Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu - Avengers: Endgame (wydanie Blu-Ray)


Recenzja zawiera spoilery

Na Avengers:Endgame czekaliśmy długo. Rok (chociaż nawet nie pełny) może wydawać się stosunkowo krótkim okresem, jednak Infinity War pozostawiło nas w punkcie największego napięcia, a spekulacje oraz pseudo-przecieki jeszcze bardziej nakręcały atmosferę. Spora część fanów czekała jak na szpilkach na pierwszy pokaz przedpremierowy. Dzisiaj dyskusje o fabule znajdziemy praktycznie w każdym zakątku internetu, bez problemu znajdziemy też masę memów związanych z Endgame. Film stał się wielkim wydarzeniem popkulturowym. Z okazji wydania filmu na BluRay postanowiłem do niego wrócić - i było to bardzo przyjemne przeżycie. Postaram się zarysować to, co najbardziej zainteresowało mnie w tych trzech godzinach i na co warto zwrócić uwagę.

Film zaczyna się od sceny, w której Clint Burton dotkliwie dowiaduje się o skutkach pstryknięcia Thanosa. Rodzinny obiad w plenerze i zabawa. Clint uczy córkę strzelać z łuku. Kiedy okazuje się, że radzi sobie całkiem nieźle, mówi do niej: good job, Hawkeye. Nie trudno by na myśl przyszła w tym momencie Kate Bishop, która dzierży łuk w komiksach. Motyw mi się spodobał, ponieważ otwiera furtkę na jakąś produkcję, która mogłaby wyjść naprawdę ciekawie. Daje to zresztą szansę rozwoju tej postaci, która chociaż w samym filmie mogła trochę rozłożyć skrzydła, to jednak jeszcze trochę jej brakuje by w pełni zainteresować widza. 

Następnie przenosimy się do kosmosu, gdzie Tony Stark oraz Gamora stają w obliczu smutnego końca. Na statku Strażników Galaktyki kończą się zasoby i tlen. Stark wydaje się pogodzony ze śmiercią. I tutaj od pierwszych minut po pierwszych seansach Infinity War mogliśmy się naczytać wielu teorii- czy Tony umrze w kosmosie? Jak wróci? Rozwiązanie bajecznie proste, a zarazem satysfakcjonujące. Captain Marvel ratująca statek i dostarczająca go na ziemię wydaje się idealnym momentem na wprowadzenie tej postaci. Z jednej strony już po seansie Captain Marvel znamy jej możliwości, więc nie musimy na nowo jej przedstawiać, z drugiej ona ma szansę zapoznać się ze status quo ziemskich bohaterów poza kadrem (Stark musiał jej wszystko opowiedzieć). Kiedy statek ląduje na Ziemi także nie mamy wiele możliwości zobaczenia jak bohaterowie zapoznają się z Danvers. I tutaj znowu- niepotrzebnie zabierałoby to minuty filmu. W obliczu wszechobecnego przybicia i świadomości ogromu kosmosu pomoc tajemniczego przybysza z referencjami Nicka Fury’ego wydaje się propozycją nie do odrzucenia. 

Następnym wątkiem jest walka na planecie Thanosa. Bohaterowie dowiedziawszy się gdzie przebywa Tytan, postanawiają tam się udać, by odzyskać kamienie nieskończoności. Planetę poznajemy w scenach rodem z komiksu Infinity War. Co prawda kontekst jest zupełnie inny, lecz widzimy rozległe pola, Thanosa uprawiającego warzywa (w dosyć lekkim stroju) i strach na wróble stworzony z klasycznego kostiumu Szalonego Tytana. Wiedzieliśmy o tym przecież już z trailerów, jednak w dalszym ciągu cieszy. Jak wiemy Thor postanowił zakończyć życie Thanosa, ale niewiele to zmieniło- kamienie nieskończoności są zniszczone, więc odwrócenie skutków planu Thanosa jest niemożliwe. Wobec tego, trzeba nauczyć się żyć w zmienionym świecie. A świat zmieniony zostaje mocno. Mimo upływu czasu ludzie nie potrafią przyzwyczaić się do nowych warunków. I tak by już pozostało, gdyby nie bohaterski szczur, który przez przypadek wydostał Ant-Mana z wymiaru kwantowego. Swoją drogą, klitka w której trzymane były rzeczy Langa miała numer 616 co jest kolejnym mrugnięciem w stronę fanów. 

