Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja książki - Star Wars: Thrawn

W 1991 roku fani Gwiezdnych Wojen spotkali postać, która natychmiast podbiła ich czytelnicze serca. Ówczesny kanon – obecnie znany jako Legendy – został wzbogacony za sprawą niejakiego Timothy'ego Zahna o niezwykle barwnego... Czy ktoś zna jego imię? Tak? Moment. Czy ja dobrze słyszę? Ktoś powiedział, Mitth'raw'nuruodo? Tak, tak, właśnie o niego chodzi. Właśnie w tym roku w księgarniach zagościł pierwszy tom słynnej Trylogii Thrawna. A teraz wielki admirał Thrawn powraca do książkowego kanonu! No dobra, wraca ale nie jest jeszcze wielkim admirałem.

Tak, tak, w nasze łapki trafił pierwszy tom nowej trylogii o przygodach ulubionego Chissa. Oczywiście pamiętamy – lub też i nie – że Thrawn powrócił do kanonu za sprawą serialu animowanego „Rebelianci”. A będąc dokładnym, pojawił się w trzecim sezonie tego serialu, w 2016 roku. No dobra, osobiście niezbyt uważnie oglądałem ten serial, jak już zerkałem to co któryś odcinek i przyznam, tamtejszy Thrawn – przynajmniej dla mnie – nie był tym samym Thrawnem którego znałem z książek z Legend. Czegoś mu brakowało. Przynajmniej takie było moje odczucie. Ale czytając książkę, doszedłem do wniosku, że kanoniczny Thrawn jest równie dobry jak i ten legendarny. Postanowiłem – w wolnym czasie, o ile niedługo takowy znajdę – obejrzeć uważniej „Rebeliantów” żeby lepiej poznać animowaną kreację tego intrygującego Chissa.

Nie wszystkie książki z nowego kanonu udało mi się przeczytać. W mojej biblioteczce brakuje kilku tytułów, może do niektórych muszę jeszcze dojrzeć, ale na wieści o Thrawnie zacierałem z radości łapki. No i książka trafiła do mnie i natychmiast zabrałem się do lektury. I szybko pochłaniałem stronę po stronie. Zahn dobrze, a nawet bardzo dobrze poradził sobie z powrotem do swojego literackiego „dziecka”. Kurczę, mam wrażenie że Thrawn to taki gwiezdnowojenny Sherlock Holmes albo przynajmniej Gregory House (nie że się zna na medycynie, tylko... jest błyskotliwy i w ogóle). I nie przypadkowo przytaczam tu tych dwóch kultowych bohaterów. Bo tak jak jeden miał swojego Watsona, a drugi Wilsona, tak nasz przyszły wielki admirał ma Eliego Vanto. Obaj tworzą dość specyficzny, ale dobrze poprowadzony duet. Timothy Zahn mnie pozytywnie zaskoczył pisząc tych dwóch bohaterów.

Ale zacznijmy od początku. Naszego bohatera poznajemy... no właśnie, nie poznajemy go na pierwszej stronie książki. Dowiadujemy się, że oddział Imperium natrafił na obóz, który postanawiają zbadać. Tak, tak, owym obozowiczem jest nasz milusiński Chiss, który podstępem dostaje się na pokład imperialnego okrętu. To jak to robi, jest dość wymyślne i pokazuje, że umysł Thrawna działa na wysokich obrotach. I właśnie na pokładzie okrętu Thrawn spotyka kadeta Vanto, który początkowo jest jego tłumaczem i uczy go basica, a z czasem zostaje partnerem w Imperialnej Akademii i adjutantem. Mitth'raw'nuruodo zaczyna wspinaczkę po szczeblach imperialnej kariery. No właśnie... Imperium. Przez chwilę miałem wrażenie, że Zahn pisze o innym Imperium. Bo tutaj trochę wygląda ono nie tak źle. No bo w końcu diabeł nie taki straszny jak go malują, prawda? Dobra, wiem, pisanie, że każdym imperialny to morderca i w ogóle cham i świnia, to wrzucanie wszystkich do jednego wora. Autor w tej powieści pokazuje nam, ze pojawiają się także i sympatyczni oficerowie, że władza – jako taka – nawet troszczy się i dba o obywateli. Ktoś w końcu musi płacić podatki i utrzymywać rząd, wojsko i tak dalej. Wybicie obywateli raczej nie przyniosłoby nikomu korzyści. Jednak nie cały czas jej kolorowo, Zahn pokazuje nam trochę zakulisowych działań senatorów i mówi to i owo o rządach Imperatora. Ale wróćmy do samego Thrawna. Co prawda zostaje wcielony do imperialnych sił ale nie do końca jest im oddany ciałem i duchem. Już podczas samej rozmowy z Imperatorem, mówi mu że chce skorzystać z dobrodziejstw Imperium, aby ocalić swoją rasę przed zagrożeniem. Jakim? No właśnie tego nie wiemy... Niestety. Ale to dodaje tylko pewnej tajemniczości Chissowi. Ma swój cel i pewnie będzie dążyć do jego realizacji. Czy wyjdzie mu to na dobre? Czy w ogóle wyjdzie to na dobre samemu Imperium?

