Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse - minirecenzje komiksów z maja 2018

avalonpulse0.png



2018-05-02


Astonishing X-Men #11
 
Krzycer: Praktycznie cały numer sprowadza się do ostatniej strony i... kurczę, to działa. A przecież to taki prosty zwrot akcji, który był sygnalizowany praktycznie od pierwszego pojawienia się Iksa (czarne dymki!). Poza tym było mi dziwnie żal Proteusa, bo "walka" X-Men z nim w pewnym momencie zaczęła wyglądać, jakby się znęcali. 


Captain America #701

Rodzyn: Waid w swojej ostatniej historii przenosi nas w przyszłość, gdzie śledzimy losy jednego z potomków Steve'a Rogersa, który ze swoim przodkiem nie ma szczególnie wiele wspólnego na pierwszy rzut oka. Jest historykiem, który większość swojego czasu poświęca na opiekę nad swoim chorym synem. Choć nie jest to historia, jakiej bym chciał na koniec tego runu (a przynajmniej takie wrażenie sprawia), to czyta się to całkiem dobrze. Może gdyby nie była to druga z kolei historia osadzona w przyszłości? Na szczęście Leonardo Romero jest całkiem dobrym zastępstwem dla Chrisa Samnee, który pożegnał się z Marvelem. 


Hunt For Wolverine Weapon Lost #1 

Krzycer: ...oookej, to jest dziwny pomysł na Cyphera. Ciekawe, czy coś z tego dalej będzie. Tymczasem nie jestem pewien, jaki właściwie jest pomysł na tę serię - "hej, mamy trójkę streetlevelowych detektywów, którzy będą sprawdzać każdą informację o Wolverinie na całym świecie". Ale Soule ostatnio u mnie zapunktował, także dam mu szansę. Aczkolwiek wrzucił tu dwie wyjątkowo durne kwestie odnośnie Cyphera. "Long time member of the X-Men" - nawet, jeśli policzymy New Mutants jako X-Men, Cypher był martwy przez zdecydowaną większość czasu. No i drugie - "Logan did me plenty of favors when he was alive". Poważne pytanie - czy oni kiedyś ze sobą choćby rozmawiali? 



Rogue And Gambit #5 

Krzycer: Sympatyczne do samego końca, choć ostatecznie zabrakło mi, nie wiem... bardziej konkretnego zakończenia? Tematycznie wszystko wybrzmiewa jak należy - zapominając o przeszłości powtarzamy stare błędy, Rogue i Gambit muszą zaakceptować dobre i złe wspomnienia, by mogli ruszyć dalej itepe itede etecetera. To wszystko gra. Ale ścisła historia złej Lavish, eksperymentów i całej tej wyspy jest zakończona bardzo po łebkach. Poza tym przeczytałem zbyt wiele historii o duplikatach Madroxa żeby ot tak zaakceptować rozwalanie wszystkich tych golemów jakby nie były myślącymi istotami. I jeszcze zdziwił mnie ten pocałunek na koniec - na początku serii była wyraźnie mowa o tym, że Rogue znowu nie kontroluje swojej mocy. Potem Lavish odebrała jej tyle mocy, że mogła bezpiecznie dotykać Gambita... ale przecież na koniec znowu ma swoje moce z powrotem, więc co tu się dzieje? 


Weapon X #17
 
Krzycer: ...OMLogan na pewno ma jakiś szczwany plan, prawda? Bo po poprzedniej historii robienie z Sabretootha dowódcy polowego jest najdurniejszym możliwym posunięciem, a zatem to musi być część szczwanego planu. 
Tymczasem - tekst mówi nam, że Logan musi odpocząć po wycisku z poprzedniej historii, ale artysta nadrabia tu braki w tekście i rysuje Logana z bielmem na oku, ładnie nawiązując do wycisku, jaki spuścił mu Bullseye w "Old Man Logan". Continuity. Kto by przypuszczał? Jakby tego było mało, Domino biega w swoim stroju z "Domino", więc tu też ktoś przypilnował. A na okładce następnego numeru Wolverine ma kościane pazury (a przynajmniej mi to tak wygląda). Także - niewiarygodne, continuity wyskakuje z każdego kąta. 
I tak, te drobiazgi są dla mnie głównymi zaletami tego zeszytu. Z numeru na numer utwierdzam się w przekonaniu, że Pak miał pomysł tylko na wątek z Weapon X/Hulkiem/Weapon H i teraz nie bardzo wie, co z tą serią zrobić... 


X-Men Gold #27 

Krzycer: Wątek młotka Storm pozostaje kompletnie randomowy, ale przynajmniej Guggi poświęcił scenę samej Storm, żebyśmy mogli usłyszeć, że ona też się dziwi temu randomowemu młotkowi. Hurra. 
A poza tym - Rachel dalej zachowuje się idiotycznie, Nydia Nance dalej mnie nie interesuje, a zmutowany AI nano Sentinel osiąga szczyt debilizmu, deklarując, że musi zniszczyć ewolucję. Nie "zniszczyć mutantów", zniszczyć ewolucję. ...nawet nie wiem, jak to skomentować. Więc jest głupio - a jednocześnie jest to dużo lepszy numer od poprzedniego, bo przynajmniej nie ma takich problemów konstrukcyjnych, urywającej się narracji itd. Więc... jupi, postęp, Guggi wraca na poziom zwykłej niekompetencji.


