Avalon » Publicystyka » Artykuł

It's all a lie! - komentarz do Avengers: No Surrender #679-690


W lutym tego roku podsumowywałem dla Was pierwszy akt wydarzenia jakim było Avengers: No Surrender. Planowo teksty miały pojawiać się co cztery zeszyty, ale tak się złożyło, że po napisaniu kolejnego pełnego tekstu, jak to czasem bywa, ten usunął mi się przez moją nieuwagę. Odwlekałem powrót do tego zadania, po drodze uzbierało się sporo innych rzeczy do napisania, a do tego komiksu nie chciało mi się wracać, chociaż całość zakończyła się końcem kwietnia. Dlaczego? Avengers: No Surrender, choć nie zapowiadało się tak źle i kusiło chęcią uporządkowania sytuacji, jaka panuje wśród Mścicieli, ostatecznie okazało się bardzo przeciętnym, niezbyt interesującym tytułem. Widać, że twórcy chcieli się tu przede wszystkim dobrze się bawić, ale sam czytelnik tego nie odczuwa. Co w takim razie wydarzyło się po pierwszym akcie tego wydarzenia?

W piątym zeszycie poznaliśmy Challengera i jego genezę. To brat Grandmastera, któremu ten skradł imię przy ich wcześniejszym starciu, skazując go na zapomnienia. Dowiadujemy się, że powrócił on z wygnania, gdy uniwersum odrodziło się po Secret Wars, pozwalając mu się zemścić. Tymczasem nasi bohaterowie opłakują śmierć Human Torcha (choć wcale nie zginął), obmyślają nowe plany i walczą zarówno z pozostałościami po Black Order jak i Lethal Legion. Obecni przy Jarvisie Beast i Wasp starają się mu pomóc, jednak ten wciąż leży w śpiączce w bardzo złym stanie. Gdzieś w tym wszystkim widzimy, że nadciąga jakaś tajemnicza postać (którą wiadomo od początku, że jest Hulk). Poznajemy w tym samym czasie genezę Valerie Vector (choć nieprawdziwą), a do walczących superbohaterów dołączają Hawkeye i Red Wolf. Ten drugi czuje, że za tajemniczymi Pyramoidami kryje się jakaś większa tajemnica i decyduje się jeden z nich przechwycić. Wspierany przez towarzysza łapie ten artefakt i znika tak jak wcześniejsze osoby, niepokojąc pozostałych Avengers. Dzięki temu między Challengerem i Grandmasterem wciąż jest remis. Pod koniec drugiego aktu do gry włącza się Hulk, który wspierać będzie pierwszego z tych graczy. Jarvis zaś wybudza się na chwilę ze śpiączki krzycząc “to wszystko kłamstwo!”. Drugi akt No Surrender niewiele wniósł do całości, opierał się na podbudowaniu powrotu Hulka, a wyszło średnio. Informacje, jakie dostaliśmy o Challengerze są nieco zaskakujące, ale może trochę zbyt późno wyjawione, bo nie jest to nic wielkiego. Czuć, że historia jest nieco rozwleczona i przydałoby się to skondensować do co najmniej dwa razy mniejszej liczby numerów.


Trzeci akt rozpoczynamy pojawieniem się piątego pyramoidu na Ziemi. Trafia on do szpitala, w którym zlokalizowany jest Jarvis, a że jest to kamień dusz, masa zjaw zaczyna atakować naszych bohaterów. Wasp próbuje przechwycić artefakt, jednak coś jej przeszkadza. Beast zaś zmniejsza się i trafia do organizmu Jarvisa by zniszczyć to, co wywołuje u niego chorobę. Na miejscu pojawia się Voyager, która kradnie pyramoid umieszczając ją w polu siłowym, wcześniej uniemożliwiającym wzięcie go Wasp, po czym znika. Jarvis, który powoli zaczyna stawać na nogi, krzyczy, że kobieta nigdy nie była częścią Avengers i okłamuje ich wszystkich.