Kiedy Antman dołącza do bohaterów pada pomysł rozwiązania problemu za pomocą podróży w czasie. Osobiście byłem prawie pewny, że tak się to skończy, jednak przyjęta mechanika mnie zadowala. Tworzenie wieloświatu przy podróżach jest rozwiązaniem najbezpieczniejszym, ponieważ ogranicza paradoksy do minimum. Twórcy jednak chyba nie do końca trzymali się własnej teorii, bowiem pod koniec filmu Steve Rogers, który po przeniesieniu się w czasie został w przeszłości, pojawia się w głównym (bo chyba już możemy tak mówić) świecie. Wyjścia są dwa- musimy uznać, że Endgame nam się na tyle podoba, że przymkniemy na to oko albo… czekać na coś co wyjaśni ten wątek. Kapitan spędził w spokoju kilkadziesiąt lat swojego życia, ale przecież mogły zdarzyć się „gorętsze dni”. Może to właśnie one zaprowadziły go do głównej linii czasowej? Czas pokaże. Do wątku Kapitana wrócimy później.

Podróże w czasie wypadły nad wyraz dobrze. Zapewniały sporo napięcia, akcji a przy tym były bardzo nostalgiczne- wracaliśmy przecież do najbardziej rozpoznawalnych scen. Szczególnie mocna pod względem emocjonalnym była rozmowa Starka ze swoim ojcem. Pojawił się także Jarvis we własnej osobie, co też jest miłym akcentem. 

Praktycznie każda drużyna znalazła się w ciekawym czasie i w ciekawych okolicznościach. Wszystko na ogół poszło gładko, ale mniejsze potyczki w przeszłości były zadowalające. Bardzo podoba mi się też spójność z materiałem źródłowym. I w tym wypadku nie zabrakło też nawiązań. Przede wszystkim w przypadku Kapitana Ameryki, który walcząc ze swoją starszą wersją, słyszy że mógłby tak walczyć cały dzień (co pojawia się zarówno w First Avenger jak i Civil War). Bardziej wybrzmiało jednak słynne „Hail Hydra”, które przypomina wydarzenia z Secret Empire (pewnie takich skojarzeń nikt by nie miał gdyby nie to, że Secret Empire jest stosunkowo nowym eventem, ale nie zmienia to faktu, że w głowie pojawił mi się Hydra Cap). 

Ciekawym wątkiem jest też przedstawienie losów kilku bohaterów po przemianie spowodowanej bagażem emocjonalnym powstałym w wyniku konsekwencji pstryknięcia. Najbardziej optymistycznie potoczyła się historia Bruce’a Bannera, który zaakceptował  Hulka w sobie i przez to stał się połączeniem swoich dwóch osobowości. Pomysł wypada naprawdę przyjemnie, jest śmieszy (głównie przez swoją abstrakcyjność), ale dzięki temu połączeniu Hulk dostaje poważny wątek, który jest dobrze poprowadzony. Jest nie tylko przydatny w wypadku rozróby, ale także wtedy, kiedy trzeba pomyśleć. Tym bardziej śmieszy jego reakcja na widok zniszczeń powodowanych przez „dzikiego” Hulka. Oczywiście w komiksach nie raz widzieliśmy inteligentnego Hulka, jednak najlepiej wypada tu fakt, że właśnie w komiksowym Infinity Gauntlet był w podobnym momencie swojego życia. Wypada to naprawdę miło. 

Drugą metamorfozą jest Clint Burton- Hawke… Ronin. Clint zmienia swój sposób działania i wygląd. Musi się wyżyć. Na swój sposób chce walczyć z przestępczością. I ja ten motyw kupuję. Zresztą nie odbiega to też od komiksowego Hawkeya, który przy okazji innych nieprzyjemnych okoliczności także przybiera czarny strój. Adaptacja komiksowego wyglądu jest conajmniej satysfakcjonująca. Jeżeli chodzi o charakter- postać w końcu dostaje jakiś ciekawy wątek i gra jakąś ważną (widoczną w filmie) rolę. Pewnie, jest mi go mniej szkoda od innych, bo nie miałem szansy się z nim zżyć przez całą historię MCU. Ale nie zmienia to w żadnym stopniu faktu, że wszystko działa bardzo dobrze.
 
