Avalon » Publicystyka » Artykuł

"Venom" - omówienie filmu


Przed obejrzeniem filmu pokusiłem się na to, aby posłuchać, co mają do powiedzenia na temat tego filmu niektórzy komiksowi youtuberzy - w większości zmieszali oni ten film z błotem i ciągle narzekali. Ja nie będę… no może nie tak bardzo jak oni. I proszę, drogi Czytelniku, weź uwagę, że jestem trudnym odbiorcą – nie wiem jak Ty – bo swego czasu na przykład podobał mi się Daredevil w wydaniu Afflecka i z szeroko otwartymi patrzałkami oglądałem Cage’a jako Ghost Ridera. Czy mam spaczony gust? Może. Dlatego chciałbym się podzielić swoimi spostrzeżeniami i przemyśleniami na temat filmowego Venoma. 

Ostrzegam, ten tekst zawiera minimalne spoilery dotyczące fabuły. Jeśli jeszcze nie byliście w kinie, nie czytajcie! Albo czytajcie, Wasz wybór.

Jestem świeżo po obejrzeniu kinowego Venoma i powiem, że jak na film, o którym nie było wiadomo zbyt wiele, jestem pozytywnie zaskoczony. Miałem świadomość tego, że film o postaci tak bardzo związanej ze Spider-Manem bez udziału właśnie jego może wypaść kiepsko, ale jednak byłem bardzo ciekaw, jak Sony z tego wybranie. Bo w końcu trzeba zmieniać genezę postaci, kombinować jak koń czy też słoń pod górę. Ale jak ktoś czasami utrudnia sobie życie, tak jak niekiedy ja, to w pewien sposób mi imponuje. Więc szacunek dla Sony za to, co zrobili. A czy zrobili coś dobrego? To już zupełnie inna bajka.

Zacznijmy od tego, co pojawiało się w sieci, gdy jeszcze film był w fazie produkcji. Reżyser Ruben Fleischer opowiadał o tym, że film będzie oparty o dwie historie, w których główną rolę (lub jedną z głównych ról) odgrywał Venom. Mowa tu o Lethar Protector i Planet of the symbiotes. Pierwsza z nich opowiada o życiu Brocka w San Francisco, gdzie wpadł w łapy Fundacji Życia, która postanowiła wykorzystać jego potomstwo do swoich celów. Właśnie na łamach tej miniserii pojawiły się kolejne symbioty, czyli Scream, Riot, Lasher, Agony i Phage. Opublikowana dwa lata później, bo w 1995 roku, Planeta Symbiontów opowiadała o ich inwazji na Ziemię i walce, jaką Venom, Spider-Man oraz Scarlet Spider musieli stoczyć, aby uratować Ziemię. Co z tych wątków zobaczymy w najnowszej produkcji Sony? Otóż niewiele, bardzo niewiele. Z pierwszego tytułu mamy raptem dwa nienazwane symbionty i jednego mającego swoje imię (nie zdradzę, który to gagatek), z drugiego tytułu natomiast pojawia się zagrożenie inwazji.

Na początku widzimy sposób, w jaki symbionty dostały się na Ziemię i jest to trochę utrzymane w klimacie jakiegoś horroru. Oczywiście wszystko nie może być ładnie i kolorowo jak to sobie zaplanował Carlton Drake, założyciel Fundacji Życia. Jego wizją jest zdobywanie kosmosu, umożliwienie rasie ludzkiej mieszkanie na innych planetach, gdy Ci powoli niszczą tą swoją. W komiksie natomiast był to człowiek chorujący na raka, liczący na to, że znajdzie na niego lekarstwo. Chciał wykorzystać symbioty, aby stworzyć z nich idealnych policjantów. Generalnie jest to człowiek, który chce dobrze. W filmie też jego intencje są dobre, ale jest to człowiek o zapędach godnych szalonego naukowca, który brnie do celu po trupach. I to dosłownie. Wszystko idzie mniej więcej zgodnie z planem Fundacji Życia, katastrofy teoretycznie nikt nie przeżył, ale trzy okazy znalazły się w zamknięciu. Czwarty uciekł. Mieć trzy gluty a nie mieć trzech glutów, to dość duża różnica. Więc Drake zaciska zęby i postanawia cieszyć się z tego, co ma. I tu trzeba zwrócić uwagę, że Riz Ahmed zdecydowanie nadaje się do roli filantropa z manią Boga. Na pierwszy rzut oka wygląda na dobrego, uczynnego człowieka, który bierze pod uwagę dobro ogółu. Jednak potrafi pokazać, że w odpowiednich sytuacjach trzeba na niego uważać. Oczywiście tej postaci – jak i kreacji aktorskiej – brakuje do chociażby Willema Dafoe i jego Normana Osborna/Green Goblina. Twórcy filmu starali się zbudować jakoś Drake’a, stąd troska o Ziemię i nawiązanie do historii o Abrahamie i Izaaku. Jednak summa summarum i tak widzimy tu tylko geniusza z kompleksem Boga. Gdzieś spotkałem się z opinią, że Riz Ahmed gra element scenografii w – było nie było – blockbusterze. Myślę, że to nie tak, chyba lepiej powiedzieć, że jego postać nie została dopracowana. Sam aktor robi co może, żeby – trzymając się wyżej wspomnianej terminologii – ożywić ten element scenografii. Kiedy trzeba zagrać spokój, to go gra, kiedy trzeba się wkurzyć i dać komuś popalić, to oczywiście to robi. 

