Avalon » Publicystyka » Artykuł

It's Morphin Time! #9 Power Rangers: Pink



Tekst zawiera spoilery z miniserii Power Rangers: Pink #1-4

Kimberly Ann Hart była pierwszą znaną nam różową wojowniczką, w której podkochiwali się nastolatkowie w latach dziewięćdziesiątych. Łuczniczka była ważnym członkiem drużyny, niejednokrotnie jej podporą, a czasem typowo kobiecym głosem rozsądku. Świat nie malował się dla niej różowymi barwami w życiu prywatnym, czego świadkami byliśmy na łamach serii GO GO i Mighty Morphin Power Rangers od BOOM! Studios. Rozpad rodziny, problemy miłosne, czy (co dotyczy jej wersji z świata Drakkona) pozbawienie wolnej woli. Serialowa Kimmy opuściła drużynę w okolicach trzeciego sezonu, zastąpiona przez Katherine Hillard, pozostawiając Billy’ego jako ostatniego członka oryginalnego składu. W sercu fanów zapisała się jeszcze późniejszym występem w filmie kinowym Power Rangers: Turbo oraz listem jakim zerwała z Tommym w Zeo. Chciałem poniekąd poznać powody jakie stały za napisaniem tego wyznania, jednak jak każdy fan musiałem posiłkować się co najwyżej internetowymi teoriami. Co stało się z Kim po odejściu z zespołu owiane było oczywistą tajemnicą, ku mojemu zaskoczeniu i radości BOOM! Studios podjęło temat w mini serii poświęconej tej bohaterce. Zapraszam was serdecznie do omówienia Mighty Morphin Power Rangers: Pink i wybrania się wspólnie w kolejną nostalgiczną podróż.

Wszystko zaczyna się w szatni po zawodach gimnastycznych, w których nasza bohaterka zdobyła chyba wszystkie możliwe laury. Koleżanki próbują wyciągnąć ją na wspólną imprezę, dziewczyna odmawia ze względu na brak kontaktu z matką. Komiks wyjawia nam w tym miejscu ostateczny los małżeństwa państwa Hart. Mama Kim mieszka teraz z jej ojczymem i przeprowadziła się niedawno do nadmorskiego miasteczka oddalonego teraz o kilka godzin jazdy od byłej różowej wojowniczki. Nie tracąc czasu wsiada ona na motocykl i pędzi sprawdzić co jest powodem braku kontaktu z mamą. Po drodze dowiadujemy się, że tęskni za przyjaciółmi, śledzimy też jej przemyślenia, które przeplatane są z oceną nadmorskiego miasta St. Moineaut położonego we Francji. To tam przeprowadzili się jej bliscy po wyprowadzce z Paryża. Miasto jest dziwnie ciche, Kim nie mija nikogo po drodze, a sytuacja nie poprawia się po zejściu z motocykla. Dziewczyna nie zastaje domowników, a nagły hałas zmusza ją do błyskawicznego działania. Nie chce ona trafić w pułapkę, szybko przywdziewa kombinezon, który przywodzi na myśl strój Mad Maxa i uzbraja się w łuk. Błyskawicznie trafia na chłopaka zaatakowanego przez dziwnych rybo-ludzi, skojarzenie z Istotami z Głębin Lovecrafta jest zdecydowanie na miejscu. Dziewczyna szybko rozprawia się z nimi i wraz z świeżo poznanym Sergem opracowuje plan działania. Dowiaduje się, że ludzie z odciętego od świata miasteczka znikają, a liczba potworów zaczyna rosnąć po każdej nocy. Kim obiecuje pomóc, ale w tym celu musi zwrócić się do potężnych przyjaciół. Szczęśliwie dla niej komunikator nadal działa, a Zordon szybko odpowiada na wezwanie. Nie jest on w stanie wysłać do niej Power Rangers z odsieczą, proponuje zamiast tego inne rozwiązanie. Kimberly jako jedyna nie przekazała mocy przy udziale miecza światła, przez co wciąż zachowuje ona połączenie z mocą (ten sam miecz wcześniej w serialu został użyty do przekazania mocy czerwonego, żółtej i czarnego wojownika). Oręż pozwala jej znów stać się rangerem, choć odbywa się to kosztem sił Zordona. Strój jaki przywdziewa dziewczyna różni się nieco od oryginalnego, ale to fajna okazja do wprowadzenia zmian w wyglądzie. Różowa wojowniczka nie tracąc czasu rusza do walki, trafiając przy tym do groty pełnej widzianych wcześniej monstrów. Po krótkiej walce poznajemy w końcu istoty odpowiedziane za losy miasteczka. Pojawia się dobrze znany nam Goldar i potwór nazywający siebie Verto. Na domiar złego przetrzymują oni matkę dziewczyny. Przerażona kobieta rozpoznaje głos swojej córki na chwilę przed przemianą w morskiego potwora.

