Avalon » Publicystyka » Artykuł

Rafał z piwnicy #1 Przyszła na Marvel zagłada, czyli dlaczego warto bać się Hulka

Trudno jest być wielkim przerośniętym monstrum pośród bohaterów o smukłych, pociągłych twarzach, noszących błyszczące zbroje, z gotowymi nawijkami o wielkiej odpowiedzialności i mocy, którą należy zwalczać zło.

Jeszcze gorzej być jednowymiarowym mechanizmem w rękach scenarzystów. Hulk istnieje w medium komiksowym od ponad 50 lat i przez ten czas jego rola pozostawała względnie nienaruszona - bo ile można pisać (i co) o zielonym bipolarnym mięśniaku, który rzuca czołgami w helikoptery, miażdży ciężarówki, przy okazji tłucząc bardzo złe tyłki i siejąc totalne zniszczenie? No ileż można? Nic więc dziwnego, że postanowiono pozbywać się Hulka z powierzchni Ziemi 616, oczywiście dla dobra ludzkości [oraz poniekąd w ramach "odświeżania" wizerunku postaci].

Przymusowe wakacje na Sakaarze dały początek serowo-kiczowatej rozwałce w "World War Hulk", co nauczyło "najinteligentniejszych superbohaterów na świecie"(!), że w sumie głupio tak prewencyjnie wyrzucać kogoś w kosmos - zwłaszcza, gdy tego kogoś może pokonać tylko wytrych fabularny o sile tysiąca słońc. Natomiast zielony kurwik w oku Bannera do tej pory utożsamiany jest z klęską "Civil War II" i godności Marvela w ogóle, bo jak doszło do opublikowania ów eventu, kto dał zielone (heh) światło potworkowi nonsensu - nadal nie wyjaśniono.


W obliczu ryzyka wypalenia treści, podjęto się eksperymentalnego eksploatowania Hulka jako realnego zagrożenia na skalę światową, marionetki w rękach potężnych pradawnych istot, które w przeciwieństwie do wspomnianych Illuminati, widzą wiele niehumanitarnych korzyści w wybiciu wszystkich członków Avengers, przy okazji rujnując doszczętnie Ziemię. 

Na przykładzie mini-eventu "No Surrender" wyraźnie widać, że Hulk przestał być głupkowatym koksem w nierozrywalnych spodniach, lubującym się w aktach hiperprzemocy. To przede wszystkim mroczny żywioł brutalnej siły i gniewu, niepowstrzymany taran idący wyłącznie przed siebie, zdolny złamać każdego. Jednak, co ważniejsze, "No Surrender" daje przedsmak geniuszu i wizjonerstwa, z jakim Al Ewing potraktuje Hulka w solowej serii. 

"Immortal Hulk" posiada jedną niepowtarzalną cechę przeważającą nad pozostałymi historiami - kompletnie zapomina, że Hulk należał kiedyś do grona superbohaterów, co daje twórcom ogromne pole do działania. Tam, gdzie inni napisaliby grzeczne sprawozdania z niedzielnego obiadku u babuni, Ewing wciska nam zakrwawiony topór w rękę i każe zapolować na niedźwiedzia. "Immortal Hulk" jest serią przeznaczoną zdecydowanie dla starszego czytelnika.


Zawiązanie akcji jest proste i nie wymaga znajomości poprzednich przygód Zielonego - oto bowiem Bruce Banner [wskrzeszony po raz enty] błąka się za dnia po zakurzonych, zapomnianych przedmieściach USA, próbując choć raz ujrzeć w lustrze odbicie własnej twarzy, nie zaś obrzydliwego monstrum, które budzi się nocą. Dwoista natura służy komiksowi - Hulk prędzej czy później wychodzi na wolność, to proces nieodwracalny. W tym runie bliżej mu do Franka Castle niż do jakiegokolwiek innego bohatera Marvela. Podobnie jak Punisher, dokonuje zemst i samosądów w oparciu o powykręcany system moralny oraz zbrukaną szaleństwem definicję sprawiedliwości.

Tutaj należy wspomnieć o bezbłędnej pracy Joe Bennetta, ilustratora serii. Pod względem graficznym, w wielu sekwencjach stron komiks przypomina prawdziwy makabryczny horror: pociski pistoletów przebijają kruche tkanki, rozlewając ścieki krwi; gra światłocieniem ubiera rysunki w stopklatki filmów grozy; tytułowy bohater przypomina prędzej dopakowany koszmar z ulicy Wiązów niż rzeczywistego herosa, zaś wszystko, co wymieniłem i tak blednieje, gdy w scenariuszu budzi się dawno uśpiony mokry sen Cronenberga... po całonocnym LAN-party w Mortal Kombat. Na terenie łódzkiego akademika. Znajdzie się bowiem miejsce i na marynowane głowy w słoikach, i miotanie czyimś kręgosłupem lekko jak skakanką.

Każdy kolejno wydawany zeszyt dobitnie udowadnia swe wyjątkowe znaczenie, jest ważny z perspektywy opowiadanej historii. Bruce Banner i Hulk przechodzą razem długą drogę w dół, ku dolinie cieni, utorowaną ofiarami z przyjaciół, niewinnych cywili, dawnych współpracowników, niejednokrotnie wrogów. Al Ewing po mistrzowsku żongluje między dekonstrukcją, budowaniem uniwersum a czystą jazdą bez trzymanki, jakiej spodziewamy się, bądź co bądź, po radioaktywnej kupie mięcha. Wraz z Bennettem krok po kroku wprowadza czytelnika w świat pełen obłędu, brudu, upadku i patologii. Mroczna strona Hulka sięga aż do Piekła i niżej, tam, gdzie nawet sam Mephisto odwraca się na pięcie i odchodzi widocznie przestraszony.


"Immortal Hulk" jest pozycja obowiązkową dla każdego fana 'ciężkiego' komiksu superbohaterskiego. Historia dostarcza dreszczy, wybitnej mordobitki i głębokich przemyśleń o człowieczeństwie osaczonym przez demony przeszłości. Również, ucieka od powielanych schematów gatunku i tworzy własne, niespodziewane - wytycza nową ścieżkę jakości.

Życzę, by komiks znalazł się na półkach polskich księgarń!

Rafał "Erwin" S
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.