Infinity Countdown #3 

Krzycer: Przy ostatnim volume Novy pisałem, że to takie ładne postscriptum do kosmicznych historii Abnetta i Lanninga, odcinające się od tego, co Bendis nawyrabiał w międzyczasie. Natomiast Duggan poszedł inną drogą. Przejął Guardians i pisał ich jako kontynuację tego, co nawyrabiał Bendis - a nawet poszedł o krok dalej, bo jeszcze zamienił ich w złodziei. "Żeby było jeszcze bardziej jak w filmie" - pomyślałem i porzuciłem serię po pierwszym numerze. Potem wróciłem, gdy Duggan dołączył do stałej obsady serii Novę. I wtedy odkryłem, że Duggan - cały czas utrzymując neo-Guardianową, filmową nazwijmy to "estetykę", jednocześnie pisze kosmiczną historią a'la Abnett i Lanning - między innymi sięgając po ich wątki, takie jak Bractwo Raptorów czy los Roberta Ridera, który po epoce DnA pozostawał niewyjaśniony i nikt się po niego nie schylił. 
Więc tak - to nie jest kosmos DnA. Rocket, Quill i Drax wciąż nie są tymi samymi postaciami, którymi byli wtedy... a jednocześnie przypominają tamtych siebie dużo bardziej niż za Bendisa. Kosmiczna skala historii na razie oznacza tyle, że widzimy dużo planet i dużo postaci - główne starcie IC to tylko jedna bitwa, praktycznie potyczka. No i kiedy przychodzi co do czego, w finale tego zeszytu mamy zagranie, które równie dobrze mogłoby pojawić się w filmie. Co prawda nikt nikogo nie wyzywa na taneczny pojedynek, ale też jest wesoło. Ale to działa. To nie jest kosmos DnA, to nie jest kosmos Bendisa, to nie jest komiksowa wersja kosmosu z filmów, to jest mieszanina tego wszystkiego i jeszcze trochę - ale ostateczny rezultat autentycznie mi się podoba.

2018-05-09



Domino #2 

Krzycer: Wciąż mamy do czynienia z porządnie napisanym, rozrywkowym komiksem akcji. Rysunki Baldeona ładnie pasują do tego stylu. Do tego Simone nie marnuje czasu i już w tym numerze wykłada nam plan i motywacje tego złego - liczę to na plus, bo scenarzyści często zwlekają z tym do piątego czy szóstego zeszytu, kiedy okazuje się, że ukrywali ów plan i motywacje, bo ów plan i motywacje są żałośnie nieciekawe. Tutaj... Tutaj wciąż brakuje pewnej kluczowej informacji - skąd ta więź, jak to działa i czemu. Ale i bez tego wiemy, na czym zależy temu złemu. Szczerze mówiąc ten wątek mnie nie interesuje - ostatecznie jest to przypadkowy zły gość mszczący się na Domino - ale jest tu wystarczająco wiele lepszych rzeczy, by wrażenie po lekturze pozostawało pozytywne. Choć bez jakiegoś wielkiego entuzjazmu jak na razie. 



Exiles #3 

Krzycer: Już wiem, co mnie tak drażni w The Unseenie. Biorąc pod uwagę czas Marvela, gość spędził na Księżycu może rok. A monologuje jakby cierpiał tę biblijną pokutę od tysiącleci. W rezultacie z Nicka Fury'ego wychodzi... emo. 
Poza tym - ranyboskie, ten komiks wciąż ma tyle tekstu. Tyle niepotrzebnego tekstu. A jednocześnie jest lepiej niż w poprzednich numerach - są tu dobre momenty między Blink i Khan, jest - wreszcie - trochę porządnej akcji. Choć z jednej strony infiltracja latającej fortecy na jednej stronie z przekrojem wygląda bardzo ładnie, to z drugiej strony chciałbym, by było tego trochę więcej. 
A poza tym wciąż mamy tu kolejne, coraz dziwniejsze alternatywne światy (Era Wodnika!  )... a jednocześnie "główna fabuła" zdaje się nawet na krok nie ruszać z miejsca. Myślę, że ostatecznie zostaniemy z miniserią zawaloną tonami tekstu i pomysłów, z których nic nie będzie wynikać - ale jest w tym pewien szalony urok. Choć za tego Morpha jestem trochę zły na autora. To było tanie. 


Hunt For Wolverine Adamantium Agenda #1 

Krzycer: No dobra, związek z Loganem wydaje się być, jak na razie, mikroskopijny... Ale kurczę, lubiłem tę epokę New Avengers (póki Bendis nie zajeździł tego tytułu). Więc po raz kolejny w ciągu ostatnich paru tygodni mam wrażenie, że dostałem fanserwis precyzyjnie nakierowany na mnie, bo już samo zebranie po raz kolejny tej ekipy jest dla mnie miłe. 

(To pewnie po prostu oznacza, że zestarzałem się już jako czytelnik komiksów, bo nagle w nowych komiksach nostalgicznie wspomina się zeszyty, które kiedyś czytałem na bieżąco.) 
Lubię dialogi Taylora i jego humor sytuacyjny, przyjemnie mi się czyta nawet zeszyty, w których w zasadzie nie ma treści - takie jak ten. A jakby tego było mało - nie kojarzę R.B. Silvy, nie wiem, czy to, co tu widzimy to jego normalny styl, czy też celowo stosuje mimikrę - ale te rysunki są dość podobne do stylu Immonena, który rysował sporo New Avengers. Więc tak - to jest fanserwis i dożylna nostalgia... i na razie mi się to podoba. (Ale na litość boską, mieli one-shot wprowadzający w te miniserie, nie mogli zadbać o to, żeby rozmowa Kitty i Starka odbywała się w jednym miejscu? W one-shocie Kitty wkradła się do Stark Tower, tutaj stoją nad grobem Logana...) 


