Avalon » Publicystyka » Artykuł

It's Morphin Time! #1 Mighty Morphin Power Rangers


Sięgając po komiksowe przygody Mighty Morphin Power Rangers w pierwszej chwili można odnieść wrażenie, że będą one kierowane przede wszystkim do dzieciaków z lat dziewięćdziesiątych i swoją popularność oprą na sentymencie do serialowej produkcji z tamtego okresu. Wszak odnoszą się do zamkniętej całości, a przygody upychane w między czasie, rzadko wychodzą całości na dobre, bądź też odciskają znaczące piętno na głównej serii. Zdarza się też, że status quo zostaje wywrócony do góry nogami, co ludziom sięgającym po jakikolwiek tego typu tytuł może nie przypaść do gustu. Zabieg niebezpieczny, niemniej znacznie bardziej atrakcyjny dla artysty. Jak zatem wygląda to w przypadku Rangerów od BOOM! Studios?

Zanim zabierzemy się za omówienie poczynań obdarzonych super mocami nastolatków z Angel Grove warto pokrótce przypomnieć, czy wręcz poinformować młodszych czytelników, kim oni tak w zasadzie są?

Lata dziewięćdziesiąte serwowały nam tony tandetnych animacji i tanich seriali, które mimo kiczowatości i naiwnej formy przyciągały widzów w różnym wieku. Podobnie było z pierwszą serią Mighty Morphin Power Rengers, którzy pojawili się na ekranach telewizorów wychodząc po części spod skrzydła studia Haim Saban. Piszę tutaj po części, bo sam serial bazował na popularnym w Japonii Super Sentai, wykorzystując sceny walki, potwory i zordy z Kyoryu Sentai Zyuranger (jednej z kolejnych reinkarnacji popularnego w kraju kwitnącej wiśni show), amerykanie dokręcali jedynie sceny z aktorami bez lateksowych strojów, dokładali własną mitologię i niewielkim nakładem podbijali rynek. 

Przejdźmy jednak do rzeczy. Astronauci przez przypadek uwalniają na księżycu uśpione od tysięcy lat zło, które postanawia zniszczyć świat. Szczęśliwie w obronie ziemi staje Zordon (tutaj ogromna głowa w szklanej tubie) który teleportuje do swojej bazy pięciu wybitnych nastolatków i obdarowuje ich mocą Power Rangers, dzięki czemu są w stanie walczyć z najeźdźcami. Odziani we wspomniane lateksowe stroje, uzbrojeni w przeróżne gadżety na czele z potężnymi robotami, stawiają czoła kolejnym monstrom. Każdy odcinek działał według niemal identycznego schematu, mimo to bawiąc, czarując i kreując powoli swoje własne uniwersum. Nie przeszkadzała tutaj wszechobecna tandeta i kicz, połączone z licznymi wpadkami powstałymi przy wykorzystywaniu scen z Super Sentai (na czele z rażącymi różnicami w anatomii żółtej wojowniczki, która w oryginalnej serii była… facetem). Mijały lata, kolejne sezony serwowały nam nowych przeciwników i postacie, stając się swego rodzaju ikonom okresu. Samo studio po kilku seriach sprzedało prawa do Rangerów, którzy przybierali kolejne postaci wśród werbowanych co sezon nowych nastolatków. W sercach fanów na zawsze pozostali jednak właśnie pierwsi Mighty Morphin Power Rangers, którzy do dziś budzą sentyment, a u niektórych chociaż uśmiech politowania. Sięgnijmy zatem po komiks o ich przygodach.


Uśmiech rzeczywiście pojawia się na twarzy podczas lektury pierwszych stron. To faktycznie bohaterowie z dzieciństwa, co czuje się w ich relacjach, wyglądzie i sposobie prowadzenia narracji. Ginie tylko gdzieś tandeta, bo lateksowe stroje, czy zordy, znacznie łatwiej wybaczyć na stronach komiksu, gdzie wyglądają naturalnie. Za oprawę graficzną odpowiada tutaj Hendry Prasetya (znany raczej czytelnikom DC) i trzeba przyznać, że wychodzi mu to po prostu ładnie. Kolejne kadry nie wydają się może epickie, nie przystajemy na dłużej, żeby podziwiać jego dzieło, ale są one zwyczajnie miłe dla oka, oddają klimat tego co dzieje się na stronach komiksu, a bogata paleta barw, zwłaszcza w scenach z rangerami, potęguje efekt.

