Avalon » Publicystyka » Artykuł

Avalon Pulse - minirecenzje komiksów z 18. i 25.04.18

avalonpulse0.png

W kolejnym wydaniu Pulse'a podsumowujemy dwa ostatnie tygodnie. Omawiamy masę tytułów o mutantach i kilka pojedynczych zeszytów jak np. Thanos Annual i Mighty Thor #706. 



Cable #156
"Past Fears" part 2
scenariusz: Zac Thompson, Loonie Nadler
rysunki: German Peralta
 
Krzycer: Kurczę. Pisałem już przy poprzednim numerze, że Cable-tatuś to mój ulubiony Cable... a teraz Nadler i Thompson dali mi cały numer tatusiowania. I jestem zdumiony tym, jak bardzo mi się to podobało. Fajnie rozpisali relację Cable'a z małą Hope, dobrze wykorzystali retrospekcję z "Redd" i "Slymem" (choć skoro już dostaliśmy notę redakcyjną, że akcja tego numeru toczy się zaraz po "Messiah War", to można tu było dorzucić notkę o "Adventures of Cyclops and Phoenix", bo umówmy się, nie jest to najoczywistsza rzecz pod słońcem). 
Ale przede wszystkim dzięki temu numerowi - a oceniając po okładce, następny pewnie też taki będzie - Metus staje się bardziej wiarygodny jako nemesis Cable'a z długą historią. 
Żeby nie było zbyt dobrze, parę uwag krytycznych: 
- Rysunki miejscami niedomagają. Akcja nie jest dość płynna. A czasami artysta po prostu dokonał dziwnego wyboru (i tak np kadr ze strzelającą po raz pierwszy Hope byłby chyba lepszy, a na pewno bardziej czytelny, gdyby pokazywał jej sylwetkę z profilu zamiast od przodu). 
- Co najmniej o jeden raz za dużo interwencja Bishopa ratuje życie Hope. Sorry, on chce, żeby ona zginęła - ale ta jego obsesja była metodyczna, oportunistyczna. Parę razy przez przypadek mógł uratować życie Hope, ale po cholerę interweniował gdy Metus rzuca się na nią z pazurami? Czemu strzela do trzymającego Hope bandyty, zamiast do Hope? Może łyknąłbym jedną taką scenę w tym numerze... 
- Musiałbym odświeżyć sobie "Cable'a" Świerczyńskiego, na co szczerze mówiąc nie mam ochoty, ale mam wrażenie, że cały ten numer nie do końca pasuje jako uzupełnienie tamtego runu. Świerczyński też rozgrywał w pewnym momencie ten wątek, że Hope wątpi w Cable'a i nie wiem, czy odkrycie, że to zwątpienie bierze się z tego starcia z Metusem tak do końca pasuje do oryginalnych wydarzeń. 
Przy czym te drobiazgi nijak nie zmieniają tego, że wraz z nowym zespołem twórców "Cable" zaliczył ogromny skok jakościowy. Największa zmiana polega na tym, że zamiast pisać podrzędny komiks akcji o tym, jak Cable nawala z wielkich giwer, nowi twórcy są zainteresowani Nathanem jako postacią i piszą go jako coś więcej, niż tylko kupę mięśni rzucającą twardymi tekstami. 
Kto by pomyślał, że tak można, nie? 


Tales of Suspense #104
"Red Ledger" part 5
scenariusz: Matthew Rosenberg
rysunki: Travel Foreman

Rodzyn: No i jest, koniec historii, która miała nam przywócić do życia zmarłą w ubiegłym roku Black Widow. I tak jak często takie komiksy średnio wychodzą, tak tutaj Rosenberg stworzył na tyle oryginalną i pełną dziwnych ale przy tym fajnych pomysłów historię, że czyta się to dobrze. Finałowy zeszyt pozwala naszym bohaterom rozprawić się z organizacją Red Room i pomóc Natashy w zniszczeniu ich dorobku. Tu widać, jak różnymi postaciami są Hawkeye i Winter Soldier. O ile poprzednie zeszyty pokazywały ich odmienny charakter, ale w sprawach, w których mogą osiągnąć kompromis, tak tutaj jest określona pewna granica, przez którą potencjalne dalsze przygody tego duetu stoją pod znakiem zapytania. Rosenberg mimo to otwiera sobie furtkę do kolejnej historii z udziałem niektórych z tych postaci i dobrze by było, gdyby Marvel mu na to pozwolił. 