New Mutants Dead Souls #3 

Krzycer: No dobra, po tym zeszycie naprawdę zaczynam czekać na tę miniserię o Madroxie od Rosenberga. Bo te słowne przepychanki, kłótnie i dowcipkowanie, które tu mamy, to jest prawie stuprocentowy Peter David (brakuje tylko gier słownych). 
Po raz pierwszy mamy też numer w całości poświęcony głównej fabule, dochodzi nawet do pierwszej konfrontacji z głównym złym - i w sumie wszystko mi się tu podoba... No, prawie wszystko. 
Pierwszy problem - koncepcyjny. Jeśli pomysł na akcję brzmi "wszystko toczy się w spadającym samolocie", to trzeba to przemyśleć i rozplanować. A tutaj wszystko zdaje się trwać za długo, bohaterowie mają problem, bo są w spadającym samolocie - tyle że nie mają z tym żadnych problemów. Opętani pasażerowie są problemem - a potem nim nie są, bo nagle wyparowują (i to zanim drużyna zamyka się w pierwszej klasie). 
Ale pal sześć, to jest czepianie się - numer był na tyle zabawny, na tyle popychający fabułę do przodu, że wymaganie, by ponadto zaoferował przemyślaną scenę akcji to już luksus. 
Drugi problem jest poważniejszy. Pogodziłem się już z myślą, że Rahne i Guido pogodzili się poza kadrem, jakoś przed "Death of X". Ale tu nagle śmierć Tiera zostaje przypomniana - ale tylko jako efekt zaklęcia mającego pokłócić bohaterów? To jest... hm. Jeśli Rosenberg nie wróci do tego wątku w kolejnych numerach, to jest to kiepskie. 



Old Man Logan #39 

Krzycer: Ok. Nie wiem co się stało. Nie wiem jak to się stało. Ale Ed Brisson najwyraźniej - po napisaniu trzech podrzędnych historii (Hulki, Japonia, Madripoor) - najwyraźniej obudził się pewnego dnia, wyjrzał za okno, zobaczył śpiewające ptaszki i pomyślał "w sumie... może zacznę pisać dobry komiks?". 
Serio. Różnica między tymi pierwszymi historiami a poprzednią i tym zeszytem jest tak dramatyczna, jakby po cichu podmienili scenarzystów. 
Przechodząc konkretnie do tego numeru - jest zaskakujący, bo sam OMLogan jest w nim umieszczony na drugim planie. Jego wątek ogranicza się do wizyty u Cecilii Reyes, która wykłada parę rzeczy o jego stanie zdrowia, których dotąd mogliśmy się tylko domyślać. (Na marginesie - "wszystkiemu winien Regenix" to moim zdaniem słabszy pomysł na historię niż "zestarzałeś się"... ale z drugiej strony to przynajmniej tłumaczy, czemu hf Logana poradził sobie z Hulkami parę dni wcześniej, a z Bullseyem już nie mógł). 
No dobrze, powiedzieć, że ten wątek ogranicza się do tego to przesada - poza tym mamy tu ładne scenki z Loganem i x-dzieciakami, które wprowadzają nominalnie poboczny wątek fabularny, a do tego mamy mało subtelną narrację o końcach i pożegnaniach. Która ma nas zapewne przygotować na rychłe pożegnanie OMLogana, skoro OG Logan wrócił. 
A tymczasem wątek "poboczny", a praktycznie główny, jest... uroczy. Glob Herman umówił się na randkę i jest nerwowy. I jest to napisane tak... naturalnie, tak fajnie - a przy tym tak kompletnie nie spodziewałem się tego w "Old Man Loganie" - że czytałem to z wielkim uśmiechem na twarzy. A potem przychodzi do samej randki, i wiemy, że coś jest nie tak - i wyskakują Purifiers. I z jednej strony to było takie - no oczywiście, to pułapka. A z drugiej strony - nie do końca, bo dziewczyna naprawdę istnieje, naprawdę umówiła się z Globem na randkę - Purifiers to tylko wykorzystali. 
I nawet tych durnych Purifiers jest mi trochę żal, kiedy ich przywódca żali się, że "nowojorski oddział powinien zapalać innych do boju, a jest pośmiewiskiem, bo X-Men wciąż im kopią tyłki". 
Nie wiem, co się stało. Naprawdę nie wiem. Ed Brisson zaczął pić nową kawę. Kupił sobie nowe kapcie i wygodniej mu się siedzi przy komputerze. Nie mam pojęcia. Ale "Old Man Logan" z bezużytecznego tytułu o postaci, którą Marvel trzyma tylko dlatego, że nie mógł kompletnie usunąć Wolverine'a z bieżących tytułów, bojąc się obrażenia jakiegoś procenta fanów, stał się... naprawdę porządnym, sympatycznym komiksem. To jest niesamowite.
...no dobra, łyżka dziegciu w tym wszystkim. To jest bardzo ładna historia. Spotkanie OMLogana z x-dzieciakami jest bardzo ciepłe i sympatyczne. Tylko... OMLogan nigdy nie miał z nimi takiej relacji. I jasne, mogę sobie dopowiedzieć, że się zżyli gdzieś poza kadrem podczas Extraordinary X-Men - tylko Shark Girl chyba nawet wtedy nie było w Instytucie... 


Runaways #9

Rodzyn: Doom wkracza na scenę, choć to nie do końca Doom - to jak Rowell rozegrała ten wątek, bardzo mi się spodobało. Ponownie pozytywnie mnie zaskoczyła i cieszę się, że moje początkowe obawy związane z tą scenarzystką się nie sprawdziły. Rowell znów dostarcza świetnych dialogów, tym razem głównie między Chasem a Doombotem, i numer czyta się bardzo szybko. Ostatnia strona zeszytu to kolejne zaskoczenie i jestem ciekaw, jak rozwinie się ten wątek. Wprowadzenie Julie Powers początkowo wydało mi się zbędne, jednak teraz jestem zaintrygowany jej dalszym losem.