Trzecia postać- Thor. W jego przypadku widzimy podłamanie spowodowane zarówno zwieńczeniem wydarzeń z filmu Infinity War jak i bezsilność wobec planu Thanosa. Wszystko trzyma się kupy- podłamany Thor działający impulsywnie zabija Thanosa. Odniósł prywatne zwycięstwo, jednak nic ono nie zmieniło w kwestii konsekwencji pstryknięcia. I tak zaszywa się w swojej „piwnicy”, bierze do ręki piwo, chipsy i zaczyna grać w Fortnite. Strasznie mi się to podobało. Szczególnie, że nie spodziewałem się, że twórcy odważyliby się zmienić jego posturę nordyckiego boga. W kinie widziałem oczyma wyobraźni zawiedzione rzesze fanek. Często w tym kontekście możemy spotkać się z zarzutem, że żart o grubym Thorze w filmie powtarzany był zbyt często. Czy na pewno? Był on częścią składową problemu,  z którym Thor musiał zmierzyć się w tym filmie i był najłatwiej widoczny. Mnie to w każdym razie nie męczyło. 

Ciekawym pomysłem jest też osadzenie Asgardu na Ziemi. Jak wiemy, w komiksach pomysł ten także występował (po wydarzeniach z komiksowego Ragnaroku). Kolejne przyjemne zastosowanie pierwowzoru. Jeżeli już zostajemy przy Asgardzie- pod koniec filmu dowiadujemy się, że rządzić nim będzie Valkyrie. Uważam ten wybór za trafiony- zarówno daje postaci możliwość rozwoju jak i sprawia, że Thor jest niejako uwolniony. I znowu odbiegnę od chronologii. Asgard jest na Ziemi, Valkyrie jest jego zwierzchniczką. Thor dołącza do Strażników Galaktyki. Jest to wyjątkowo obiecującym pomysłem (zwłaszcza zważając na animozje pomiędzy nim a Quillem). No i użycie komiksowej (oczywiście zupełnie niezwiązanej) nazwy Asgardians of the Galaxy- totalnie to kupuję!


Efektem podróży w czasie było także pożegnanie się z postacią, która była z Avengersami od początku- Black Widow. Muszę przyznać, że na ten fragment filmu zapatruję się bardzo nijako. Po pierwsze- nie zdążyłem się w ogóle przywiązać do Natashy. Miałem na to 10 lat, a jednak w żadnym stopniu mi się to nie udało. Po prostu przyjąłem do wiadomości fakt, że nie żyje. Z drugiej strony, kiedy dowiedzieliśmy się, że leci wraz z Clintem na Vormir nie widziałem innego rozwiązania. MCU nie miało absolutnie żadnego interesu w tym, żeby uśmiercać Clinta, szczególnie że w momencie premiery były już informacje o serialu z jego udziałem. Z Hawkeya, który co prawda także jest mało wyrazistą postacią (co jednak zmienia się w tym filmie na korzyść) da się zrobić coś ciekawego. Z Natashy moim zdaniem- nie. Dlatego też wybór wydaje się dobry i jedyny możliwy. 

Nasi bohaterowie cofając się w czasie zaalarmowali o swoim planie przez przypadek Thanosa. Thanosa sprzed paru lat, kiedy to jeszcze porządek we wszechświecie zaprowadzał za pomocą siły. Ten Thanos jest bardzo różny od tego, którego znamy z poprzedniej części. Niektórzy zarzucają temu rozwiązaniu niekonsekwencje. Moim zdaniem jednak wszystko się spina. Przede wszystkim minęło kilka lat- człowiek naprawdę może w tym czasie spokornieć. Tym bardziej, kiedy skrupulatnie dąży do bardzo wzniosłego celu. Z drugiej strony, serio, on się mógł wkurzyć. Tak, już w Infinity War zobaczyliśmy, że Thanos się może irytować, nie jest tylko oazą spokoju. Tutaj widzi na własne oczy jak umiera i na nic jego bohaterska śmierć, skoro ktoś jego plan zniweczy. Te dwa czynniki moim zdaniem łączą się w rozwiązanie zaprezentowane filmie.

