Avalon » Publicystyka » Artykuł

Marvel, I love you three thousand - recenzja filmu Avengers: Endgame


Ile to już przeczytaliście recenzji, w których pierwsze zdanie brzmiało o trudnościach pisania recenzji bez zdradzania fabuły? Cieszcie i radujcie, Przyjaciele, ja nie zamierzam tak zaczynać. Obiecuję nic nie zdradzać, ale zrecenzować Wam bezspoilerowo to unikalne, trzygodzinne doznanie, jakim okazał się Avengers: Endgame.

Bo z tym, że czwarta część przygód „Najpotężniejszych herosów na Ziemi” jest czymś więcej niż tylko widowiskiem filmowym nie będą polemizowali nawet najzagorzalsi przeciwnicy MCU. Jedni nazwą to pewnie szumnie popkulturowym widowiskiem, inni znakiem czasów, jeszcze inni sprowadzą do jakichś bardziej pierwotnych instynktów, odpowiedzi na zakodowaną w ludzkich kulturach potrzebę posiadania własnego zestawu mitów. 

Każdy będzie miał rację, a ja pozwolę sobie dodać jeszcze jedno, istotne zastrzeżenie. 

Ten film to wielka metafora MCU.

Tak instytucjonalnego, jak i tego właściwego, złożonego z ponad dwudziestu pełnometrażówek, kilku krótszych etiud, seriali, etc. 

Jest zatem metaforą wielomiliardowego molocha towarzyszącego nam przez 11 długich lat. Gigantyczną żyłę złota, która dzięki grupie osób oddających tej pracy całe swoje serce, jakimś cudem nie zatraciła tożsamości, nie rozdrobniła się, pozostała zaskakująco ludzka. 

Takie podejście widać również we wszystkich dotychczasowych tworach sygnowanych dobrze nam znanym logiem.  Gdzieś tam pośród feerii przewspaniałych scen akcji, eksplozji CGI, ryków i huków, chwytliwych one – linerów i trafnego poczucia humoru, za fasadą z błyszczących zbroi i pstrokatych kostiumów kryją się pełni emocji ludzie, błądzący i dojrzewający. Dlatego właśnie ich pokochaliśmy, dlatego MCU jest tak ogromnie popularne i potrafi dotrzeć do wielu milionów ludzi. Przy całej tej otoczce superbohaterskich przygód patos jest obecny, ale nie najważniejszy – to zaskakująco ludzkie motywacje decydują o prawdziwej wielkości poszczególnych bohaterów. 

Tak jest i tym razem. 

Nie jest tajemnicą, że Endgame stanowić będzie rozliczenie z klęską z poprzedniej części. Fabuła skupiać się będzie na przedstawieniu zarówno pokłosia widowiskowego finału Infinity War oraz sposobów poradzenia sobie z nim. Nie odkryłem tym Ameryki, prawda?

Jednak, przy całej tej oczywistości, przy szeregu materiałów promocyjnych, przy informacjach o tym, czy tamtym wygasającym kontrakcie naprawdę… Przygotujcie się na rollercoster zaskoczeń, twistów i nieoczywistych rozwiązań fabularnych. A największe wybrzmiewa z pierwszej godziny filmu – otóż, choć Avengersi robią wreszcie to, co zapowiedział Tony Stark podczas pamiętnej rozmowy z Lokim w 2012 roku, to widać, że nie działają wyłącznie dla jakiegoś wzniosłego i abstrakcyjnego „wyższego celu”. Nie, kto spodziewałby się wprowadzenia martyrologii dla samej martyrologii to czeka go rozczarowanie – walka o losy planety odbywa się w oparciu o indywidualne, często intymne wręcz pobudki. Każdy z nich jest wyjaśniony, jeden mniej, drugi bardziej łopatologicznie. Wiele zaskakuje, żaden nie rozczaruje.