Weapon X #16 
"Old Man Logan vs Sabretooth" Conclusion
scenariusz: Greg Pak, Fred Van Lente
rysunki: Roland Boschi, Andrea Sorrentino  

Krzycer: ...ooookej. Czyli historia o tym, jak Sabretooth rzuca się, by zrobić Loganowi wiwisekcję jest tu po to, by pokazać nam, że w Creedzie wciąż tli się iskierka dobroci ... Zaraz, co? Naprawdę, naprawdę nie ogarniam, co Pak chciał tu zrobić. Gdzie ja, czytelnik, miałem wyłuskać z tej historii to odkrycie, które Pak mi wciska na koniec? 
Nie wiem, co jeszcze mogę napisać o tym numerze. Nie pamiętam sytuacji, kiedy intencje autora do tego stopnia rozmijały się z tym, co właściwie napisał. Co za absurdalnie dziwny numer. 



X-Men Gold #26 
scenariusz: Marc Guggenheim
rysunki: David Marquez, Michele Bandini

Krzycer: Absurdalnie dziwnych numerów ciąg dalszy. Oczywiście, zostałem po lekturze z wrażeniem, że coś przegapiłem, że ktoś przewinął połowę komiksu na przyspieszeniu. Z pomocą przychodzi nota redakcyjna, która mówi nam, że gdzieś tam należy wcisnąć wydarzenia z całego innego zeszytu - zeszytu, który wg strony Marvela ukaże się miesiąc po tym. 
Aha. Fajnie. Jesteśmy o krok od sprzedawania czarno-białych komiksów z pakietem kredek. Jak już sam sobie złożę historię, będę mógł ją jeszcze pokolorować. 
No dobra, czyli nie ma tu koherentnej historii. A co jest? Jest początek numeru, który jako-tako domyka jeden z wielu ciągnących się tu wątków, bo Mesmero ląduje za kratami. Mamy zarysowanie jakichś wątpliwości Kitty i Piotra. Potem ewidentnie coś przewijamy, bo lądujemy już w trakcie wieczorku kawalerskiego, a w międzyczasie Nyna Nance czy jakjejtam knuje swoje spiski razem ze "zmutowanym nanosentinelem AI". ...ten ostatni autentycznie brzmi tak, jakby Guggenheim użył jakiegoś generatora losowych złoli. 
I teraz tak - krytykuję Goldów praktycznie od pierwszego numeru, ale też wiele razy podkreślałem, ze symulowanie claremontowskiej wielowątkowości w miarę Guggiemu wychodzi. Ale w tym zeszycie to wszystko się sypie. Bo Guggi wciąż próbuje żonglować piętnastoma piłeczkami, ale nagle sprowadza się to do absurdalnych jednokadrowych wzmianek, które niczemu w tym numerze nie służą. "Pamiętacie, że Storm znowu jest pseudoThorem? Patrzcie, tu jest, na jednym obrazku. Nic nie robi w tym numerze ale jest, pamiętajcie o niej". Wypada to karykaturalnie. 
Nawet wątki, które dostają więcej miejsca, nie wychodzą dobrze. I ta wielowątkowa narracja się szarpie. Poprzedni numer kończył się pytaniem "co zrobimy z 13 X-Manami" czy ilu ich tam było, bo hłe hłe, pamiętacie, to jest kwestia z "Giant-Size X-Men #1" i z epilogu "Muir Island Saga", jarajcie się, że wrzuciłem ją tutaj bez powodu. 
Ok, Guggi. Wrzuciłeś ją. 
Pociągnij to dalej. Najwyraźniej Rogue i Iceman dołączyli na stałe do obsady? Chyba? No są tutaj, w każdym razie. A co z pozostałą czwórką? A cholera wie. Ale dowalimy tu też Gambita, bo czemu by nie. 
Colossus ma wieczór kawalerski? Ok. Jest na nim Pyro? To jest dziwne, oni się nie znają, ale Iceman ma trzymać na niego oko - spoko, to jest dobry wstęp do paru humorystycznych scenek... Których tu nie ma. To nie jest w żaden sposób wykorzystane. (Nie wiem, może będzie w tym komiksie, który ukaże się za miesiąc, żebym mógł sobie złożyć tę historię do kupy... argh.) 
A skoro już o tym mowa - czemu na tym wieczorze nie ma Old Man Logana? Jasne, nie podobało mi się, że jest wszędzie wciskany, ale na litość boską, wieczór kawalerski Colossusa jest dokładnie taką sceną, w której on się powinien znaleźć. 
Znowu - może pomysł na tę sekwencję jest taki, że to jest wyjątkowo nieudany wieczór kawalerski, gdzie poza Nightcrawlerem są sami ludzie, którzy wcale nie są bliskimi przyjaciółmi Colossusa. Może. Ale w takim razie... czemu to nie wynika z tych scen? Czemu mam czekać miesiąc, żeby przekonać się, czy to jest kompletnie nieprzemyślany i źle napisany komiks, czy może jest przemyślany, ale wypada kompletnie źle, bo ta myśl będzie zawarta w komiksie, który ukaże się ZA MIESIĄC?! Ok. Dobra. Jeszcze tylko dwie uwagi. Pierwsza króciutka - rysunki są... podrzędne. Nie są tragiczne, nie są złe, ale są... dziwne, niepasujące. Jakby ktoś naśladował komiksy z początku wieku. 
Druga uwaga, nieco dłuższa. Osią tego numeru są wątpliwości Petera i Kitty. Skąd one się biorą? Chyba znikąd. W sensie - chyba zostały wprowadzone właśnie w tym numerze. Trudno powiedzieć. 
Rzecz w tym, że cały wątek z odnowieniem tego związku, całe te zaręczyny i pęd do ślubu, jest prowadzone tak nijako, że to, że nagle opadły ich wątpliwości nie ma żadnej mocy. Mam wrażenie, że Guggi kompletnie się nie przyłożył do tego romansu i liczy, że czytelnikom będzie zależeć tylko dlatego, że przecież to Kitty i Peter, znamy ich od 40 lat, czy to nie urocze, że w końcu są znowu razem? 
Tylko że w ciągu tych 40 lat oni byli razem, ile... Run Whedona i kawałek Utopii, póki Peter nie stał się Juggernautem. Za Claremonta to było szczenięce zauroczenie, które szybko się zakończyło. Tu nie ma żadnej wielkiej, wspaniałej miłości, żeby cały ten wątek można było budować wyłącznie na nostalgii czytelników. To po prostu nie działa. 
Dobra, starczy. Już wystarczająco mi się ulało. Goldy są zazwyczaj nijaką wydmuszką, ale przynajmniej zachowują jakiś ciąg logiczny. Widzę, o co autorowi chodziło, nawet jeśli kompletnie tego nie czuję. Ale ten numer to jest jakaś piramida niekompetencji. (I absurdalnego planu wydawniczego Marvela.)


