Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja komiksu - Tajne Wojny

No i w końcu jest. Wielki finał wielkiego runu Jonathana Hickmana. Kawał komiksu, sam w sobie opowiadający w miarę zamkniętą historię. A jednocześnie oś wielkiego eventu, rozbudowanego o kilkadziesiąt miniserii pobocznych. Oceniane z każdej z tych perspektyw „Tajne wojny” wypadają inaczej – a to wciąż nie wszystkie ujęcia, bo można jeszcze patrzeć na nie jako finał historii z „Avengers” i „New Avengers”, albo jako koniec całej historii Hickmana w Marvelu, od „SHIELD” i „Fantastic Four” począwszy. 

O czym właściwie jest to tomiszcze? Zaczynamy tam, gdzie kończyło się „Avengers: Czas się kończy” - w chwili ostatniej inkursji, zderzenia dwóch ostatnich istniejących wszechświatów. Głównego uniwersum Marvela i świata Ultimate. Obie strony są świadome tego, co się dzieje, więc dochodzi do wielkiej superbohaterskiej bijatyki. A potem oba światy i tak giną i nie zostaje nic. Całe multiwersum zostaje zniszczone. 

Całe? Nie! W drugim zeszycie akcja przenosi się na zlepiony z resztek kilkudziesięciu rzeczywistości Bitewny Świat, stworzony i rządzony przez Boga Dooma, z pomocą jego rodziny – Sue, Valerii i Franklina – oraz niezawodnej prawej ręki, szeryfa Stephena Strange’a. Zaczynamy od spojrzenia na Bitewny Świat z lotu Thora – jednego ze stróżów prawa wykonujących wolę Dooma – które przybliża nam charakter tego miejsca. Wkrótce później dowiadujemy się, że Kabała przeżyła ostatnią inkursję – podobnie jak garstka bohaterów z głównego świata Marvela. 

I tu zaczynają się problemy z fabułą. 

Ale pozostańmy jeszcze na moment przy pozytywach. Cały album – z pominięciem dodatkowej historyjki z „Free Comic Book Day” - narysował Esad Ribic. Ten artysta znakomicie ożywia Bitewny Świat, świetnie sprawdzając się w klimatach fantasy, o które ociera się ta historia, zwłaszcza na początku. Jego rysunki dodatkowo zyskują dzięki kolorom Ive Svorciny. Kolorystka porządnie realizuje sceny w normalnym, dziennym oświetleniu – ale pełnię swoich umiejętności pokazuje, kiedy to oświetlenie się zmienia. Czy to w scenach nocnych, czy kiedy pojawiają się inne źródła światła – błyski energii, płomienie albo niezwykła jasność sekretnego pomieszczenia w sercu Bitewnego Świata. 

Jest też łyżka dziegciu w tej beczce miodu – choć to, na ile popsuje wam wrażenia to dość indywidualna kwestia. Chodzi mi o twarze rysowane przez Ribica, a szczególnie pewne elementy mimiki, takie jak wyrażanie zdziwienia, zaskoczenia czy strachu. Postaci mają wtedy szeroko otwarte oczy i usta – do przesady, aż do wybałuszenia oczu i rozdziawienia ust, tak bardzo, że zaczynają przypominać ryby. Czasem ma to efekt komiczny w scenach, które zdecydowanie nie powinny takiego efektu mieć. 

Ale, jak pisałem – to osobista kwestia. Może w ogóle nie zwrócicie na to uwagi. 

Wróćmy zatem do tego, co postrzegam jako problemy z fabułą. W zasadzie to tradycyjny problem u Hickmana – jak zwykle zdaje się być bardziej zainteresowany swoim ogólnym pomysłem na fabułę niż postaciami, które w tej historii występują. Wspomniałem wcześniej, że zagładę uniwersów przetrwała garstka bohaterów z głównego uniwersum Marvela. Można by się spodziewać, że to oni będą naszymi głównymi bohaterami – ale nie. Wielu z nich jest kompletnymi statystami. Niektórzy faktycznie mają do spełnienia pewną funkcję w fabule – na przykład Miles Morales – ale nie są postaciami, nie grają roli w tej historii. 