Chwilę później poznajemy kolejnych bohaterów filmu - Eddiego Brocka i Annę Weying. Są szczęśliwą parą, on ma cieszący się popularnością program w telewizji a ona jest prawniczką. Jednak wszystko się psuje, gdy Brock dostaje za zadanie przeprowadzić wywiad z Carltonem Drake’m i przypadkiem trafia na akta sprawy Fundacji Życia, które otrzymała jego narzeczona. Eddie chce postąpić słusznie wobec wieści o tym, że korporacja przeprowadza eksperymenty na ludziach, które kończą się śmiercią ochotników. Jak się każdy z nas domyśla, narażenie się Drake’owi będzie początkiem końca zarówno Brocka jak i jego związku. Michelle Williams jako Anna Weying radzi sobie dość dobrze, w sumie na łamach komiksów nie pojawiała się zbyt często i nawet jakby aktorka chciała, nie miała za bardzo na czym budować swojej postaci. Dlatego pewnie grała tak, jak sama by się zachowywała na miejscu swojej bohaterki. Ekspertem od gry aktorskiej nie jestem i w sumie ciężko mi się wypowiadać na ten temat, czy ktoś grał dobrze czy źle, ale Michelle Williams jak dla mnie grała wiarygodnie. Co prawda, nie była to kreacja wybitna ani charakterystyczna. Za to Tom Hardy dawał z siebie wszystko. Ba, nawet bym powiedział, że nie tyle grał Brocka tylko próbował nim być. Dlaczego próbował? Bo moim zdaniem jeszcze czegoś brakowało. Niewiele, ale brakowało. Sytuacja się zmienia, gdy Brock trafia na symbionta… lub może bardziej, kiedy to symbiont trafia na Brocka.


No i tutaj trzeba powiedzieć słów kilka o wizji reżysera/scenarzystów do samych symbiontów. Jak to z nimi jest w komiksach dobrze wiemy, mogą połączyć się dosłownie z każdym: z człowiekiem, kosmitą lub nawet dinozaurem. Nie ma tu żadnych przeciwwskazań. Z kolei twórcy filmów nieco poszaleli, bo wymyślili koncepcję, że symbiont musi trafić na swojego nosiciela. Coś jak dwie połówki jabłka czy tym podobne? Że akurat w całym wszechświecie jest istota ludzka, z którą symbiont może się połączyć? Domyślam się, że w ten sposób chciano wyjaśnić, dlaczego ochotnicy umierają podczas eksperymentu, ale takie rozwiązanie do mnie niezbyt przemawia. Bo sami przyznacie, że fakt, iż symbiont przypadkiem trafił na Brocka (i to przypadkiem) jest mniej prawdopodobny niż szóstka w Lotto. Warto podkreślić, że w filmie widzimy cztery kosmiczne gluty. W komiksie, jak już było powiedziane, było ich pięć plus oczywiście Venom. Jednak w akcji zobaczymy tylko dwa. No ciekawe zagranie, ciekawe. W jednej z recenzji przeczytałem, jak autor psioczył na twórców filmu, że zrobili z symbionta istotę myślącą, mówiącą, że w komiksach było inaczej. Owszem, jakiś czas temu symbiont był zaledwie glutem, teraz z kolei ma swoją rasę, ma rozum i uczucia. A skoro o tym mowa, moim zdaniem humor w tym filmie nieco psuł klimat. Owszem, dialogi Eddiego z Venomem (tak, tak, bo symbiont ma swoje imię: w filmie to glut jest Venomem) są zabawne, ale jak dla mnie, humor tu nie pasuje. 