A najbardziej niezwykłe jest to, że z każdym z nich możemy się identyfikować. 


Podobnie jak z ciężarem wyborów dokonywanych w trakcie kolejnych perypetii przez poszczególnych bohaterów. Tak, tak, Endgame znajduje czas na ukazanie rozterek moralnych poszczególnych postaci. Często będą one skutkowały decyzjami trudnymi, na pierwszy rzut oka nieoczywistymi, ba, nawet bolesnymi. 

Ciężko mi mówić, o czym tak naprawdę jest ten film. Jeśli powiem, że o życiu, to będzie zbyt górnolotne. Jeśli powiem, że o zemście to odbiorę mu kompleksowość. MCU zahaczyło praktycznie o każdy gatunek filmowy (no dobra, może poza westernem), a „Endgame” kondensuje ten proces do fantastycznie działającego, eklektycznego tworu, w którym znajdziemy wszystko, od chęci odkupienia przez  poszukiwanie szczęścia, potwierdzenie wartości przyjaźni i miłości aż po kino familijne. Naprawdę, spectrum wykorzystanych motywów jest niezwykle szerokie, a mimo to fabuła nie załamuje się pod własnym ciężarem.  

Jeśli chodzi o fabułę nie zdradzę nic ponadto, że jest różnie. Pewne rozwiązania zaskakują jednocześnie prostotą i elegancją, inne rażą w oczy małymi i większymi zgrzytami. Tu coś się nie zagra, tam pozostanie niewyjaśnione, tu zaś z powodu braku czasu (bo o braku środków absolutnie nie może być mowy) będzie potraktowane po macoszemu bądź porzucone. Trzeba być na to gotowym, ale bez przesady – czekaliśmy na „Endgame” tyle czasu nie po to, żeby podczas seansu wypatrywać błędów i rozkładać je na czynniki pierwsze. Nie, absolutnie nie chodzi o to, żeby wyłączyć mózg. Wręcz przeciwnie, obserwowanie i dokładna analiza nawet pojedynczych kadrów poszczególnych filmów również na stałe wpisała się w cały rytuał, jakim jest afirmacja kolejnego dzieła MCU. 

Szukajcie więc niedociągnięć, ale na miły Bóg, cieszcie się też na tym seansie!

Warto!


No to teraz obsada.


Chociaż każda z ocalałych postaci ma swoje „momenty” (powiedział równie enigmatycznie co lakonicznie) najwięcej miejsca na ekranie dostaje oczywiście oryginalna szóstka. Niektórzy będą się spierać, że czas ekranowy nie jest rozdysponowany pomiędzy nich wystarczająco sprawiedliwie, ale ja nie miałem takiego odczucia. Zarzut wiąże się z tym, że na pierwszy plan zostały wysunięte – co nie dziwne przecież, w końcu to na nich skupiała się I faza filmów – losy marvelowej trójcy.
 
Każdy z panów dostaje swój swoisty „akt” stanowiący zarówno zwieńczenie, jak i wyjście w przyszłość. Dla niektórych będą one zaskakujące, ba, nawet problematyczne, wywołujące dyskusje, może nawet niezadowolenie fanów. Nie potrafię ocenić, który wywoła największe kontrowersje, dla niektórych historia Thora, dla innych pewnie Tony’ego, jeszcze inni nie będą umieli wytłumaczyć sobie powodów stojących za takim, a nie innym podejściem do postaci Kapitana. Rzeczywiście, na pierwszy rzut oka ta lub tamta decyzja może wydawać się nielogiczna, ale jeśli patrzymy na to z szerszej perspektywy zobaczymy, że wszystko ze sobą współgra i naprawdę jest częścią większego planu. Wdowa, Banner/Hulk (ha, nie zdradzę kto się pojawia, a kto nie) i Hawkeye mają mniej miejsca na popisy, jednak scenarzyści znaleźli również dla nich chwilę na podsumowanie. 