Unbeatable Squirrel Girl #32

Rodzyn: W poprzednim świetnym numerze pożegnaliśmy w roli rysowniczki Ericę Henderson i naprawdę szkoda, że zdecydowała się odejść. Derek Charm to nie to samo. Ma swój urok, ale jednak jest mniej charakterystyczny od Henderson. Na szczęście Ryan North nie zawodzi swoim scenariuszem i cieszy mnie powrót na łamach serii Kravena. Choć wiem, że wielu może denerwować komediowe podejście do postaci, ale ja wciąż dobrze się bawię czytając jego rozmowy ze Squirrel Girl. Cameo Howarda też jak zawsze na plus, szkoda, że Kaczor nie ma już swojej serii.  


X-Men Blue #27 
Krzycer: Walka, walka, walka. Z jednej strony to naturalne, jesteśmy blisko finału historii (chyba?). Z drugiej strony - te walki nie są... dobre. Jeszcze w starciu Magneto z Marauders jest jakaś progresja akcji, sytuacja się zmienia, jest jakiś ciąg logiczny wydarzeń. Ale dwa starcia X-Men z grupami przeciwników to po prostu chaotyczne obrazki, z których nie wyłania się żaden ciąg wydarzeń. 
Na szczęście poza walkami dostajemy kilka rozmów, które wypadają o wiele lepiej. Retrospekcja z Magneto i Polaris ładnie pokazuje, jak Eric się stara, choć jednocześnie wciąż jest wyrachowany. Konfrontacja Emmy z Ms Sinister - niby nie ma w niej nic niezwykłego... ale Bunn pisze stuprocentową Emmę, taką, jaką lubię - a bałem się, że po "Inhumans vs X-Men" już jej takiej nie zobaczymy. (Bardzo liczę na to, że Bunn przeprowadzi tu pełną rehabilitację Emmy). 
A na końcu mamy rozmówkę z Havokiem, która - niestety - ostatecznie wyjaśnia kwestię "do jakiego stopnia Alex jest zły". Niestety, odpowiedź brzmi "w pełni, bo Axis", co jest... rozczarowujące. I nudne. (I rozwala continuity, bo przecież Alex po drodze był znowu dobry... ot choćby w nieszczęsnym "Inhumans vs X-Men".) 
Walki są słabe, ale jedyny element tego komiksu, który jest naprawdę kompletnie niepotrzebny to przebitka na kosmos. Wiem, że "X-Men Blue" nominalnie wciąż jest tytułem o O5, ale na litość, te numery ukazują się jednocześnie z "Venomized", gdzie O5 są z powrotem na Ziemi - czy naprawdę potrzebujemy marnować miejsce w "Blue" na to, by w każdym numerze patrzeć, jak lecą na Ziemię? Po co? (Na marginesie, jeśli "Extermination" naprawdę zamknie ich wątek i przeniesie O5 z powrotem w przeszłość, mam nadzieję, że Bunn będzie dalej pisał Blue z tym nowym zespołem.)

2018-05-16


All-New Wolverine #35 

Krzycer: Przy poprzednim numerze pisałem, że ta wersja przyszłości jest dla mnie niewypałem, bo Taylor sięgnął po postaci, z którymi Laura nie ma współczesnej historii. Teraz tak sobie myślę, że to mimo to mogłoby działać - gdybyśmy dostali więcej, niż tylko jeden numer wprowadzenia. Gdybyśmy mogli poznać ten świat. Może wtedy zrozumielibyśmy, dajmy na to, czemu bohaterki płaczą po Marii Hill, która przecież współcześnie zalazła za skórę wszystkim superbohaterom i nikt by jej specjalnie nie żałował. 
Ale nawet wtedy miałbym problem z finałem. Jasne, "ach, jak ktokolwiek może znosić taki ból" to dobra klisza, żeby pokazać odporność bohatera, siłę jego charakteru i zalety moralne. Ale w momencie, gdy taką kwestię wypowiada Doctor Doom, to wpadamy w głęboką przesadę i terytorium fanfikowe. 
Więc Taylor kończy serię tak, jak zawsze ją pisał - nierówno. Ale będzie mi jej brakowało - tym bardziej, że mam złe przeczucia co do "X-23". 



Cable #157 

Krzycer: Poprzedni numer był był dla mnie bardzo pozytywnym zaskoczeniem, ten... jest ok. Ale Cable opiekujący się małą Hope to coś, co lubię od lat, więc tamten numer miał u mnie plusa już na starcie. Tu zaś mamy późne lata 90 - czarną dziurę w mojej znajomości X-Men - i Nate'a Greya, którego jasne, kojarzę, ale który nigdy mnie szczególnie nie interesował. (Poza tym "kojarzę" = "czytałem AoA i jego występy po zmartwychwstaniu w czasach Utopii", jego solowa seria jest mi obca). 
Ale nawet, gdybym znał ten okres i Nate'a lepiej, chyba byłbym rozczarowany tym numerem - bo on nic nie robi z relacją Cable'a i Nate'a. Wpadają na siebie, uciekają na koniec czasu i robią remake "The Thing" z alternatywnymi Cable'ami, tylko słaby. I jakoś tak słabo to wypada. Ale następny numer zapowiada się zabawniej. 


Captain America #702

Rodzyn: Drugi numer tej historii na pewno może pochwalić się większą liczbą scen akcji. Waid może nie zaskakuje tym, w jakim kierunku podąża historia, ale potrafi wprowadzić interesujące elementy tej historii. To, w jaki sposób historycy wykorzystują jeden z kamieni nieskończoności czy też wątek Kree inwigilujących szeregi władzy. Wciąż szkoda, że Steve obecny jest jedynie w retrospekcjach, mam nadzieję, że całość prowadzi do interesującego zakończenia.