Chciałbym teraz nieco przybliżyć wam sylwetki twórców odpowiedzialnych za ten komiks. Tym razem mamy do czynienia z parą scenarzystów, konkretnie  z Brendenem Fletcherem (sporo jego twórczości znajduje Gotham w tytule) i Kelly Thompson (którą z kolei można kojarzyć z Jessicą Jones). Za rysunki odpowiada znany nam już z Shattered Grid Daniele Di Nicuolo, którego kreska radzi sobie zdecydowanie lepiej z mniejszą ilością bohaterów w kadrze.

  

Przemieniona matka i horda bestii zmuszają bohaterkę do odwrotu. Zawala ona za sobą drogę do groty i udaje się pośpiesznie do nowego towarzysza na przeanalizowanie sytuacji. Szybko uświadamia sobie, że potrzebuje posiłków. Serge dostaje zadanie ocalenia reszty mieszkańców, podczas gdy bohaterka kontaktuje się ponownie z Zordonem. Chce ona odnaleźć byłych rangerów i poprosić ich o pomoc. Niedostępny Jason trochę martwi, zwłaszcza, że sam jest w trakcie jakieś ważnej misji (czyżby plany na Power Rangers: Red?), dziewczyna teleportuje się do Afryki, a podglądający ją Serge trafia w łapy Verto.

Spotkania ze starymi znajomymi zawsze wiążą się z ogromnymi emocjami. Tak też jest i tutaj, udaje uchwycić się autorom wciąż żywą przyjaźń Kim i Trini. Żółta wojowniczka bez namysłu obiecuje pomóc, wspólnie więc ruszają po Zacka, który trenuje nieopodal z młodzieżą. Kolejne spotkanie po latach i kolejna scena, po której aż ciepło robi się na serduchu. Zacka również nie trzeba przekonywać do pomocy, jak to sam określa, rodzinie i po chwili wszyscy znajdują się w Francji. Przybyli rangerzy dziękują Zordonowi za możliwości jakie im dał, jak wiele dobra są w stanie nieść dla świata. Kontrastuje to z faktycznym powodem odejścia aktorów z ról w Power Rangers, ale satysfakcjonuje po tylu latach rozłąki. Dzieląc swoją moc, różowa wojowniczka przemienia swoich towarzyszy, którzy jej wzorem dostali nowe, nieco odmienne stroje. Przez chwilę sądziłem, że wszyscy wystąpią w różu, ale Zack i Trini przywdziewają swoje kolory. Czarny wojownik dostał nawet kamizelkę z kapturem. Chyba właśnie tego brakowało w ich uniformie, a nie jak stwierdził w GO GO – peleryn.

