Avalon » Publicystyka » Artykuł

Rafał z piwnicy #2 Fantastyczne wesele bez alkoholu

Hiszpański filozof, Miquel de Unamuno, napisał kiedyś: "Ożenić się jest bardzo łatwo, tylko niełatwo być żonatym". Trudno nie znaleźć lepszego (tj.leniwego) wytłumaczenia przemawiającego za wiecznym stanem superbohaterskiego kawalerstwa. Ech, poniekąd.


Śluby i wesela! Cudowne ceremonie pełne łez wzruszenia, zdjęć robionych z flashem, ryżu sypanego przy schodach kościoła i tego jednego, jedynego wujka, który walczy z tańcem, i tańczy z walką. Uroczystość zawiązania jarzma małżeństwa swoją społeczną naturą wymaga powagi, emocjonalności pędzącej na piątym biegu, ale przede wszystkim żywego, autentycznego zaangażowania. Nic więc dziwnego, że w świecie komiksu tak trudno o porządne małżeństwo, które utrzymałoby się dłużej niż kilka runów.

Wspaniałych mariaży doczekali się m.in. Green Arrow i Black Canary, Superman i Lois Lane, Luke Cage i Jessica Jones, Gambit i Rogue świetnie skądinąd wykellythompsowani w ramach solowej (duetowej?) serii Mr. & Mrs. X. Z drugiej strony, Deadpoolowski ożenek nie trwał długo, Ciocia May prawie związała się z Doktorem Octopusem łasym na jej uran (długa historia), by później podpisać cyrograf z J.J.J. - co kto woli. Jednak, nie zapomnijmy, że w tematyce piekielnych umów i post-twardowskich zabaw, to właśnie One More Day zasiada na tronie porażki, a jego namiestnikiem pozostaje jeszcze nieodżałowany ślub Kitty Pride z Colossusem. 

Żartuję. Batman zasługuje na bycie szczęśliwym! Nawet popieprzony Moon Knight dostał od życia wyrozumiałą żonkę, z córką w gratisie.


Pozostaje więc zadać ważne pytanie: czemu w ogóle miałby mnie obchodzić ślub Bena Grimma (The Thing) z jakąś sobie znaną Alicią Masters? Nie uważam się bowiem za fana składu Fantastycznej Czwórki: ich supergeneza pachnie tanizną, delikatniej mówiąc - specyficznym urokiem srebrnego wieku; umiejętności i moce nie robią wrażenia w porównaniu z resztą palety różnobarwnych postaci Marvela - Thingowi w przeciągu minionych 57 lat zdążył naklepać chyba każdy, Alicię natomiast na kartach komiksów traktowano względnie tokenowo. Ot, wypisz-wymaluj związek między bohaterem drugoplanowym a tłem.

Odpowiedź jest prosta: bo minęło ponad 50 lat i nowi twórcy przychodzą z świeżymi pomysłami. Medium komiksu nieustannie transformuje, przeobraża sposób opowiadania historii, poprzez retcony i restarty nagina świat przedstawiony, błyskotliwymi pomysłami i kreatywnością autorów "z zewnątrz" odświeża wytartą tyłkiem tapicerkę wysłużonego passata.
 Natomiast moim ulubionym gatunkiem komiksu jest ten bezpruderyjny, samoświadomy ton, wiedzący czym jest, niewstydzący się rozrywkowej roli do spełnienia. Tym bardziej zdziwiłem się, odkrywając, że Fantastic Four #5, poświęcony wspomnianemu ślubowi, rezygnuje z powtarzalnej papki patosu na rzecz bezgranicznej zabawy konwencją. 

Dialogi urozmaica dwuznacznymi żartami, dowcipami dla starszego czytelnika, sprytnie z resztą napisanymi, wszak nie rażą inteligencji czytelnika, brzmią oraz wyglądają naturalnie. Autorzy komiksu - podzielonego na cztery pomniejsze opowiadania - wracają chętnie do postaci tak N-rzędnych, że aż zapomnianych. Wśród nich znalazł się wcale-nie-Superman Wundarr wierzący w Pana i Zbawiciela Galactusa, wraca wątek Alicii Skrull, pojawia się również Thundra - jej udział w WIECZORZE KAWALERSKIM jest prawdopodobnie najlepszym gagiem w całym zeszycie. Serio, osoba odpowiedzialna za angaż FEMIZONKI powinna dostać podwyżkę.


Sam rdzeń historii, uczucie bijące między Benem a Alicią zostało potraktowane poważnie, opisane w odpowiednio dojrzałym tonie. Dzięki temu zabiegowi historia świetnie zachowuje balans, istnieje równowaga między elementami wznoszącymi podest wyidealizowanej miłości, a na przykład Johnnym próbującym zaliczyć. Scena ukazująca perypetie garncarstwa? Cudo! Jednym prostym trikiem sprawiono, że zaczęło mi zależeć, naprawdę. Zasada "show, don't tell" działa w ramach komiksu naprawdę dobrze! 

Odcinek specjalny posiada kilka wybornych scen akcji. Figury, padające ciosy, wszędobylskie onomatopeje - nie mam do czego się przyczepić. Segment, w którym Society of Serpent z zaskoczenia atakuje bohaterów, zasługuje na oprawienie w ramkę i wystawienie w galerii obrazu ironicznego. Nie spodziewałem się ich nagłego przybycia, zaś tempo postępującej fabuły pozwala na złapanie chwili oddechu, pomiędzy warstwami solidnej bitki.

Wady "piątki"? Zdecydowanie Reed Richards. Mam wrażenie, że bliżej mu do wersji ze świata Ultimate niż do lidera F4 z 616. Zachowuje się jak dupek, nie szanuje innych, ma gdzieś obowiązki drużby, łamie ogólnie przyjęte postanowienia, ale... no, właśnie. Ale...

Ale pod koniec zwraca wszystko z nawiązką. Pay-off trwający kilka komiksowych minut jest jedną z najpiękniejszych scen oddania serduszka na kartach nowożytnego komiksu superbohaterskiego. Nawet odbendisowany Doctor Doom nie boli aż tak mocno, i nie przeszkadza rozgrywającym się czułościom.

Największa zaleta zeszytu? Tworzy jednolitą, spójną, bo niezależną całość. Nie wymaga znajomości poprzednich czterech numerów ani wiedzy z zakresu obowiązujących aktualności Marvela. Sprawdza się rewelacyjnie jako one-shot, historia z obu stron zamknięta spójnymi klamrami. To fantastyczna przygoda, po którą należy sięgnąć.

Rafał "Erwin" S



Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.