Hunt For Wolverine Claws Of A Killer #1 

Krzycer:
Nad tą miniserią będzie wisiała wielka, dziwaczna wątpliwość - no bo... trójka naszych głównych złoli w tym momencie co do jednego należy do x-zespołów i jest dobra, a przynajmniej robi po dobrej stronie. I ta miniseria zdaje się to kompletnie zlewać. 
Ale poza tym, to zaczyna się to całkiem nieźle. Jest jakaś zagadka, są wysokie stawki, wreszcie jest dość oczywiste i nieco zgrane, ale wiarygodne, autentycznie groźne zagrożenie dla naszych protagonistów. 
Zapowiada się to całkiem dobrze - choć coś mi mówi, że widziany na początku Wolverine okaże się robotem czy coś takiego. Na tym etapie zdziwię się, jeśli w którejkolwiek miniserii HfW pojawi się prawdziwy Wolverine. 

Dengar: Jakiś czas temu dowiedzieliśmy się, że ciało Logana zniknęło z grobu. Ba, mało tego, jego grób nie tylko jest późny, ale i sam Logan w tajemniczy i póki, co cudowny sposób powrócił do życia. Nikt nie wie jak to się stało, nikt nie wie, czym teraz kieruje się Wolverine, ale wiele osób chce go odnaleźć. Jedni chcą mu pomóc, inni odkryć prawdę… a jeszcze inni upewnić się, że tym razem pozostanie sześć stóp pod ziemią. Do grona tych ostatnich należy zaliczyć iście śmiercionośne trio: Dakena, Sabertootha i Lady Deathstrike.
Akcja tego komiksu rozpoczyna się w miasteczku Maybelle w Arizonie. Pewnego wieczoru nagle pada zasilanie w mieście i dwóch mężczyzn udaje się zobaczyć, czy wszystko jest w porządku. Na miejscu znajdują trupa… i Logana z wysuniętymi szponami. Po uporaniu się z intruzami, Wolverine podchodzi do dziwnej maszynerii i wciska guzik. Od tego momentu zaczyna się robić wesoło zwłaszcza, że kilka dni później populacja miasteczka z 343 osób spada… do zera! Daken, Sabertooth i Lady Deathstrike dowiadują się o tym, że Logan był w Maybelle i ruszają jego tropem. Czy polowanie okaże się owocne?
Jak już pisałem wcześniej, zwykle pierwsze zeszyty nie porywają swoją formą i treścią. Ten numer do wyjątków nie należy, chociaż Mariko Tamaki sprawiła, że z zaciekawieniem czytałem kolejne strony tego komiksu i z niecierpliwością czekam na kolejny numer. Ogólnie bardzo jestem ciekaw, jaka historia kryje się za powrotem Logana i jakie ma cele, liczę na to, że każda z tych serii przybliży odpowiedzi na te pytania. Żeby nie było kolorowo, ktoś życzy Wolverine’owi śmierci i chce wsadzić go do grobu tym razem na zawsze. Daken z oczywistych powodów chce uśmiercić ojca – zasada oko za oko nadal w modzie!. Szczerze mówiąc dokładnie nie wiem, z jakiego powodu Lady Deathstrike chce zabić Logana… ale uparta kobieta to groźna kobieta! Jedyną zagwozdką jest dla mnie Sabertooth, który jeśli dobrze pamiętam przez jakiś czas był dobry i nawet był członkiem X-Men, jednak przyznaję się, nie jestem fanem X-Menów i moja wiedza na ich temat jest ograniczona. Mimo wszystko, nie zrezygnowałem z lektury tego komiksu, bo wydał mi się interesujący. I interesujący jest, klimat utrzymano w klimacie hmm… horroru z zombiakami? Coś w tym jest… w końcu jak w horrorze tego typu, populacja miasteczka nagle spadła do zera. Bardzo ciekawy jestem, czym była maszyneria, której dotknął Logan, czym było to zielone promieniowanie i dlaczego w miasteczku zalęgły się te potwory, których ugryzień nie leczy czynnik regeneracyjny Dakena. Czyżby nagle pojawiło się coś, co mogłoby zabić ludzi pokroju Wolverine’a?
Jestem bardzo ciekawy, w jakim kierunku pójdzie Mariko Tamaki póki, co zrobiła dobry pierwszy krok i ten zeszyt przyciągnął moją uwagę. Jeśli chodzi o szatę graficzną to Butch Guice postarał się, jego rysunki cieszą oczy, ogólnie komiks jest ładnie narysowany, kolory są ciemne i ponure, od razu przywodzące na myśl właśnie horror lub opowieść grozy. No żeby nie było samych ochów i achów, to momentami twarz Dakena wygląda niezbyt ciekawie, ale to drobny szczegół. No i mógłbym się przyczepić do sposobu, w jaki Sabertooth i reszta śledzą Logana… Serio? Namierzenie za pomocą satelity sygnatury adamantium w kościach Logana? To adamantium promieniuje? Jak można namierzyć satelitą sygnaturę metalu? Tego totalnie nie kupuję, no ale… 


Mighty Thor: At the Gates of Valhalla

Rodzyn: Trochę zbędny one-shot, który pełni rolę pomostu między seria Mighty Thor a nowymi przygodami Odinsona. Mamy tu dwie historie, jedną skupiającą się na Córkach Thora z przyszłości, które podróżują w czasie w poszukiwaniu przygód. Przyjemna historia, choć w ogólnym rozrachunku nieco zbędna. Gościnnie pojawia się Jane Foster i panie mają miłe spotkanie, które jednak nie wiele mówi nam o przyszłej roli tych postaci w dalszym ciągu historii Thora. Z drugiej strony mamy opowieść, w której centrum znalazł się Malekith. Złóczyńca skrywa się gdzieś w cieniu wszystkich wydarzeń, jakie rozgrywają się w runie Aarona i powoli wprowadza swój plan w życie. Nie ukrywam, że liczę na to, że już wkrótce ten wątek zacznie zmierzać ku bardziej określonemu zakończeniu. Sama historia jest ciekawsza od tej pierwszej, ale mogła spokojnie trafić do któregoś z zeszytów jako dodatek. W ogólnym rozrachunku nie jest to szczególnie obowiązkowa lektura dla całego runu Aaorna, ale fani i tak pewnie po nią sięgną. Rysunki Bartel i Pereza na pewno usprawiedliwią ten wybór.