Czytając tę książkę miałem wrażenie, że Zahn nieco „przeszczepił” ze swojego starego Thrawna do tego nowego, że pewne elementy tamtego Chissa po prostu przepisał i umieścił w realiach nowego kanonu. Bo i czemu nie? Skoro legendy to historie, które mogły się wydarzyć... to po co Zahn miał wymyślać nowy życiorys swojego tworu? Jak dla mnie to miał pełne prawo nieco „podkraść” z legendarnego Thrawna. I trzeba przyznać, że bardzo dobrze mu to wyszło. Może nawet i za dobrze. Bo nie ukrywajmy, Thrawn jest niepokonany. Zawsze wychodzi obronną ręką, zbieg wydarzeń toczy się tak jak tego chce lub tak jak przewidział. Ciągłe perypetie to ostatecznie ciąg zbiegów okoliczności działających na korzyść Mitth'raw'nuruodo. Owszem, pamiętamy i mamy świadomość, że to postać o genialnym umyśle... ale niech będą jakieś granice i limity tego geniuszu. Bo w końcu ile można czytać o samych sukcesach, z czasem to się zrobi nudne i zniechęci do dalszej lektury.

Poza samym Thrawnem i jego losami poznajemy tu Arihndę Pryce. No dobra, nie do końca ją poznajemy bo też pojawiła się w „Rebeliantach”. Dość powiedzieć, że widzimy w tej książce jak ich ścieżki się splatają. Za jej sprawą widzimy jak wygląda polityka na Coruscant w okresie rozkwitu Imperium. I jest to nawet ciekawie napisana postać. Jakoś nie przypadła mi do gustu, wydaje mi się, że Zahna stać na coś więcej, ale jest nieźle. W sumie niewiele mogę o niej napisać, żeby nie spoilerować treści książki. Panna Pryce ze wszystkich sił również pnie się po szczeblach kariery, bo przecież musi osiągnąć sukces aby znaleźć się tam, gdzie się znalazła w „Rebeliantach”. Zahn musiał prowadzić wszystkie jej wątki tak, aby wyszła cało z każdej opresji. Trochę to było irytujące, ale rozumiem, że autor musiał postąpić tak a nie inaczej. Wszystko przecież musi się trzymać kupy.

Cóż, nie będę się lepiej więcej rozwodzić nad tym tytułem. Próbuję pisać tak, aby unikać – jak już pisałem – spoilerów, bo nie chcę psuć wam frajdy z czytania, drodzy czytelnicy. Ale na pewno chciałbym was zachęcić do sięgnięcia po tę książkę. Jeśli jesteście starymi wyjadaczami SW (jak ja) i lubicie postać Thrawna, to na pewno ten tytuł przypadnie wam do gustu. Jeśli jesteście młodszymi fanami, którzy postać wielkiego admirała znają z serialu „Rebelianci” i chcecie poznać lepiej go poznać, to powinniście przeczytać „Thrawna”. To dobra, udana książka, która powinna zadowolić fanów.

PS. Osobiście bardzo się cieszę, że po Amberze licencję przejął Uroboros. Na prawdę nie mam im nic do zarzucenia, jeśli chodzi o rolę wydawcy. Robią co mogą, aby sprostać zadaniu wydawania Gwiezdnych Wojen i gdyby mieli większą moc sprawczą i gdyby nie związane umowami i odgórnymi ustaleniami z właścicielem praw do tych książek, na pewno robiliby jeszcze więcej. Niestety szary czytelnik, jak 99,99% z nas o wielu sprawach nie ma pojęcia, nie wie po czyjej stronie leżą pewne problemy i trudności, większość z nas niestety wini tego, kogo może, czyli wydawcę. Ale niestety, prawda wygląda zupełnie inaczej. I tu, w tym miejscu, chciałbym skierować do was, czytelnicy, swój mały apel: nie obrażajcie się, nie hejtujcie dla samego hejtu, to się mija z celem. Przeciwnie, pokażcie swoją miłość i uwielbienie do Gwiezdnych Wojen, kupujcie kolejne książki bo to niestety handel i wyniki sprzedaży zadecydują czy będziemy czytać kolejne powieści z tego bogatego i fantastycznego uniwersum.

Dengar

Star Wars: Thrawn
Autor: Timothy Zahn
Tłumaczenie: Anna Hikiert-Bereza
Liczba stron: 640
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
Cena z okładki: 44,99 zł




Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2020 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.