All-New Wolverine #34 
"Old Woman Laura" part 2
scenariusz: Tom Taylor
rysunki: Ramon Rosanas

Krzycer: Z jednej strony - akcja w porządku, humor w porządku, postaci w porządku, rysunki ok. Z drugiej strony coś mnie tu nie rusza i mam wrażenie, że problem jest na poziomie koncepcyjnym. 
Bo tak - "Old Person cośtam" to w tym momencie komiksowy standardzik. Ale tutaj coś mi nie leży. Zaczynając od tego, że Laura będąca baronessą-gubernatorką Madripooru jest wzięta z kosmosu. Laura nigdy nie dowodziła ani nie zarządzała, a w trakcie swoich przygód odwiedziła Madripoor może dwa razy. I jasne - można powiedzieć, że między teraźniejszością a tą przyszłością zżyła się z tym miastem, ale to jest duży przeskok, który musimy przyjąć na wiarę. 
Dalej - "Old Woman Laura" może mieć, ile, 40 lat w tej historii? Biorąc pod uwagę obecność i wiek wszystkich innych bohaterek, to jest może 20 lat w przyszłości. A przy okazji - jakim cudem Laura zaczęła siwieć przed Kate? Ale dobra, to można podciągnąć pod "szwankujące geny" Laury... 
I wreszcie Maria Hill. Maria Hill jest tu jak Madripoor - Laura praktycznie nie ma z nią żadnej historii. I jasne, mogę sobie dopowiedzieć, że między teraźniejszością a tą przyszłością Laura wiele razy się z nią spotykała... ale to jest już któraś kolejna rzecz, którą "muszę sobie dopowiedzieć". I w rezultacie otrzymujemy alternatywną przyszłość, która mnie kompletnie nie obchodzi, bo nie ma związku z teraźniejszością, z komiksami o Laurze, które czytałem. Tyle dobrego, że Taylor użył tu Hawkeye, choć przecież nawet z nią Laura spotkała się... raz? 
To nie jest zła historia, ale jest... strasznie przypadkowa. 



