Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Iron Man" - Volf


RECENZJA FILMU IRON MAN

Od jakiegoś czasu, podczas wizyt w kinie prześladuje mnie coś, co zwykłem określać "klątwą zwiastuna filmowego". Objawia się ona tym, że na jaki film bym się nie wybrał, zawsze z całego seansu najciekawszym, najbardziej pamiętliwym i ogólnie naj-kick-ass elementem okazuje się być... któryś ze zwiastunów puszczanych przed filmem właściwym. Jakoś tak wychodzi, że filmy, które akurat mam okazję obejrzeć na wielkim ekranie, rozczarowują, podczas gdy te naprawdę świetne perełki widzę dopiero po kilku miesiącach na DVD, plując sobie, że jednak nie dałem rady obaczyć tegoż w kinie. Mając to na uwadze, gdy już się na seans Iron Mana wybrałem, profilaktycznie postarałem się nie przepuścić żadnej z reklam, wiedząc, że może to być punkt kulminacyjny całego przedstawienia. Epicki zwiastun nowej Narnii, nie pokazujący prawie żadnej akcji trailer Hulka i podstarzały Harrison Ford próbujący przekonać widzów, że Indiana Jones never dies – czy udało im się pokonać Żelaznego Człeka? Czy też może "klątwa zwiastuna filmowego" ponownie zebrała swoje żniwa? Mogę z ulgą stwierdzić, że Iron Man pojedynek z klątwą oraz jej trzema jeźdźcami wygrał.

Że najnowsza ekranizacja komiksu Marvela ma szansę stać się czymś więcej, niż kolejnym Daredevilem, czy inną Elektrą, widać było już dawno. Zaangażowanie całkiem niezłej obsady, z Robertem Downey Juniorem na czele, trailery przesycone humorem i nawiązaniami do komiksu – to się naprawdę miało szansę udać. Ale że wyjdzie z tego najlepsza adaptacja ze stajni Marvela – tego się zdecydowanie nie spodziewałem. A Iron Man, pierwsza samodzielna produkcja kinowa Marvela, moim zdaniem zdecydowanie najlepszy jest.

Tony Stark to znany na całym świecie biznesmen, geniusz, playboy i właściciel międzynarodowej korporacji produkującej broń, znanej jako Stark Enterprises. Właśnie wraca z prezentacji swojej najnowszej broni gdzieś na Bliskim Wschodzie, gdy eskortujący go konwój zostaje zaatakowany przez nieokreślonych napastników. Terroryści porywają Tony'ego i zmuszają go do stworzenia im broni takiej, jaką dopiero co prezentował. Tony jednak robi ich w bambuko, dzięki pomocy również więzionego Yinsena zamiast broni buduje sobie zbroję, robi kuku swoim niecodziennym zleceniodawcom i zwiewa w siną dal. Gdy już zdoła wrócić do domku i zjeść utęsknionego cheeseburgera, postanawia zmienić swoje życie, chronić bezbronnych, karać przestępców (ze szczególnym naciskiem na terrorystów, mściwy chłoptaś z tego Tony’ego) i ogólnie sprawiać, że zło i występek będą musiały ustąpić przed atomową siłą Atom... znaczy, przed siłą Iron Mana. Tak mniej więcej, w skrócie, prezentuje się początek filmu. Brzmi banalnie? Na szczęście, aż takie banalne nie jest.

A zasługa tego w Robercie Downey’u Juniorze, którego Tony Stark jest najlepiej zagranym superbohaterem od... bo ja wiem, kiedykolwiek? Downey wielokrotnie podkreślał, że jest fanem komiksowego pierwowzoru i to czuć. Jego Tony Stark jest rozpieszczonym geniuszem, który stopniowo zaczyna rozumieć, że powinien pozostawić po sobie coś więcej, niż tylko broń masowego zniszczenia. Ma on słabość do pięknych kobiet i procentowych trunków, świetne poczucie humoru, przy tym wygląda jak duże dziecko lubiące duże zabawki. Czyli wypisz, wymaluj, Tony Stark ze świata Ultimate. Naprawdę, Downey zasługuje na szczere wyrazy uznania za tę kreację, tak ujmującego superbohatera dotąd w kinach nie było. Nawet kreacja Christiana Bale’a nie robi takiego wrażenia, a w ustach tak wielkiego fana Bale’a jak ja, to olbrzymi komplement.