Kulminacje tych wątków również wywołają spory, kto wie czy nie większe niż w przypadku Capa, Starka czy Thora. Aktorzy stają na wysokości zadania, wszyscy, bez wyjątku. Prym wiedzie oczywiście nasze ukochane trio. Chris Hemsworth swobodnie i niezwykle przekonująco żongluje skrajnymi emocjami swojego bohatera z natężeniem, którego nie osiągnął nawet w genialnym „Ragnaroku”. Chris Evans, mając wreszcie więcej miejsca, przekonująco przedstawia dylematy targające Rogersem, ale nie pozwala przy tym na utracenie przez Kapitana ducha poczciwości i pozycji moralnego kośćca całej grupy.  Robert Downey Jr. z kolei … jest po prostu świetny. Autentyczny, przekonujący, wzruszający i rozbrajający. Scenarzystom udało się także – choć wiem, że może to wydawać się niemożliwe – znaleźć kolejne, do tej pory niezagospodarowane rejony charakteru Tony’ego, które błyskawicznie zostają wyeksploatowane przez koncertową grę RDJ’a. 

Każdy z opisanych panów, kolejny raz udowadniając trafność dokonanego przed laty castingowego wyboru sprawia, że jego bohater jest autentyczny i na swój sposób uroczy (oczywiście z różnych, często naprawdę nieoczekiwanych powodów). 


Scarlett Johansson, Jeremy Renner i Mark Ruffalo również robią świetną robotę. Ich postacie są pełnokrwiste, niemal namacalne. Podobnie, jak w wyżej omówionym przypadku, każde z nich dostaje do zagrania coś nowego i to wcale niełatwego. Jest wzruszająco, zaskakująco i – to głównie odnosi się do Ruffalo – także zabawnie. Słowem, aktorzy wywiązują się ze swoich zadań bez zarzutu. 

Na dalszym planie świetnie sprawdza się Karen Gillan i Paul Rudd. Ich postacie, nie dość, że istotne dla fabuły, doskonale wpasowują się w całą sagę przygód Mścicieli, także dzięki przekonującej grze aktorów. Gillan dostaje więcej miejsca niż w obu częściach Strażników razem wziętych i pokazuje, że nie znalazła się w MCU przez przypadek, Rudd zaś wnosi do filmu swój charakterystyczny luz i ciepłe, nieco gapowate poczucie humoru będące doskonałym komponentem bezbłędnej dynamiki grupy. 

Don Cheadle i Bradley Cooper również nie mogą przejść niezauważeni. Rhodey Cheadle’a jest  świetnym komentatorem bieżących wydarzeń zaś Cooper, prócz zwyczajowych pokładów złośliwości, wydobywa z Rocketa sznyt nie tylko tragicznego bohatera, ale również głosu rozsądku. 

Brie Larson czy Danai Gurira nie mają zbyt wiele do pokazania, ciężko mi więc powiedzieć nic więcej niż tylko to, że robią, co do nich należy.

Rola Josha Brolina została znacznie ograniczona, co ma całkiem przekonujące wyjaśnienie fabularne. Jednak, nawet mimo ograniczonego czasu na ekranie, Thanos w dalszym ciągu potrafi wzbudzić nie tylko respekt, ale i strach.  

Wracając teraz jeszcze na chwilę do mojej teorii o „Endgame” jako metaforze MCU. 


Niektórzy pod płaszczykiem nostalgicznej podróży towarzyszącej finałowi tej trwającej 11 lat przygody dopatrują się przerostu ego, zachwytu nad własną wielkością. Według mnie to błędne założenie. Filmy z MCU potrafiły pokazać, że Feige i spółka mają do siebie ogromny dystans i potrafią umieścić w swojej treści elementy autoironiczne. Tak było chociażby z Thorem próbującym uspokoić Hulka kołysanką Wdowy w „Ragnaroku” czy krótkim, humorystycznym, wyjaśnieniem nieobecności partnerek głównych bohaterów w „Age of Ultron”. „Endgame” bryluje także i w tym temacie, stając się swoistym metakomentarzem dotychczasowego dorobku MCU, celnym, choć niekiedy bardzo ostrym. 