Wiele wątków pobocznych sprowadza się tylko do zaznaczenia na paru kadrach, że coś się wydarzyło. Niektóre z nich czerpią z historii, charakteru lub po prostu ogółu skojarzeń z daną postacią i jako takie sprawdzają się całkiem nieźle – Jane Foster jako Thor jest w stanie poza kadrem zjednać sobie część Thorów Bitewnego Świata i to wystarczy, to działa. Namor pomaga Black Pantherowi odegrać pewną scenę z „Powrotu króla” i to też działa, bo Hickman poświęca temu trochę miejsca, a poza tym korzysta jednocześnie z tego, że T’Challa został królem umarłych jeszcze przed „Tajnymi wojnami”. 

Inne wątki poboczne pozostawiają niedosyt. O buncie Proroka nie wiemy nic, a wydawałoby się, że to ciekawy materiał. Thanos ma pewną scenę w Tarczy, która u Hickmana bierze się niemal znikąd, jest rozegrana po łebkach i nie robi wrażenia – tymczasem pokazana z innej strony i rozbudowana przez Kierona Gillena w tomie „Tajne wojny: Oblężenie” staje się jedną z najlepszych scen całego eventu. Może najlepszą. 

I wreszcie baron Sinister. Biorąc pod uwagę to, że przewija się przez całą historię, spodziewałbym się, że będzie pomniejszym antagonistą. Że odegra jakąkolwiek rolę. Albo – kompletne minimum – że jego wątek przynajmniej będzie miał jakiś sens. Tymczasem o ile wrzucenie Jane Foster do korpusu Thorów ma sens, o tyle nie mam pojęcia, jaki był zamysł Hickmana odnośnie barona Sinistera i co właściwie wydarzyło się pomiędzy nim i Kapitan Marvel. Kompletnie nie rozumiem, co tu zaszło. 

To tylko kilka przykładów – wątków jest tu zdecydowanie więcej, ale większość wpada do którejś z dwóch przegródek - „zasadniczo w porządku” lub „zostaje niedosyt”. 

Ostatecznie wychodzi na to, że w tej wielkiej historii, przez którą na pierwszym i drugim planie przewija się kilkadziesiąt postaci, jest tylko czwórka bohaterów, którym Hickman faktycznie poświęca miejsce i uwagę. Bohaterów, którzy faktycznie grają role w fabule, a nie tylko spełniają funkcje, żeby wydarzenie a prowadziło do wydarzenia b. Do tego szczęśliwego grona należą Doom, Valeria, szeryf Strange i Reed Richards – ale choć Strange pod pewnym względem wypada najciekawiej, jako postać, która dokonała największych moralnych kompromisów, jego historii brakuje jakiejś mocnej puenty czy chociażby epilogu. 

Zostaje Doom, Richards i Valeria – i w tym momencie zastanawiam się, na ile „Tajne wojny” sprawdzają się jako finał historii z „Avengers”/”New Avengers”. Doom, owszem, był istotny w tym drugim tytule, ale długo był postacią poboczną, na pierwszy plan wysunął się dopiero w ostatnim akcie. Valeria była praktycznie nieobecna. 

I tak wracamy do kwestii, którą poruszyłem na początku – Hickman zatacza w „Tajnych wojnach” koło, wracając do Reeda i Dooma. To jest dobra historia - zarówno jako w miarę zamknięta całość sama w sobie, jak i epilog dla wątków Hickmana z „Fantastic Four”. 

Ale w momencie, gdy mam za sobą 14 tomów „Avengers”/”New Avengers”/”Avengers: Czas się kończy” i odkrywam, że wielki finał tej historii zasadniczo nie ma z tą historią wiele wspólnego i praktycznie ignoruje wszystkich bohaterów poza Reedem – nie ukrywam, że odczuwam pewne rozczarowanie. 

Run Hickmana – nieważne, czy rozumiemy przez to wszystko od „Fantastic Four”, czy „tylko” historię o Avengers i Iluminatach – jest czymś co mi bardziej imponuje niż się podoba. Doceniam go absolutnie – ale lubię tylko pojedyncze momenty, zeszyty, niektóre albumy. Co powiedziawszy - „Tajne wojny” są jednym z najlepszych albumów z tego runu. Ale sama skala i rozmach tej historii nie powinny przesłaniać tego, że nie jest to komiks bezbłędny. 

Ocena 4/5 

Krzysiek „Krzycer” Ceran

Tajne wojny 
scenariusz: Jonathan Hickman 
rysunki: Esad Ribic 
kolory: Ive Svorcina 
zawiera: Secret Wars #1-9 i Free Comic Book Day 2015 (Secret Wars) #0 
cena: 79,99 zł 

Dziękujemy wydawnictwu Egmont za egzemplarz do recenzji.
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2020 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.