To doprowadza nas pośrednio do finałowej bitwy. Ta jest nadzwyczaj satysfakcjonująca. Z początku ogranicza się jedynie do żyjących przez cały film bohaterów, jednak później na ekranie pojawiają się wszyscy (łącznie z Kaczorem Howardem!). Jakaż to była mocna scena! Jakie ja miałem ciarki na plecach! Sama walka była bardzo zjawiskowa. Każdy miał chociaż swój ułamek sekundy. Wszystko rozpoczęte po raz pierwszy wypowiedzianym „Avengers Assemble”. Cudo.

Najbardziej, nie ukrywam podobały mi się jednak solowe walki głównych bohaterów z Thanosem. Były… pełne. Thor, który pokazuje całą swoją moc i łączy ją z technologią Starka- cudo. No i Kapitan… o tym zapomnieć nie można. Przede wszystkim motyw z Infinity Gauntlet, gdzie Steve staje samodzielnie do walki z Tytanem, który łamie mu tarczę. Świetne zagranie. Z drugiej strony- Kapitan dzierżący młot Thora! Oczywiście, rozumiem że dla wielu osób mogło być to zaskoczenie, jednak w komiksach motyw ten pojawiał się kilka razy. Myślę, że Kapitan z MCU też zasługiwał na ten moment chwały.

W walce zakuła mnie jednak drużyna złożona z kobiet uniwersum. Dla mnie wyglądało to jak komunikat, że MCU ma w swoich szeregach dużo fajnych bohaterek. Co z tego, skoro okazuje się, że są takie fajne dopiero w tej scenie, a w swoich „prawdziwych” filmach są pomijane i traktowane po macoszemu? Moich odczuć nie ratuje fakt, że w dodatkach do wydania Blue Ray znajdziemy reportaż o kobietach w MCU. Po prostu takie sprawy załatwia się inaczej. Wyjątkiem od tego jest oczywiście Captain Marvel, która swoją drogą też stanowi rozczarowanie w tym filmie. W jej solowym występie widzimy jej potęgę, która jest w stanie niszczyć duże obiekty, jednak z ręką Thanosa (bez rękawicy) nie jest w stanie sobie poradzić. Troszkę naciągane. Dodatkowo jej nowa fryzura, jakkolwiek jest komiksowa, to po prostu wygląda źle. Mam nadzieję, że twórcy w przyszłości wrócą do jej pierwotnego wyglądu. Z drugiej strony trzeba też zrozumieć jej rolę w filmie- twórcy podczas kręcenia Endgame nie wiedzieli jeszcze jak zostanie odebrana. Trzeba było przybrać bardziej zachowawczą strategię, co jednak nie usprawiedliwia niekonsekwencji. 

Recenzja już i tak nie należy do najkrótszych, a trzeba powiedzieć jeszcze kilka ważnych zdań. Przejdźmy zatem do śmierci Iron Mana. Niczego tutaj nie brakuje. Po pierwsze jest to śmierć bohaterska. Tony miał co stracić. Miał rodzinę, o której marzył, co potęguje jeszcze świadomość, że tak naprawdę to chciał być już na superbohaterskiej emeryturze. Poczucie obowiązku jednak wzięło górę. Widzimy jego przemianę przez te 10 lat, której punktem kulminacyjnym jest uratowanie świata. I jeszcze wypowiedziane słowa „I am Iron Man”, które wieńczą pierwszy film MCU. To naprawdę dobrze działa. Poza tym, w moim odczuciu był to bardzo dobry moment na oczyszczenie MCU z wszechobecności Starka. Bardzo lubię tę postać, ale… musimy iść do przodu. Trzeba otworzyć nowy rozdział, a z tak silną postacią jak Stark w moim odczuciu byłoby to ciężkie. Autentycznie tylko szkoda mi córki Starka. Naprawdę ją polubiłem, a takie emocjonalne fragmenty jak „Kocham cię 3000” czy prośba o cheeseburgera po śmierci ojca tylko potęguje efekt smutku. Myślę też, że Pepper poradzi sobie z tą stratą, co dobrze było zarysowane w momencie śmierci Starka. W dodatkach możemy zobaczyć scenę hołdu, który oddają Starkowi żyjący bohaterowie. Jako dodatek funkcjonuje ona bardzo dobrze, jednak dobrze, że nie znalazła się w finalnej wersji filmu, bo nastrój mimo wszystko byłby zbytnio pompatyczny. 