Exiles #2 
scenariusz: Saladin Ahmed
rysunki: Javier Rodriguez

Krzycer: Ależ tu jest dużo tekstu. Czy naprawdę potrzebujemy tyle tekstu w tym komiksie? Biorąc pod uwagę, że najlepiej wypada sekwencja w kreskówkolandzie, gdzie tekstu jest najmniej - mam pewne wątpliwości. 
Zresztą Mały Wolvuś jest chyba najlepszym elementem tego komiksu, wynoszącym całość na sympatycznie absurdalny poziom. Poza tym autor wciąż nie potrafi mnie przekonać, że ta Blink to naprawdę AoA-Blink. 
A, i jeszcze - ten komiks nie ma scen akcji. To znaczy, nominalnie je ma, ale ich nie realizuje. Ahmed ich po prostu nie napisał. One może gdzieś się tam dzieją, ale tak naprawdę ich nie ma. Mamy w tym zeszycie scenę, gdzie ekipa zaczyna działać jako ekipa, ale co tam tak naprawdę jest? "Khan, użyj swoich taktycznych umiejętności." "Dobrze, użyję. Walczcie." "Dobra jest, wygrywamy". Sparafrazowałem wypowiedzi minimalnie - a to i tak wszystko, co tam jest, bo rysunki praktycznie nic do tego nie wnoszą. To jest moment, by pokazać, jak ta ekipa zaczyna sobie radzić... i nic tu nie ma. 



Hunt For Wolverine #1 
scenariusz: Charles Soule
rysunki: Paulo Siqueira, David Marquez

Krzycer: To było... zaskakująco dobre. Podobali mi się wyjątkowo niepokojący, nieludzcy Reaverzy, podobała mi się konstrukcja tej opowieści i wykorzystanie retrospekcji. Podobało mi się dorzucenie Cyclopsa w retrospekcjach, bo pasuje - tak, obie grupy się żarły w tym okresie, ale nawet w ówczesnych komiksach były sytuacje, gdy jedni i drudzy się spotykali, gdy okoliczności tego wymagały, bo jednak wciąż byli rodziną. 
Druga historia jest już prostym wprowadzeniem do tego tuzina miniserii, które zaraz zaczną się ukazywać, i ok, logika "Logan był również Avengerem, więc dajmy znać różnym ludziom" mnie przekonuje... ale już logika "Madrox nie żyje, więc Daredevil" mi trochę umyka. Biorąc pod uwagę, że Madrox miał cały zespół do tego swojego detektywowania, i 90% tego zespołu jest teraz w szeregach różnych x-grup... Pal sześć, Daredevil styknie. 
Rysunki są nierówne - co oczywiste, biorąc pod uwagę, że zeszyt narysowało parę osób. Ale są też nierówne z kadru na kadr, czasami spadając do poziomu zwykłych baboli. Na początku starcia z Reaverami jest taki moment, gdy Kitty ma chyba moce Mr Fantastica, bo kompletnie nie zachowuje żadnych proporcji... 
Ale podobało mi się. Tyle tylko, że... wstawka z Loganem ma sprawiać, że zaczniemy sobie zadawać pytania. Co się z nim dzieje? Kto mu towarzyszy, kto do niego mówi? Czy on jest sobą? Czemu tak dziwnie się zachowuje? I super. Dobre pytania, które sprawiają, że jego powrót robi się ciekawszy i niejednoznaczny. Więc dlaczego, do jasnej cholery, Marvel postanowił wcześniej wydać tuzin komiksów, w których Logan w pełni władz umysłowych skacze sobie z Klejnotem Nieskończoności po całej Ziemi? 
Oczywiście, być może okaże się, że "Hunt for Wolverine" miał miejsce przed tym wszystkim - sceny z miniJean zdają się sugerować, że to wszystko toczy się przed rezurekcją starszej Jean - ale i tak... miał tu miejsce standardowy marvelowy strzał w kolano. 


