przysłowiowe „5 minut”.

Otrzymujemy zatem także sporą dawkę obyczajówki – od ogołacania nastolatków z ich niewinnej naiwności, przez wszelkiego rodzaju rozterki wewnętrzne (równie przekonująco wypadają wątpliwości pewnego niegodnego boga, co dylematy zwykłego człowieka, ojca chcącego jedynie ratować własne dziecko), aż po opętańcze chwytanie się resztek nadziei, czy dorastanie do roli bohatera. A wszystko to definiowane jest przez konflikt – konflikt w rodzinie suberbohaterów (na linii Steve Rogers – reszta świata, jak i wewnątrz ruchu oporu); konflikt globalny, konflikt wartości indywidualnych herosów, jak i całych narodów (np. mutanci dla świętego spokoju poświęcili przecież Inhumans i resztę Ameryki Północnej). Konflikt jest w centrum całego eventu, jego motyw przewija się wciąż i wciąż, by powrócić w finałowym starciu i eksplodować z pełną siłą swojej metaforyczności podczas końcowej wymiany ciosów.

Oto bowiem ostateczny bój stoczyły już nie dwie postacie, ale ucieleśnienia przeciwstawnych idei funkcjonujących w przestrzeni społecznej współczesnych Stanów Zjednoczonych. Pewnie, HydraCap to ekstremum, ale przecież z jego ust padają słowa pełne wzniosłych i pociągających ideałów, nie raz przecież powtarzanych przez polityków z „naszego świata”. Do tego, jak sam zauważa w swojej finałowej przemowie (powtarzam się, ale muszę to podkreślić - najsilniejszym monologu z całego eventu) że po pierwsze osiągnął wymierne efekty, po drugie zaś ogromnej liczbie ludzi odpowiadał zaprowadzony przez niego porządek. A komu by się nie podobał, prawda? Bohaterowie nie kłócą się ze sobą, a robią, co do nich należy, praca jest, stabilizacja jest, a Ameryka znów wyrasta na najpotężniejszą siłę polityczno - militarną na świecie. 

Dla mnie to właśnie tu kryje się największa siła tego eventu – w pewnym momencie zdajesz sobie sprawę, że ta wizja jest naprawdę nęcąca i zaczynasz zastanawiać się – nawet przez ułamek sekundy – co byś zrobiła lub zrobił na miejscu takiego zwykłego człowieka – obywatela Stanów Zjednoczonych? My, czytelnicy, dostajemy co prawda jednoznaczne wiadomości, że ten ustrój oparty jest na opresji, propagandzie, przymusie i przemocy, ale na miejscu osoby żyjącej w tamtych okolicznościach, robiącej swoje i nie wychylającej się za bardzo, czy nie uwierzyłbyś w sprawdzającą się wizję idealnego świata, forsowaną przez największego bohatera swojego narodu? Bohatera, który pisany jest z niesamowitym wyczuciem, nie jako fundamentalistyczny bigot opętany nienawiścią, ale  - może znacznie niebezpieczniejszy – idealista o czystym, ale pozbawionym litości sercu, kochającym swój naród i pragnący dla niego wyłącznie świetlanej przyszłości. 

To niepokojąca wizja uderzająca prosto w nasze sumienia, nie zaskakuje zatem niezwykle zdecydowany odzew, z jakim spotkała się pośród fanów, szczególnie w Stanach Zjednoczonych, prawda? Bo przecież nie zrobił tego drugi z motywów przewodnich, czyli kolejne starcie Avengers z Hydrą. Jak ktoś słusznie zauważył w internecie, od kiedy starcie dobrych bohaterów ze złymi jest sprawą wzbudzającą jakiekolwiek dyskusje?

Nie jest jednak tak, że nie zauważam słabych stron „Tajnego Imperium”. Niektóre rozwiązania, na czele z mocą pewnego Inhumana, która odegra znacznie większą rolę, niż początkowo zakładano – są po prostu niepotrzebnie głupie. Podobnego typu żarty są zwyczajnie – delikatnie mówiąc – nietrafione. Co więcej, cały wątek „naszego” Steve’a Rogersa – choć prowadzący do fenomenalnej, symbolicznej konfrontacji, o której wspominałem wcześniej – wygląda na wymyśloną na poczekaniu próbę zawrócenia rzeki wiosłem. Po potężnym, negatywnym odzewie na cały watek HydraCapa przejmującego władzę w USA, Marvel zaczął okrakiem wycofywać się ze swoich kreatywnych decyzji. Desperackie wręcz działania widoczne są zwłaszcza w krótkim, powierzchownym i do bólu sztampowym zakończeniu (pokonali go i już każdy jest dobry) oraz ograniczeniu konsekwencji całego wydarzenia do niezbędnego minimum.

W odbiorze przeszkadzało mi też przesadnie rozbuchanie konfliktu wokół całego eventu w mediach społecznościowych. Sam Spencer zaczął udzielać się na Twitterze i – niestety – zmieniać tłumaczenie, uzasadnienie i przesłanie „Tajnego Imperium”. O ile rozumiem zmęczenie i zniechęcenie autora reakcjami co poniektórych nadgorliwców, to uważam jednak, że powinien zacisnąć zęby i pozwolić, żeby jego twór obronił się sam. Na tyle, na ile może. Poza tym, pozwalając już na starcie wypowiedzieć Kapitanowi Ameryce pewne dwa słowa, Spencer musiał się liczyć z negatywnym odbiorem. 

Chociaż z drugiej strony łatwo mi tak mówić. Nigdy przecież nie byłem w podobnej sytuacji. Kto wie, jakbym się na jego miejscu zachował?

O naszym rodzimym tłumaczeniu nie mam za dużo do powiedzenia. Jest poprawne, choć uważam, iż dla porządku polscy tłumacze powinni dla porządku zachować wszystkie przydomki bohaterów w oryginalne, bo śmiesznie brzmi, jak u boku Falcona i Wasp walczy Czarna Wdowa czy Stwór. Szata graficzna także sprawia pozytywne wrażenie – choć Steve McNieven ma już chyba najlepsze dni za sobą, poradził sobie znacznie lepiej niż zakładałem. Sorrentino jak zwykle zaczarował, doskonale oddając swoim specyficznym stylem nastrój całej historii. Prym wiedzie oczywiście Leinil Francis Yu, zaś reszta rysowników wykonuje całkiem porządną robotę. 

Podsumowując, „Tajne Imperium” to porządny, przemyślany event z powodzeniem spełniający własne aspiracje do bycia komentarzem bieżącej sytuacji społeczno – politycznej. Oprócz różnych głupotek mniejszej lub większej wagi, jego główne problemy nie leżą w samej strukturze historii, ale czynnikach zewnętrznych. Najlepiej zatem odseparować się od nich i pozwolić, by na naszą ocenę wpływ miała wyłącznie treść tego komiksu.

Jak za starych dobrych czasów.

Przed erą konfliktu. 

Jakub Stępień


Tajne Imperium
Scenariusz: Nick Spencer 
Rysunki: Steve McNiven, Daniel Acuña, Leinil Francis Yu, Andrea Sorrentino, Jesús Saiz, Rod Reis 
Tłumaczenie: Marek Starosta
Liczba stron: 484
Cena z okładki: 99,99 zł

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2020 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.