Podobnie pozytywnie oceniam fakt, że Kapitan Ameryka się postarzał. Muszę z całą stanowczością przyznać: nie spodziewałem się tego. Oczywiście jest to nawiązanie do stanu z późnego Marvel Now! i początków All New All Different. I fajnie. Jeżeli twórcy pójdą komiksową drogą i wplotą jeszcze czasami Kapitana Amerykę w swojej starszej wersji będą bardzo zadowolony. CIeszy mnie natomiast fakt, że Steve zaznał spokoju. Należało mu się to od życia. Nie do końca wiem jednak jak znalazł się w głównej linii fabularnej. Nie zmienia to faktu, że czekały go jeszcze dwa wielkie starcia- wytłumaczenie Peggy, że miał romans z jej siostrzenicą oraz wytłumaczenie Sharon, że wolał jej ciotkę (chociaż do tego spotkania mogło nie dojść- wcześniej ukrywał się przez 2 lata, a po wydarzeniach z Infinity War mamy 5 lat dziury w fabule, ale na potrzeby recenzji wyobraźmy sobie, że do takiego spotkania doszło). Myślę, że walka z Thanosem to przy tym pikuś. 

Jak ustosunkować się do faktu, że Falcon stanie się Kapitanem Ameryką? Pozytywnie. Oczywiście, filmowy Sam Wilosn nie pokazał nam dużo, jednak pozostaje patrzeć na ten wątek z nadzieją. Jestem strasznie ciekawy jak będzie miało się to do zapowiedzianego serialu „Falcon & Bucky”.

Epilog(i) filmu także jest szalenie satysfakcjonujący. Moment, w którym różne osoby spotykają się ze sobą chwyta za serce. Pogrzeb Starka jest też bardzo podniosłą chwilą. Miłym akcentem jest tutaj też obecność chłopca z trzeciej części przygód Iron Mana. Zakończenie pozostawia nas w momencie, gdzie absolutnie nic nie wiemy (chociażby co się stanie z Visionem). Na to jednak przyjdzie jeszcze czas. 

Avengers: Endgame to świetny film. Mimo dużej ilości wydarzeń i praktycznie ciągłej akcji bawiłem się świetnie. Rozwiązania fabularne są conajmniej zadowalające. Oczywiście z uwag na natężenie wątków fabularnych mogłem pominąć kilka wydarzeń godnych uwagi. Jeżeli uważacie, że czegoś zabrakło- zwróćcie uwagę w komentarzach! 

Jeżeli chodzi o dodatki, to standardowo nie są zbytnio spektakularne. Mamy filmik z failami podczas kręcenia filmu. Jak zawsze możemy zobaczyć dzięki nim, że aktorzy świetnie się bawią na planie i po prostu lubią. Oprócz tego- seria wyciętych scen. Zazwyczaj są to wątki humorystyczne, a w niektórych przypadkach naprawdę szkodę, że nie znalazły się w finalnej wersji. Wprowadziłyby rozluźnienie sytuacji i lepiej pokazały też relacje pomiędzy bohaterami. Nie ukrywam też tego, że najbardziej kupuje mnie nieukończona wersja Rocketa, wyglądająca niemalże jak z gier z okolic roku 2000. W dodatkach znajdziemy też reportaże. Szczególnie polecam ten dotyczący Stana Lee, który co prawda jest wielką laurką, jednak nawet najbardziej nieufne osoby parę razy uśmiechną się pod nosem. 

Avengers:Endgame to doskonały film wieńczący dziesięcioletnią sagę. W momencie premiery stanowił doskonałą kontynuację Infinity War, na którą każdy czekał. Dzisiaj jest to bardzo nostalgiczne przeżycie. Kiedy czekamy na nowe oblicze MCU, seans Endgame jest dobrym wypełniaczem czasu. Zwłaszcza w wydaniu rozszerzonym!

Krzysiek "Sobb" Sobieraj


Avengers: Endgame / Avengers: Koniec gry
reżyseria:
 Joe i Anthony Russo
scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
obsada: Robert Downey Jr., Chris Evans, Mark Ruffalo, Chris Hemsworth, Scarlet Johanson, Jeremy Renner i wielu wielu innych

Widzieliście już film? Zapraszamy do spoilerowej dyskusji na naszym forum.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2020 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.