Sama przemiana nie będzie wieczna, Zordon słabnie bez miecza światła, rangerzy muszą więc szybko brać się do roboty. Nim bohaterowie wykonają powierzone im zadanie dociera do nich komunikat białego wojownika. Próbuje on skontaktować się z Zordonem, ale uniemożliwia to prawdopodobnie przekazanie mocy Kim. Tommy rozpoznaje dziewczynę, cieszy się, że ją widzi, następnie znika, a bohaterowie zostają zaatakowani przez morskie stwory. Problemy mnożą się z panelu na panel. Zwłaszcza, kiedy miecz, którego mieli strzec trafia w ręce Goldara, a moce wyparowują po jednym machnięciu ostrza. Pojmani nastolatkowie trafiają do niewoli, a Goldar pokazuje im cel swojego planu. Co ważne własnego planu, realizowanego bez zgody Rity i Zedda. Jest nim Typhonis, karykaturalny robot złożony ze starych, zniszczonych już zordów Power Rangers. Na domiar złego Goldar dowiedział się o wojownikach od Sergea. Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej.

  

Chłopak oczywiście miał dobry powód do zdrady, chciał ocalić uwięzioną siostrę, w nagrodę sam ląduje w klatce. W takiej właśnie chwili z odsieczą przybywa Tommy i reszta Power Rangers. Na bohaterów rzuca się cała horda bestii, a ci okazują się tylko sprytnie wywołanym hologramem. W wyniku szarży przewrócone zostają klatki, a piątka bohaterów (rangerzy i francuskie rodzeństwo) uciekają w głąb jaskini. Przed nami emocjonująca, ale zdecydowanie za szybko rozegrana scena walki z matką Kim przemienioną w potwora, która raz dwa odzyskuje kontrolę nad swoim zachowaniem. Kim w spektakularny sposób wytrąca broń z dłoni Goldara i trójka wojowników ponownie może pochwalić się mocami. Goldar był, tak swoją drogą, o krok od zakończenia całej wojny z Power Rangers na korzyść tych złych, ale chyba da się przymknąć na to oko przez wzgląd na jego motywację. Zwłaszcza w obliczu chaosu jaki dominuje na polu bitwy. Rangerzy walczą ze wszystkich sił z bestiami Verto, Goldar toczy pojedynek z Kim, w którym jej matka stara się jej ze wszystkich sił pomóc. Ostatecznie to Verto przejmuje kontrolę nad zordem i wysyła go na dno oceanu, pozbywając się obu problemów. Kim będzie musiała podjąć współpracę z małpoludem, pytanie tylko jak na tym wyjdzie. Najważniejsze teraz, to że wróg mojego wroga, jest moim przyjacielem.

Goldar nie zamierza współpracować. Zamiast tego zaciekle atakuje Kimberly i wyjawia jej, dlaczego wybrał to miasteczko. To ona była celem, który miał doprowadzić go do potężnego miecza. Dopiero obietnica zemsty na Verto przekonuje go do kooperacji.

Zack i Trini walczą z całych sił, nie chcą dopuścić, żeby kolejni mieszkańcy wioski zostali przemienieni w potwory. Żółta wojowniczka kontaktuje się z Zordonem, ten jest już zbyt słaby, żeby udzielić im jakiejkolwiek pomocy. Kim korzystając ze swojego starego zorda, który między innymi został wykorzystany do budowy Typhonisa uwalnia się z śmiertelnej pułapki. Goldar szybko radykalizuje swoje podejście do potrzeby pokonania Verto. Chce go zabić, nie dba o to, że w takim wypadku ludzie nie odzyskają dawnej formy. Kolejne wydarzenia nie tracą narzuconego tempa. Zord zostaje strącony przez Verto, sam potwór zaatakowany przez żądnego mordu Goldara, a szóstka bohaterów umyka na szybkie przegrupowanie. Świadomi problemów Zordona chcą oni oddać moc dawnemu mentorowi, ten jednak odmawia. Zapadnie w sen dając tym samym Kim i jej drużynie kolejne dwadzieścia cztery godziny mocy, niemniej musi ona mieć do dyspozycji cały zespół. Serge i jego siostra Britt udowodnili swoją odwagę i w nagrodę przywdziewają stroje Power Rangers (kolejno niebieskiego i czerwonej). Zawiązują też porozumienie z Goldarem, mam nadzieję, że tym razem będzie można zaufać honorowemu (prawie) zawsze wojownikowi.