Kolejny numer rozpoczyna się od pewnego rodzaju wprowadzenia do serii Immortal Hulk, która rozgrywa się tuż po wydarzeniach z No Surrender. Widzimy tu, jak Banner mimo kolejnych śmierci, wciąż jest w stanie powrócić do życia. Okazuje się, iż Hulk jest nieśmiertelny i za każdym razem potrafi go uratować i przywrócić do świata żywych. Teraz Hulk jest na usługach Challengera i musi pokonać nie tylko Lethal Legion, ale też Avengers. Wychodzi z tego epickie starcie Zielonego Olbrzyma z Red Hulkiem w zbroi Iron Patriot. Kolejni bohaterowie stają na jego drodze, jednak ten jest nie do pokonania. Gdy wydaje się, że sytuacja zostaje opanowana z pomocą Rogue, Hulk powraca i niszczy Pyramoid, gdy na miejscu pojawia się Voyager. Kobieta wyjaśnia bohaterom, że wszystko co robiła, robiła by pomóc Avengers, gdyż ani Grandmaster (jej ojciec), ani Challenger, nie mogą wygrać pojedynku. Gdy ten drugi dowiaduje się o podstępie brata, rani go i postanawia zniszczyć Ziemię i jej bohaterów. Wszystko to kończy trzeci akt i zaczyna czwarty.

No Surrender zapowiadano w czterech aktach, gdzie każdy rysować miał inny artysta o zbliżonym do siebie stylu, mieszając się jedynie w finałowy akcie. Już jednak od drugiej części tego wydarzenia, artyści musieli wspomagać się pomocą innych, część rysunków była niedopracowana, a patrząc na to, jak wiele miejsce zajmują poszczególne zdarzenia, możnaby to ładniej skondensować. Najlepsze co dostajemy w tym akcie to walka Hulka i Iron Patriota. Po raz pierwszy w tym evencie czuję, że coś się dzieje, czuję stawkę, gdy Avengers chcą pomóc dawnemu przyjacielowi i gdy są bezradni w walce z nim. Jest akcja, są emocje, to mi się podoba, ale tylko w tym krótkim fragmencie to widać. Krótki wstęp do Immortal Hulk także jest dobrą lekturą, jak w sumie każdy moment z Bannerem.  Można dojść do prostych wniosków: gdy pisze Ewing, poziom komiksu rośnie, w innych częściach jest po prostu przeciętnie.


Czwarty akt zaczyna się od wyjaśnień Voyager i jej prośby o wybaczenie. W tym samym czasie odbywa się o wiele ciekawsza rozmowa Jarvisa z Brucem Bannerem, który obwinia się o wszystko i nie wie co robić. Quicksilver, który zmęczony jest bieganiem za tajemniczym niebieskim impulsem, postanawia go w końcu dogonić, obwiniając go za całe zło jakie obecnie dzieje się na Ziemi i uważając go za klucz do całej zagadki. Pędząc szybciej niż kiedykolwiek, w końcu przenosi się do innego wymiaru (dalszy ciąg tej historii dopiero w Quicksilver: No Surrender - tytulena tyle średnim, że spokojnie wątek ten mógłby zniknąć i pozwolić całej historii toczyć się płynniej). Na powierzchni Ziemi pojawia się Challenger, który chce dokończyć swoje dzieło i ostatecznie zniszczyć planetę i jej bohaterów. 

Tymczasem nasi bohaterowie, którzy zostali “zamrożeni”, wracają do siebie i to od razu do akcji. Wielu z nich walczy z Challengerem, w tym Hulk. Natomiast Lightning odnajduje rannego Grandmatera w jego siedzibie i wyzywa go na karciany pojedynek. Jeżeli wygra, ten odda mu Human Torcha i Red Wolfa. Jeżeli przegra, w rękach En Dwi Gasta znajdzie się cała Ziemia. Miguel podbija stawkę oferując swoje życie - jeżeli przegra, zostanie wymazany z kart historii i nikt się o nim nie dowie. Grandmaster jest przerażony: jeżeli miałby przebić, musiałby zaoferować wspomnienie o sobie i swoje życie. Poddaje się obawiając się porażni i tym samym Lightning ratuje przyjaciół i Ziemię. W tym samym czasie bohaterowie walczący z Challengerem pokonują go, a planeta wraca na swoją orbitę.

Ostatni zeszyt tego wydarzenia pokazuje, jak bohaterowie radzą sobie z konsekwencjami ostatnich zdarzeń. Posiadłość Avengers jest ruiną, Mściele zastanawiają się więc, co dalej. Black Order zostaje odnalezieony przez Grandmastera i ten proponuje im współpracę (zobaczymy ją w miniserii Black Order w listopadzie). Lethal Legion też się gdzieś ukrywa, planując swoją zemstę. Toni Ho jako nowa przywódczyni AIM decyduje się zmienić nazwę na RESCUE i stworzyć nowy cel dla organizacji. Kobieta naprawia też Visiona, który najbardziej ucierpiał ze wszystkich bohaterów i nie jestem pewny, czy mamy tu jakieś sugestie, że coś przy naprawach poszło nie tak. Scarlet Witch w towarzystwie Brother Vodoo rozpoczyna poszukiwanie swego brata (patrz: Quicksilver: No Surrender). Hawkeye spotyka się z Brucem, pierwszy raz od kiedy Clint na prośbę Bannera go zabił. Naukowiec boi się, że jeg powrót do życia sprawił, że przyszłość, w której zabija Avengers wciąż jest realna (ciąg dalszy w świetnym Immortal Hulk). Challenger skuty i bezbronny pilnowany jest przez Voyager, obserwując z nią nowe zagrożenia z jakimi zmierzyć się będą musieli Avengers. Tymczasem na miejscu dawnego pomnika staje nowy, z kompletem Avengers, którzy uratowali Ziemię w trakcie No Surrender