Wszystko jest okraszone dozą humoru, który działa w 98 procentach. Powiedziałbym, że w stu, gdyby nie pewien zabieg fabularny, który według mnie za bardzo poszedł w slapstick. Oczywiście zaraz potem zostajemy wynagrodzeni niezwykle ciepłą, chwytającą za serce sceną doprawioną szczyptą celnej ironii. Wydaje mi się, że kulminacja przygód Avengers osiągnęła idealny balans (oczami wyobraźni widzę uśmiech Thanosa) pomiędzy powagą, patetyzmem, ironią i humorem. A te dwa procenciki to naprawdę granica błędu statystycznego. Nie mają faktycznego wpływu na odbiór. 

Ale wspomnieć wypada.

Po raz pierwszy w trakcie seansu towarzyszyło mi także silne poczucie unoszącego się w każdym kadrze ducha komiksu. Nie zrozumcie mnie źle, pozostałe części też to w sobie mają, ale w „Endgame” jest coś takiego innego, prawie namacalnego. Z braku lepszych stwierdzeń powiem „epickiego”, choć to nie do końca oddaje moje doznania. Przez większą część akcji czułem się dosłownie, jakbym przeżywał historię utrzymaną w stylu najlepszych dzieł Hickmana, Aarona, Fractiona i, tak, tak, również Bendisa. Nie wiem czy było to zamierzone, czy przypadkowe, w każdym razie przepiękne doznanie.  

 
Podsumowując…

Podczas tej trzygodzinnej przygody z moimi ukochanymi bohaterami płakałem, śmiałem się i darłem z uciechy jak głupi. Wierzcie mi, czeka was ogromna ilość gościnnych występów, nawiązań, smaczków, easter – ergów, fan – service’ów i wszystkiego tego, z czego słyną dzieła ze stajni Marvela. Wszystko stoi na najwyższym poziomie, naprawdę. Jest monumentalnie, choć nie przytłaczająco. Dynamicznie, ale nie chaotycznie. Doniośle, jednak nie pompatycznie. 

Jest po prostu wspaniale.

Mam w nosie nieścisłości fabularne, paradoksy, ogranie schematów, ckliwość i wszystkie inne możliwe zarzuty, jakie wobec Endgame już się pojawiły, pojawiają lub dopiero pojawią.

Nie obchodzi mnie, że malkontenci nazwą mnie teraz naiwniakiem, łykającym wszystko, co zaoferuje mi Feige i spółka. Że nie chcę dostrzegać wszystkich błędów, które przewinęły się prze te sto osiemdziesiąt wcale nie takich wspaniałych minut. Najbardziej radykalni, tamci od teorii spiskowych, uznają, że pewnie mi jeszcze zapłacili, żebym stworzył taką, wywołującą mentalną cukrzycę, słodycz.

Nie dbam o to. 

Dla mnie „Endgame” stanowi koniec wart całej podróży.
Podróży z bohaterami, z którymi dorastałem i na których się wzorowałem.
Z bohaterami z krwi i kości. 
Z moimi bohaterami. 

10/10. 

Marvel, I love you three thousand. 

I dziękuję.

Jakub "Kminek" Stępień


Avengers: Endgame / Avengers: Koniec gry
reżyseria:
 Joe i Anthony Russo
scenariusz: Christopher Markus, Stephen McFeely
obsada: Robert Downey Jr., Chris Evans, Mark Ruffalo, Chris Hemsworth, Scarlet Johanson, Jeremy Renner i wielu wielu innych

Widzieliście już film? Zapraszamy do spoilerowej dyskusji na naszym forum.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.