W oczekiwaniu na starcie rangerzy pomagają mieszkańcom miasteczka i przygotowują ich do obrony domów, a Goldar majestatycznie patroluje przestworza. To on informuje wojowników o nadejściu wroga. Verto rzuca ostatnie groźby przed bitwą (dosłownie chce naskarżyć na Goldara przełożonym).

  

Samo starcie przebiega bez większych zakłóceń, przynajmniej jeśli chodzi o bitwę z zmienionymi w potwory ludźmi. Miasteczko zostało tak przygotowane do obrony, żeby schwytać każdego pokonanego stwora. Problem ma za to Goldar, który nijak nie może dorwać się do swojej ofiary. Power Rangers przychodzą mu z odsieczą wzbogaceni o wysłane przez Alpha 5 motocykle (owszem, absurd goni absurd, ale nie czarujmy się – taki już urok Power Rangers). Nawet nowe zabawki nie przybliżają bohaterów do zwycięstwa, dopiero współpraca Kim z Goldarem pozwala im dostać się do wnętrza zorda. Verto szybko zostaje pokonany i zmuszony do przemiany mieszkańców. Szczęśliwie dla Kimberly jej mama nie pamięta ostatnich wydarzeń, podobnie z resztą jak pozostali. Podoba mi się więź jaką dziewczyna ma z ojczymem, a zaskakujący romans Trini i Zacka dopełnia naszego uśmiechu. Goldar nie pozostaje dłużny Verto i jak tylko potwór przywraca postać ostatniemu mieszkańcowi wioski, zabija go bez mrugnięcia okiem. Wydawałoby się, że wszystko dobrze się kończy, bohaterowie chcą zwrócić moc Zordonowi, Kim dowiaduje się jednak, że Power Rangers potrzebują wciąż pomocy. Wie, że nie może tak zostawić przyjaciół, ma teraz do dyspozycji dwanaście godzin, sprawnego Typhonisa, dwa dawno zapomniane zordy (Titanusa i Tora) wspomagające niegdyś drużynę i czwórkę przyjaciół, gotowych na ostatnią transformację.

Muszę zaznaczyć, że przez całą mini serię narratorem była Kim, to jej uwagi śledziliśmy w kwadratowych dymkach z tekstem, to z jej perspektywy opowiedziana jest ta historia. Kiedy bohaterowie przybywają do obcej galaktyki wspomóc swoich przyjaciół, wiemy, że to dobrze się skończy i sama potyczka, choć spektakularna, schodzi na drugi plan w obliczu rozważań Kim. Zwłaszcza, kiedy staje ona w obliczu Tommy’ego. Dziewczyna mocno się kwestionuje, nie jest pewna tego, kim jest bez mocy Power Rangers. Zakończenie przytłacza nas i odrobinę nawet łamie serce. Sam finał ma miejsce na rok po przedstawionych wydarzeniach i odpowiada nam na postawione w wstępie pytanie o list. Satysfakcjonujące, gorzkie rozwiązanie, na jakie zasługuje Kim. Jako ranger, czy nie. Zawsze bohatera.

W ten sposób docieramy do końca omawianej mini serii. Nawet jeśli zawarta w niej opowieść wydaje się miejscami gnać za szybko, to samo genialne zakończenie pozostawia nas w milczeniu i zadumie. Komiks nie zarzuca nam na nos różowych okularów, nie oszukuje nas fanowskim zakończeniem. Nabiera dla nas wielu odcieni różu.

Mateusz "Hawk" Cebrat



Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.