Co się tyczy pozostałych aktorów, to również jest nieźle. Terrence Howard, grający najlepszego przyjaciela Tony’ego, przez większość filmu jest jedynie poprawny, ale jego „Next time, baby” dające przedsmak tego, w jakiej roli spotkamy go w sequelu, wynagradza jego wcześniejsze snucie się po planie. Jeff Bridges grający Obadiaha Stane’a radzi sobie świetnie, ale w jego wypadku nikogo nie powinno to dziwić. Lekkie zastrzeżenia mam jednak do Gwyneth Paltrow, jej kreacja „Pepper” Pops zupełnie mnie nie porwała, już ciekawiej od niej poradziła sobie Leslie Bibb, której rola ograniczona została przecież jedynie do bycia kolejną dziewczyną na jedną noc dla Tony’ego.

Mocnym punktem Iron Mana są dialogi. Widać, że ktoś się dobrze bawił pisząc je, bo aż kipi w nich od humoru. Tony wyżywający się na robocie-pomocniku, rozmowa w Jeepie na początku filmu, scena w prywatnym samolocie Tony’ego, pierwsze testy drugiej zbroi – zabawnych scen i związanych z nimi tekstów jest w bród. Świetnie potraktowano też wątek miłosny między Tonym, a jego asystentką Pepper. Widać, że jest między nimi chemia i że coś z tego zapewne będzie, ale o typowym love story nie ma mowy. Nawet, gdy Stark, niczym rycerz w lśniącej zbroi (dosłownie, nie tylko w przenośni) rusza na ratunek, całość choć raz nie kończy się romantycznym pocałunkiem. Bardzo miła odmiana. Oczywiście, czasami pojawiają się gorsze teksty, które mogłyby zostać odczute jako kiczowate – standardowa przemowa geniusza zbrodni czy gadka o tym, jak to człowiek chce się zmienić i naprawiać świat. Mogłyby, ale nie są, bo na szczęście wysoki poziom gry aktorskiej sprawia, że przełykamy je bez mrugnięcia okiem.

Efekty specjalne stoją na naprawdę wysokim poziomie, ale akurat to w hollywoodzkim blockbusterze dziwić nikogo nie ma prawa. Dziwić natomiast może niewielka liczba scen akcji. Nie licząc licznych testów kolejnych modeli zbroi, w całym filmie znajdują się zaledwie cztery sekwencje sensacyjne – porwanie Starka przez terrorystów, jego ucieczka z użyciem pierwszej, prowizorycznie stworzonej zbroi, pierwszy test bojowy finalnego modelu oraz finałowe starcie z... no, tutaj nie będę zdradzał niespodzianki tym, którzy tego nie wiedzą. O dziwo, największego wrażenia nie zrobił na mnie finał, ale pierwszy test zbroi. Manifestacja mocy zbroi robi naprawdę duże wrażenie, a późniejsza ucieczka przed odrzutowcami to jedna z lepiej zrealizowanych scen tego typu od lat. Dużą zaletą efektów jest tutaj dla mnie to, że w przeciwieństwie do chociażby zeszłorocznych Transformerów, są one czytelne. Nie ma tutaj chaotycznego skakania między kadrami, przez które nawet do końca nie wiemy, kto komu przyłożył i jak. Wszystko widzimy dokładnie, może nie tak efektownie, ale za to na pewno bardziej zrozumiale. Ścieżka dźwiękowa również trzyma wysoki poziom, kawałki dobrane zostały doskonale i świetnie komponują się z akcją.

Autorzy niejednokrotnie puszczają oko do fanów komiksowego pierwowzoru. Nazwa organizacji terrorystycznej, która porwała Starka, podpowiada nam, kim w przyszłości zapewne stanie się jej przywódca. Występ Stana Lee wcielającego się w Hugha Hefnera wywoła szczery śmiech wśród osób, które zrozumieją dowcip. A wspomniane już „Next time, baby” wywoła banana na twarzy każdego, kto zna komiksowe alter ego Jamesa Rhodesa.

Iron Man dobrym filmem jest. Genialna kreacja Roberta Downey’a Juniora sprawiła, że jest to chyba pierwszy film o superbohaterze, w którym wolę, gdy zajmuje się on zwyczajnymi sprawami, niż ratowaniem świata. Można się przyczepić do nieco banalnej fabuły, ale że jest to przecież ekranizacja komiksu, ja tego robić nie zamierzam. Otrzymaliśmy dobry film akcji, z wiarygodnie przedstawionymi postaciami, całkiem logicznie poprowadzoną historią, sporą dawką humoru i zapadającymi w pamięć scenami. I właśnie o to w tego typu produkcjach chodzi. W moim prywatnym rankingu najlepszych ekranizacji komiksów Iron Man może dumnie stać w czołówce obok Batman Begins i Transformerów, przed sobą mając jedynie 300 Spartan (Nie, nie oglądałem Sin City :P).

Autor: Volf
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.