Z dalszych absurdów to zbyt długi pościg samochodowo-motocyklowy. Po co główny bohater śmiga na motorze po ulicach miasta, skoro może biegać po ścianach? Kule nie robią na nim wrażenia, więc na upartego mógł stanąć na środku ulicy i poprzewracać auta wrogów, zmiażdżyć je czy zrobić z nimi cokolwiek innego. Mam mieszane uczucia, co do kreacji Toma Hardy’ego, który przechodził jakieś załamanie, gdy symbiont w niego „wszedł”. Sam nie wiem czy robienie z niego wariata, który wyjada ze śmietnika lub włazi do akwarium pełnego homarów, na które zaczyna polować i zjadać je żywcem było dobrym posunięciem. Oczywiście ma to uzasadnienie, bo inaczej nie byłoby powodu, aby zapakować Brocka do samochodu i zawieźć do szpitala. Być może twórcy chcieli zrobić coś na kształt filmów z MCU, gdzie jakby nie patrzeć, humor jest nieodłącznym elementem chyba każdego filmu. Czy to było dobre posunięcie? 

Skoro już o narzekaniu mowa, zupełnie nie kupuję motywacji symbionta względem nie tylko pozostania na planecie, ale jeszcze ratowania jej. To, co nam zaserwowali scenarzyści i reżyser, jest tak słabe, że... szkoda gadać. Końcowa walka… no cóż, była bardzo chaotyczna. Raz, że toczyła się bardzo szybko; dwa, akcja działa się w nocy; trzy, walczący mają ciemne kolory i momentami niemal zlewali się z tłem. Było trochę okładania się po mordach, ale niestety, jak na finał, rewelacji nie było. Odniosłem wrażenie, że końcowe rozwiązanie było żywcem ściągnięte z kreskówki Spider-Man The Animated Series, kiedy to Spider-Man postanowił wykorzystać start statku kosmicznego do oddzielenia symbionta od Brocka. Tu jest dość podobny motyw. A skoro o statku kosmicznym mowa… poważnie? Drake był w stanie zorganizować ot tak, w ciągu kilku chwil i przygotować wszystko do startu? Myślę, że nawet NASA nie jest w stanie zrobić czegoś takiego. 

Pod względem wizualnym film wygląda bardzo ładnie, sam desing Venoma bardzo mi się podobał. Już nawet pomimo faktu, że na jego torsie nie widzimy charakterystycznego, białego pająka. No, może troszkę oczy mogłyby wyglądać inaczej i by wyglądał bardziej jak Venom rysowany przez Todda McFarlane’a. Na pewno bardzo, bardzo mi się podobała scena walki naszego głównego bohatera ze SWAT, czego urywki widzieliśmy w trailerze. Przez chwilę widzieliśmy na ekranie She-Venom, to było miłe puszczenie oczka do czytelników. Ale takiego rozwiązania mogliśmy się spodziewać, bo mówiła nam o tym jedna z poprzednich scen, a poza tym, w jakiś sposób Brock i Venom musieli się znowu połączyć. Momentami film był przewidywalny, mieszanie atmosfery rodem z horroru z wciśniętym chyba na siłę humorem było kiepskim pomysłem. Szkoda, że to tak wyszło. Film miał potencjał, aktorzy też go mieli, efekty specjalne również były ok. Jednak uważam, że można było dopracować scenariusz tak, aby było coś ciekawszego. Nie mówię, że film był kiepski. Miał swoje momenty, miał potencjał, ale wyszło jak wyszło. Nie mniej jednak uważam, że Sony – wbrew pozorom – poradziło sobie dość dobrze. Bo nie ukrywam, ogarnięcie wroga Spider-Mana, który przez niego powstał, bez obecności Spider-Mana to trudne zadanie. Niekiedy trzeba dostać po dupie żeby móc wyciągnąć wnioski i następnym razem zrobić coś lepszego.

Na koniec powiem tyle: scena po napisach zapowiada coś zarąbistego. Ma to potencjał, oj ma i to wielki. Obawiam się tylko, że Sony może wszystko zrypać… wrzucając tam jednego z symbiontów, którego widzieliśmy w tym filmie, a podkreślę, nie widzieliśmy czerwonego!

Jeśli mam ocenić ten film w skali 1-6, to niestety, ale bardzo naciągane 3. Nie zmienia to jednak faktu, że mimo niedociągnięć czy rzeczy, które niezbyt przypadły mi do gustu, bawiłem się dość dobrze. Jako stary fan, oczekiwałem po filmowym Venomie czegoś więcej i czegoś lepszego. Mam nadzieję, że kolejny film będzie o wiele, wiele lepszy!

Dengar

Venom
reżyseria: Ruben Fleisher
scenariusz: Jeff Pinkner, Scott Rosenberg, Kelly Marcel
obsada: Tom Hardy, Riz Ahmed, Michelle Williams, Scott Haze, Reid Scott i inni


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.