Avengers: No Surrender to zwieńczenie jednego z nudniejszych okresów w historii Avengers. Żaden z twórców odpowiedzialnych za niego nie potrafił stworzyć historii ponadprzeciętnej i wyróżniającej się (choć Ewing był tego najbliżej, szkoda że przez taką liczbę tytułów o Mścicielach niewielu to dostrzegło). Historia ma momenty, bywa ciekawie, gdy śledzimy losy Bruce'a Bannera mierzącego się ze swoją nieśmiertlenością i ciążącym na nim fatum. Jest epicko, gdy Hulk bez oporów walczy z kolejnymi Mścicielami. Bywa, że relacje między pozostałymi Avengers są ciekawie napisane, ale czuć to głównie przy bohaterach pisanych wcześniej przez Ewinga. Kto wie, może gdyby sam za wszystko odpowiadał byłoby ciekawiej?

Całość, jak już wspominałem, ma wielu artystów, czego Marvel chciał uniknąć, ale się nie udało. Trudno się nie dziwić, skoro seria wychodziła co tydzień. Mimo paru niedoróbek, całość jest dość spójna pod względem graficznym, to typowy styl dla superbohaterskich historii, w dużej większości jest mało oryginalnie. 

Walka Avengers z Challengerem i Grandmasterem została nie do końca dobrze rozplanowana. Mamy całkiem dobry, choć nieco przydługi wstęp w akcie pierwszym, mało ciekawy drugi akt, który można by było skondensować, coś się dzieje w trzecim, ale też dałoby się to lepiej opowiedzieć, zaś w samej końcówce nie czuć stawki, wszystko dzieje się szybko, byle tylko to skończyć. Mamy różne wątki, które nie potrafią oddziaływać w równym stopniu an czytelnika. Wprowadzony na początku Lightning, mimo kluczowej roli, jest nieco zbędny i szkoda, że nie wprowadzono go nieco wcześniej w jakiejś z serii, tak że wtedy zaznaczonoby, że chce pokazać swoją wartość. Wątek Quicksilvera jest zbędny i ten biega donikąd. Voyager okazuje się być mało wyrazistą postacią, a cała jej machinacja jest do przewidzenia. Mamy ciekawsze problemy wśród byłych U.S.Avengers np. Red Hulk ma problemy z przemianami, które mogą go zabić. Najciekawiej zaś, jak już pisałem, jest wtedy, gdy mamy sceny z Bannerem i to, że z tego wszystkiego wyniknęła tak dobra seria jak Immortal Hulk, to największy plus No Surrender

Dla kogo jest więc ta historia? Chyba najwięcej mogą z niej wyciągnąć fani Ewinga i tego co robił w New Avengers i U.S.Avengers. Pojedyncze zeszyty mogą też dobrze wprowadzić do Immortal Hulk, choć ta seria od pierwszego numeru ładnie buduje nastrój sama w sobie. 

Trójka scenarzystów chciała stworzyć lekką i pełną akcji historię, w której czuć stawkę i to, że kończy się pewien okres w życiu Avengers. Dostaliśmy bardzo nierówno opowieść, która kończy jeden z mniej ciekawych okresów w historii drużyny, nie ma tu kulminujących się wątków z trzech serii, ma się wrażenie, jakby część z postaci przez te ostatnie lata nic interesującego nie robiła. Czy zmienił to Aaron przejmując Avengers, będąc jedynym (nie tak do końca) scenarzystą Mścicieli u Marvela? Sprawdzę to w kolejnych tygodniach pisząc o dotychczas wydanych zeszytach w ramach tej serii. 

Wojtek "Rodzyn" Rozmus

Avengers: No Surrender #679-690
scenariusz: Mark Waid, Al Ewing, Jim Zub
rysunki: Pepe Larraz, Kim Jacinto, Mike Perkins, Sean Izaakse, Paco Medina, Joe Bennett, Stefano Castelli

Sprawdź także:



Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.