Quicksilver No Surrender #1 

Krzycer: Najbardziej ahmedowy komiks, jaki można sobie wyobrazić. Zero dialogów, jeden wielki monolog w ramkach z narracją. Ale rysunki są bardzo fajne. 


X-Men Red #4 

Krzycer: O, nie miałem pojęcia, że Storm będzie należeć do tej drużyny. (Choć teraz jak to piszę, to Taylor chyba wspominał w wywiadach, że - poza zapowiadanym Gambitem - w obsadzie znajdzie się ktoś jeszcze). 
Poza tym - to jest numer, który zasadniczo ma niewiele akcji (tylko powstrzymanie Storm), za to pozwala bohaterom nadgonić fabułę, odkrywa parę kart na temat działań Novy (Forge!) i w końcu formalnie stwierdza, że zespół się ukonstytuował - mamy nowe kostiumy i stopklatkę, na której cała drużyna heroicznie pozuje. (Cała? Nie! Jeden, jedyny Gambit jeszcze się nie doczekał.) 
Ale zatrzymajmy się na moment przy kostiumach. Narzekałem na nie po pierwszych teaserach serii, ale już się z nimi opatrzyłem i mi się podobają. (Zwłaszcza Storm ma chyba fajny design - czekam na okazję, żeby się mu lepiej przyjrzeć, bo tu jest na dwóch kadrach i to w tle.) Co więcej, było zapowiadana, że kostiumy będą miały fabularne uzasadnienie - no i mają, chronią przed nanosentinelami. Spoko. 
Nawet Namor jest jak ten pięciolatek, którego rodzice zmuszają, żeby się ubrał. Ok. 
A obok stoi Nezhno, którego najwyraźniej przed nanosentinelami będą bronić same spodnie. No to jak to w końcu jest, te stroje mają uzasadnienie fabularne czy nie? Jeśli Nezhno może biegać w samych spodniach, czemu Namor nie może się obnosić z sześciopakiem? 
(Jakby co, mam No-Prize'a: tatuaże z vibranium zakłócają pracę nanosentineli.) 
Podsumowując - to spokojniejszy numer poświęcony nadganianiu fabuły. Co właściwie jest dokładnie tym, czego życzyłem sobie po poprzednim numerze, więc jestem szczęśliwy. 

2018-05-23


Black Panther #1

Rodzyn: Nie tego się spodziewałem... ale to chyba dobrze. Wkraczamy do historii, która ma w sobie wiele niewiadomych, to nie jest T'Challa na czele międzygalaktycznego imperium, wręcz przeciwnie. To historia o jednym z niewolników, który przypomina T'Challę, który zaczyna buntować się przeciwko władzy, pod którą przyszło mu żyć. Ta-Nehisi Coates niewiele wyjaśnia, ale może to i dobrze. P dwóch długich historiach osadzonych w Wakandzie, jest to jakieś odświeżenie, w czym pomagają rysunki Acuny, idealne do takich klimatów. Choć czasem za nim nie przepadam, tutaj sprawił się bardzo dobrze. Dla nowych czytelników na pewno będzie to zaskakująca historia, której się nie będą spodziewać. Czy zainteresuje ich na tyle, że sięgną po kolejne numery? Fani filmu mogą się zniechęcić, ja jednak póki co jestem kupiony. 


Hunt For Wolverine Mystery In Madripoor #1 

Krzycer: Tu praktycznie nie ma fabuły. To znaczy - jest na około pięciu stronach. Reszta to zapychacze. I tak, "bohater przedstawiony z perspektywy wspomnień najbliższych" to jest klisza z której można coś wycisnąć, ale... to jest raczej klisza na numer poświęcony pogrzebowi bohatera. Logan "nie żyje" od lat (?), a naszym bohaterkom teraz zebrało się na wspominki? Bo weszły do jego madripoorskiej pakamery? 
Poza tym - skąd to napięcie między Kitty i Ororo a Domino? Czemu ta scena jest napisana tak, jakby Domino była luźno związana z X-Men, podczas gdy było członkinią jednego z zespołów w trakcie Utopii - i to chyba nawet konkretnie grupy Storm? 
Czy to ma mieć cztery zeszyty? Nie mam pojęcia, co scenarzysta chce wycisnąć z tej historii. 


Legion #5 

Krzycer: Banalna i przewidywalna miniseria na koniec zalicza gwałtowny spadek formy. Skąd to dramatyczne zakończenie? Czemu Hanię spotkał taki los? Jaki ciąg logiczny do tego doprowadził? Czemu właściwie Legion nie może jej pomóc? Czemu ta seria zdaje się rozgrywać w świecie, w którym nie ma żadnych telepatów, którzy mogliby rozwiązać większość problemów z którymi mierzą się bohaterowie? Ale zgniłą wisienką na tym torciku są kwestie lekarza kończące odcinek, bo to już jest jakaś piramida głupoty. 