Akcja osadzona jest tuż po pierwszym sezonie serialu i po początkowym, powodowanym nostalgią "wow!", zaczynają rodzić się obawy co do nadchodzących wydarzeń. Wiemy przecież, że skład zespołu nie ulegnie szybko zmianie, że wielki złoczyńca pojawi się dopiero później, a samych bohaterów czekają atrakcyjne, z punktu widzenia osoby oglądające serial, zmiany. Zanim nasze wątpliwości zostaną rozwiane, bądź też obawy potwierdzone, przyjdzie się nam przebić przez, wynikające z serialu, problemy jednego z głównych bohaterów. Zielony ranger wciąż próbuje odnaleźć się w grupie bohaterów, nadal wisi nad nim wizja przejścia na złą stronę, a próby załatwienia wszystkiego na własną rękę nie przyniosą nic dobrego (hura praco zespołowa). Trzymanie czytelnika w niepewności i serwowanie mu niemal klasycznych Power Rangers w komiksie, to zabieg w moim odczuciu dobry, ale tylko na krótką metę. Na szczęście osoba znajdująca się u steru, Kyle Higgins (ponownie raczej DC) ma plan, który rozwija skrupulatnie w tle, rzucając nam w międzyczasie nowe światło na bohaterów, którzy miejscami szarzeją, nabierając bardziej ludzkich kształtów. Serwuje nam wspomnienia, które uzupełniają już znane wydarzenia, jednocześnie nanosząc nowe warstwy na opowieść. Nie ma tutaj mowy o większej głębi, ale też nie na to liczyliśmy sięgając po komiks o Power Rangers.

Nagle jednak wszystko ulega zmianie. Pojawia się nowy przeciwnik, który wprowadza plan autora w życie i kiedy akcja nabiera tempa, uświadamiamy sobie, że to dobry plan. Można tutaj przyczepić się do wtórności Rangerów, w kolejnych sezonach zwykle pojawiał się nowy, bardziej zły nikczemnik, z jeszcze większą mocą - ale tutaj jest inaczej. Bohaterowie przestają działać szablonowo, zaskakują nas, ale nie tylko to sięgające po komiks "nostalgiczne ja", ale też bardziej doświadczonego, współczesnego czytelnika. Nie ma tutaj nowych mocy, które rozwiążą problem. Zamiast tego pojawia się alternatywny świat, w którym coś poszło nie tak, w którym bohaterowie muszą obawiać się ostatecznego końca i w którym na zwycięskim tronie siedzi postać, której byśmy się tam nie spodziewali, a jej historia pochłania nas bez reszty.


Kyle Higgins wykonał kawał dobrej roboty bawiąc się elementami świata, których nie mógł obronić serial. Pokazuje nam pierwszą grupę Rangerów, jeszcze sprzed serialu, sięga po elementy uniwersum, które zagoszczą w nim później, puszczając przy tym oko do fanów serii.

Mighty Morphin Power Rangers od BOOM! Studios to komiks dobry, ale nie wybitny. Wciąż bazuje na zamkniętej całości, co rusz odnosimy wrażenie, że to po prostu dobrze się skończy, mimo próby pokazania nam, że będzie inaczej. Trwający event Shattered Grid ma w zamyśle wywrócić uniwersum do góry nogami. W jaki sposób poradzą sobie z tym autorzy? Cóż, czas pokaże, ale sama lektura pokazała również, że da się tutaj zaskoczyć i zadziwić czytelnika. Co też dobrze świadczy o tytule, szybko odrywając się od nostalgii, dzięki czemu bawić się będzie przy nim nie tylko wieloletni fan, ale i nowy czytelnik. Polecam z czystym sumieniem.

Mateusz "Hawk" Cebrat


A już za miesiąc: It's Morphin Time! #2 Droga do Shattered Grid - co dokładnie wydarzyło się przed jednym z największych eventów w historii Power Rangers?

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.