Legion #4 
scenariusz: Peter Milligan
rysunki: Lee Ferguson

Krzycer: Przykro mi, nadal nuda i banały i kompletne rozczarowanie. Ale rysunki są w porządku. 


Mighty Thor #706
"Death of Mighty Thor" conclusion
scenariusz: Jason Aaron
rysunki: Russell Dauterman

Rodzyn: Poprzedni numer był jednym z lepszych w historii tej serii, miał epickie sceny i świetne zwieńczenie. Tutaj niestety kluczowa rzecz zostaje odkręcona i... Muszę przyznać, że przed lekturą tego numeru rozważałem taką opcję zakończenia tej historii i stwierdziłem, że nic to nie zepsuje. I tak też jest. Jestem zadowolony z tego zakończenia i wierzę, że Aaron dobrze pociągnie to dalej w przyszłości. 
Wchodząc nieco w szczegóły: mamy tu świetnie ukazaną scenę przed wrotami Valhalii z wymianą zdań między Odynem a Jane. Gdy Foster ma szansę pogadać z Thorem też jest ona pełna emocji i domyka to historię, dając nam przy tym nowe otwarcie. Szkoda jedynie, że Dauterman już nie będzie głównym rysownikiem przygód Thora, ale Del Mundo da nam równie magiczne kadry. 


Thanos Annual
scenariusz: Kieron Gillen, Al Ewing, Donny Cates, Ryan North i inni 
rysunki: Frazer Irving, Katie Cook, Geoff Shaw i inni

Rodzyn: Tego się po tym zeszycie nie spodziewałem, bo mamy tu równie wiele mrocznych i dramatycznych historii po dziwne i komediowe. Zabawne podejście do postaci Thanosa może dla kogoś być przegięciem, ale i tak mamy dzięki temu całkiem przyjemne w odbiorze komiksy. Bo to one wyróżniają się w tym zeszycie, a nie te, w których dostajemy kolejną historię o tym, jak Thanos bezwzględnie zabija mieszkańców kolejnej planety. Przewodnikiem po historiach jest Cosmic Ghost Rider, co wypada raz gorzej raz lepiej. A najciekawiej jest dopiero pod sam koniec, gdy dowiadujemy się, co się stało z nim po wydarzeniach z ostatniego numeru Thanosa. 
Czy to dobry zeszyt dla kogoś, kto dopiero obejrzał Infinity War i chciałby poznać Thanosa lepiej? Raczej nie, ale też nie jest to jakiś wyjątkowy komiks. Jest dużo więcej ciekawych historii z Thanosem, a tutaj mamy jedynie pewną zabawę z gatunkami i samą postacią. 


X-Men Blue #26 
scenariusz: Cullen Bunn
rysunki: R.B. Silva

Krzycer: A więc to taki jest plan. To całkiem sprytny plan. A przy okazji dowiadujemy się, że w duecie Emma-Havok Emma jest tą mniej złą. Tego też się nie spodziewałem. Przy okazji Bunn zdaje się ustawiać Emmę na pozycji, w której zdradzi resztę Bandy Czworga by pomóc X-Men. Co przywitałbym z radością, bo wciąż liczę, że prędzej czy później Marvel się opamięta i przywróci ją w szeregi X-Men. 
Tymczasem All-New All-Blue wchodzą do akcji i... ok, Daken kompletnie stracił pazury. W metaforycznym znaczeniu. Mam nadzieję, że Bunn prędzej czy później poświęci chwilę, by wyjaśnić, co on właściwie robi w tym zespole, ale nawet jeśli, to nic nie wybaczy sceny, w której Daken tłumaczy Jimmy'emu "co ich ojciec by w tej sytuacji zrobił". No żeż cholera jasna! Daken może być antybohaterem, ba, Daken może nawet eksperymentować ze zwykłym bohaterstwem - to wszystko mieści się w charakterze tej postaci. Ale Daken nie może stawiać Logana na piedestale i mówić o nim jako o autorytecie. To... to jest jakieś kompletnie niezrozumienie postaci. Już od paru lat lubię komiksy Bunna i wybaczam mu sporo niedociągnięć, ale ta scena nie powinna się tu znaleźć. 
Ale wracając do zalet - X-Men niszczący Sentinele do samego końca powtarzające, jak ważne jest pomaganie mutantom to uroczo absurdalna scenka.


Sprawdź także:
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.