Old Man Logan #40 

Krzycer: No i skończyło się rumakowanie. Poprzedni zeszyt bardzo mi się spodobał. Ten wszystko zaprzepaścił. Sasha okazała się Purifierką, bo "Globa nikt nie pokocha", co było najbardziej nijakim rozwiązaniem fabularnym - które przewidywałem podczas lektury poprzedniego zeszytu i byłem miło zaskoczony, gdy fabuła poszła tam w inną stronę. 
Ale to bym jeszcze przełknął - gorzej, że ten zeszyt się sypie na poziomie logiki przedstawionych w nim wydarzeń. Purifiers mają Globa w garści, są w stanie zmusić go do wysadzenia się - i dają mu kamizelkę z kapiszonami i EMP? Czemu to nie była kamizelka z autentyczną bombą i EMP? 
Ale to wciąż nie jest najgorszy element. Najgorszy element to nieśmiertelne "weź dzieciaki do Danger Roomu" - ok - i dramatyczna konkluzja, gdy w finale okazuje się, że Purifier dostał się do Danger Roomu - ok. Do tego miejsca to wszystko działa. 
Tylko niech to kurde faktycznie będą dzieciaki. Dzieci. Bezbronne mutanciątka. A nie cholerny Quentin Quire, sprowadzony do roli zastraszonej tapety, bo jeden flatscan z karabinem wszedł do pokoju. Ja pierniczę. 
(Ponieważ Quentin nie ma ani jednej linijki dialogu, jestem skłonny uwierzyć, że to błąd rysownika a nie scenarzysty - powiedziano mu "narysuj tu jakichś młodych mutantów", a on uznał za stosowne wpakować tam mutanta omega, bo co to za różnica...) 


Weapon X #18 

Krzycer: ...ja naprawdę nie mam pojęcia, co Pak robi z Sabretoothem. Victor "zawsze daje szansę", "to jest jego prawo dżungli"? Co? Victor lituje się nad Omegą Redem? Co tu się odwala? Jedyny moment, który dobrze wybrzmiał to rozpad grupy - i Warpath rozczarowany Domino. To było spoko. Cała reszta - ranyboskie, co to było. 


X-Men Gold #28 

Krzycer: Oho, zataczamy pełne koło. W pierwszej historii w Goldach Guggenheim nieudolnie małpował pierwszą historię Whedona z Astonishing, potem przerzucił się na kopiowanie Claremonta, a teraz wprost daje nam retrospekcję z Astonishing, dorzuca Colossusa parafrazującego whedonowski tekst o byciu "ze złości"... i nic z tego nie pomaga Guggiemu stworzyć dobrego komiksu. 

Jest średnio-przeciętnie. Niestety, rezultat "średnio-przeciętnie" to całkiem dobry wynik dla Goldów, którym zdarzało się już bywać "tragiczno-dennymi".


Moon Knight #195

Dengar: „Eksperyment” wydaje się być słowem-kluczem tego zeszytu o perypetiach Moon Knighta. A mówiąc dokładnie, nie tyle mowa o eksperymencie, co raczej nieudanym eksperymencie. Chociaż to może jest kwestia sporna, czas – i kolejne zeszyty – pokażą czy to był sukces czy definitywnie porażka. Ale o co chodzi?, zapytacie Moi Drodzy, więc już spieszę z wyjaśnieniami. Na początku komiksu poznajemy Maurice’a i jego króliki doświadczalne …eee… znaczy OCHOTNIKÓW. Tak, ochotników, wśród których znajdziemy takie indywidua jak Julie, która maluje i zbiera czaszki martwych klaunów – serio? czaszki klaunów? - jest też Ty romantyk i nihilista, który po miłosnych podbojach nie pierze swoich jeansów. Głównym założeniem tego projektu jest stworzenie Kolektywu, czyli połączenie ich osobowości w jedną. Po pięciu miesiącach grupa decyduje się na bardziej… niekonwencjonalne… metody, czyli co, zapytacie? Czyli Maurice zgłasza się do swojego kuzyna pracującego dla A.I.M. który sprzedaje im jakieś ustrojstwo. No i wtedy wszystko bierze w łeb.
Swoją drogą, nie dość że te czaszki klaunów, które wydają mi się pomysłem dość słabym to jeszcze ktoś z rodziny akurat pracuje w A.I.M. i akurat może im sprzedać coś, co akurat im pomoże osiągnąć cel. Coś za dużo tych „akurat”, nie sądzicie? Ba… nie dość że kuzyn Maurice’a jest zaledwie dozorcą, woźnym, cholera wie kim to jeszcze z łatwością wpuszcza grupkę nieupoważnionych osób do bazy (w domyśle sekretnej) organizacji takiej jak A.I.M. Serio? Nikt w zobaczył na monitoringu, że ktoś się szlaja po budynku? Jak na organizację, która w nazwie ma słowa „Advanced” i „Mechanics” to raczej nie wydają się być ani zaawansowani ani ‘mechaniczni’. Ale idźmy dalej, wydaje mi się że scenarzysta chce nieco udupić Spectora… to znaczy, nie żebym źle odbierał jego próby pojednania się z Marlene i córką Diatrice o której wie w sumie od niedawna ale jakoś do tej pory postrzegałem tego bohatera jako samotnego wilka raczej stroniącego od towarzystwa. Nie żeby rodzina to było coś złego. Tak czy siak, wspólny wypad do kina rujnuje dźwięk telefonu i wezwanie do działania.
Mimo że „złoczyńca” tej historii jest raczej kiepski, zarówno pod względem swojego originu.. no nie ukrywajmy, pod każdym względem jest słaby! To jestem ciekaw jak scenarzysta to wszystko odkręci. Kolektyw pochłania kolejne ofiary, obecnie w jego skład wchodzi aż 32 mieszkańców Nowego Yorku. Wszyscy są raczej pozbawieni ciał, wygląda to to jakby ktoś rozlał szybko stygnący wosk. Ale nie wygląd jest najważniejszy, liczy się wszak wnętrze. No właśnie, Spector trafia do wnętrza Kolektywu. Wydaje mi się, że tak jak pozostali został pochłonięty przez Kolektyw, a z takiej splątanej masy kończyn ciężko by było potem poskładać do kupy, niczym puzzle, wszystkie pochłonięte ofiary. No jestem bardzo ciekaw, jak Max Bemis z tego wybrnie. 
Cóż tu jeszcze można powiedzieć o tym zeszycie? Niestety nic więcej… nie jest to wybitny numer, niestety. Tak jak w pewien sposób zdążyłem polubić Moon Knighta i zainteresować się jego postacią i historią, to jednak ten zeszyt mnie znudził. Chyba więcej rozrywki dostarczyłoby mi zbieranie czaszek klaunów. Niestety, Max Bemis nie przyciągnął mojej uwagi. Pod względem wizualnym jest kiepsko, Paul Davidson swego czasu popełnił ilustracje do serii o Magneto i myślałem, że wtedy było kiepsko… teraz jednak spisał się jeszcze gorzej. Jeszcze sam Moon Knight nawet nawet mu się udał, ale inne postaci są po prostu fuj fuj! No nie, nie podobają mi się te rysunki.


Invincible Iron Man #600

Rodzyn: Czytałem historię powrotu Tony'ego Starka z uwagi na fragmenty poświęcone Doomowi i z nich aż do końca byłem zadowolony. Część poświęcona Riri i Tony'emu? Wypadło to dość średnio, Bendis upakował tu tak wiele rzeczy, że po prostu gubi się w tym ciekawa historia. Wszystko, byleby było wiele mrugnięć do fanów, odpokutować winy z Civil War II i ustawić swoje dotychczasowe zabawki w odpowiednim miejscu. Ganiamy za bohaterami z punktu A do B i wiele się nie dzieje. Wątek prawdziwych rodziców Tony'ego początkowo był całkiem interesujący, jednak Bendis zbyt wiele z tego postanowił wycisnąć. Mam nadzieję, że Riri trafi teraz w ręce dużo lepszego scenarzysty, bo postać ma potencjał. Stark w rękach Slotta to dla mnie wielka niewiadoma. Tylko tego Dooma żal, bo jako Infamous Iron Man wypadł świetnie. Za rządów Slotta raczej na długo go w tej formie nie zobaczymy.

Spoiler: wrócił War Machine. Bendis odwraca własny błąd, choć mógł to zostawić komuś innemu. Wypada to kiepsko i choć lubie Rhodey'a, nie wiem jaki pomysł będą mieli na niego włodarze Marvela. 


SHIELD vol. 2 #5

Rodzyn: W końcu. Trochę czekania na ten zeszyt było, ale czy było warto? Nie wiem już teraz, po czyjej stronie był problem, że ten zeszyt ukazał się dopiero teraz. Czy edytorzy nie mogli się zgodzić na to co zawiera? Historia po tylu latach trochę straciła swoje napięcie i ciężko mi znów dobrze się w nią wbić. Mamy kilka dobrych scen, charakterystycznych dla Hickmana, ale więcej o całości można będzie wypowiedzieć się po premierze ostatniego numeru. Na ten moment premierę zaplanowano na połowę czerwca, jednak z tą miniserią nigdy nie wiadomo...

2018-05-30


X-Men Blue #28
 
Krzycer: Ależ ten numer podkreśla rozkrok, w którym stoi ta seria. Bo z jednej strony - koniec "Kabały", koniec Mothervine. Koniec wątków ciągniętych w tej serii od samego początku. A przy okazji również wątków zapożyczonych skądinąd, porzuconych przez wszystkich innych scenarzystów (odwrócony Havok). Można powiedzieć - wielki finał, a przynajmniej finał pierwszego etapu. 
I to wszystko to są wielkie wydarzenia... w których nominalni główni bohaterowie tego komiksu nie występują. A jak dodamy do tego, że... to chyba była najlepsza historia, jaką Bunn jak dotąd przedstawił na łamach X-Men Blue... no to chyba nawet ja muszę przyznać, że już najwyższa pora, by Oryginalna Piątka na dobre sobie poszła. (A że teasery Extermination zdają się to sugerować... hurra.) Szkoda, że Emma na koniec pozostaje nie do końca zrehabilitowana, ale nie można mieć wszystkiego. 



X-Men Red Annual #1 

Krzycer: Hm. W sumie... dobry materiał na annual. Zawiera parę dobrych scen (Jean z Black Boltem, Jean z Gabby, Jean z OMLoganem, Nightcrawler z hot dogiem), ale te wszystkie scenki nie składają się w żadną większą całość. Podkreślają tylko to, co już i tak wiemy z Redów - Jean nie akceptuje nowego świata i chce go zmienić. A ponadto... jeśli robimy numer o tym, jak wskrzeszona Jean spędza czas z przyjaciółmi i spotyka parę osób, które musi spotkać - Storm powinna mieć tu rolę, a nie podpierać ścianę na trzecim planie. 
Ale ogólnie to było sympatyczne, nawet jeśli o niczym. Tylko ni cholery nie podeszły mi rysunki. Próbują być realistyczne - postaci mają bardzo zróżnicowaną mimikę - ale ostateczny rezultat wpada głęboko w dolinę niesamowitości. Nie pomagają ziemisto-ziemniaczane kolory. Całość wygląda jak słabszy Salvador Larroca. 
Za to okładka jest super... tylko co tam robi Gambit?


Marvel 2-In-One #6

Rodzyn: Cheung powrócił do ilustrowania serii? Miłe zaskoczenie, choć zacząłem przyzwyczająć się do wcześniejszego artysty. Zdarsky na szczęście nie obniża swojego poziomu w tym numerze i mamy kilka świetnych scen między "naszym" Benem i Johnnym, a ich Reedem, Sue i Johnnym. Wprowadzenie na scenę Dooma też dało nam kilka dobrych momentów z nim i resztą obsady. Zdarsky ma nosa do epickich i nienachalnych scen, szkoda więc tym bardziej, że to nie jemu przypadło pisanie dalszych przygód Fantastycznej Czwórki, której powrót w tym numerze jest jeszcze dalej niż bliżej (choć wiadomo, jak to się ostatecznie skończy). 



Sprawdź także:
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.