Avalon » Publicystyka » Artykuł

Powrót do odległej galaktyki: Epizod III

Tekst pierwotnie ukazał się na stronie podcastu Myszmasz tuż przed premierą siódmego epizodu Gwiezdnych Wojen.

Mroczne widmo i Atak klonów za mną. Mam wrażenie, że powszechnie uważa się, że dalej może być już tylko lepiej, ale czy naprawdę tak jest? Zobaczmy, jak mszczą się Sithowie.




Ciekawie robi się już podczas lektury przelatujących przez kosmos napisów, opisujących konflikt Republiki z Separatystami jako wojnę, w której “po obu stronach są bohaterowie”. Co sugerowałoby, że ta druga strona może mieć jakieś racje. Szkoda, że w filmie ani racji Separatystów, ani ich bohaterów nie uświadczymy.

Mimo to bardzo lubię otwarcie Zemsty Sithów, a pierwsze ujęcie – wręcz uwielbiam. Przez ekran przelatuje okręt (dla maniaków – niszczyciel gwiezdny typu Venator), nad nim – dwa myśliwce. Myśliwce wymijają okręt, kamera podąża za nimi, i odkrywamy, że statek zasłaniał toczącą się nad Coruscant bitwę. Wiem, że w historii kina zapisał się pościg nad Tatooine otwierający Nową nadzieję, ale – ta scena bardziej mi się podoba.

Dalej też jest ciekawie, bo akcja cały czas koncentruje się na pilotujących myśliwce Anakinie i Obi-Wanie. Do tego jeszcze dwie-trzy przebitki na towarzyszące im klony, ale nic poza tym – żadnych planów ogólnych, żadnej prezentacji całej bitwy. To zawężenie perspektywy też mi się podoba. Sama bitwa jest namalowana w komputerze, ale wygląda nieźle – do czasu, gdy bohaterom nie grożą “buzz droids”, małe irytujące żuki z palnikami, które obsiadają myśliwce i kroją je na kawałki. Nie wyglądają najlepiej. Ale i tak – początek jest bardzo przyjemny, podoba mi się również to, jak płynnie przechodzimy z akcji w kosmosie do akcji na pokładzie okrętu Separatystów. Obi-Wan wyskakujący z kokpitu, w locie uruchamiający miecz świetlny i tnący droidy bojowe podczas lądowania wypada świetnie. Tutaj – i przez kolejnych kilkanaście minut – widzimy to, czego tak brakowało w Ataku klonów: Anakina i Obi-Wana walczących ramię w ramię, tworzących zgrany zespół.




Samo ciachanie droidów bojowych wypada jakby nieco lepiej, ale wciąż nie jest szczególnie interesujące. Za to wkrótce pojawiają się moje ulubione droideki, a Anakin i Obi-Wan muszą uciekać. I choć to mi się podoba, to wiecie, czego mi w prequelach brakuje? Sceny, w której jakiś Jedi ostatecznie musiałby walczyć z droideką, zamiast salwować się ucieczką. Od Mrocznego widma widzimy je jako niszczycielską broń, ale nie ma ani jednej sytuacji, w której ktoś musiałby w końcu stawić im czoła z mieczem w ręku.

Zostawiony sam sobie Artoo chowa się przed droidami bojowymi, z czego potem wyjdzie slapstick. Lepszy niż w Ataku klonów (bo bez C3PO?), ale wracają silniki rakietowe R2, których nie lubię, a poza tym cała scena trąci taką sobie komputerową grafiką.

Jeszcze zanim ostatecznie porzucimy kosmos – w Zemście Sithów chyba pierwszy raz w Sadze widać taką klasyczną scenę sci-fi, jak ludzie wysysani w próżnię. Widzimy klona wyrwanego z kokpitu zniszczonego myśliwca, potem – kiedy Jedi dokonali już abordażu – mamy parę przebitek na bitwę i załogantów okrętów wylatujących przez dziury w burtach. Biorąc pod uwagę, jak prequele zdehumanizowały przedstawiany konflikt (w końcu jedna strona wystawia do boju same droidy, żeby widzowie nie musieli się przejmować, że ci dobrzy masowo zabijają swoich wrogów), dodanie tych szczegółów wypada dziwnie. A to nie pierwsza taka rzecz.

Tymczasem Jedi znajdują “uwięzionego” Palpatine’a, zostają nakryci przez hrabiego Dooku i otrzymujemy krótką, ale bardzo fajną walkę. Tyle tylko, że Dooku w pewnym momencie miota Mocą Obi-Wanem, i można się zastanawiać, czemu nigdy wcześniej nikt nie próbował robić takich rzeczy w trakcie tych pojedynków. A chwilę później ten sam Dooku przygniata Obi-Wana kawałkiem kładki, którą miał pod ręką, i tutaj bardzo szwankuje CGI – wygląda to koszmarnie niewiarygodnie. Obi-Wan powinien mieć po tym pogruchotane nogi, ale później będzie więcej sytuacji zawieszających prawa fizyki i biologii.

Przyglądający się walce Palpatine wypada świetnie. Żeby za często się nie powtarzać – a powtarzałbym się naprawdę bardzo często – załóżmy, że jeśli nie zwracam uwagi, że Ian McDiarmid przeszarżował w jakiejś scenie, to oznacza, że wypadł w niej znakomicie. Bo jest w Zemście Sithów naprawdę rewelacyjny, i to bardzo konsekwentnie.




Na marginesie – ten film będzie potrzebował licznika odciętych części ciała. Stan po egzekucji Dooku: 2 ręce, 1 głowa.

Uciekający Jedi i Palpatine biegają, spadają, znowu biegają, a w końcu zostają złapani przez generała Grievousa. W tym czasie trochę się przekomarzają, Artoo zapewnia jeszcze trochę slapsticku, i – szok i niedowierzanie – wypada to całkiem sympatycznie. Grievous zaś… nie jest koszmarny. Byłem nim bardzo rozczarowany, bo Genndy Tartakovsky przedstawił go wcześniej w swoich “Wojnach klonów” (serial animowany klasycznie, nie mylić z “Wojnami klonów” animowanymi komputerowo, które powstały parę lat po Zemście Sithów) i zrobił to dużo lepiej, ale oceniając filmowego Grievousa osobno – w zasadzie jest w porządku. Trudno cokolwiek powiedzieć o jego motywacjach czy charakterze, ale wygląda nieźle i jest w miarę trudnym przeciwnikiem. Mało, ale zawsze coś.

Dla porównania, Tartakovsky zrobił to tak:

 


Akcja przenosi się na mostek, gdzie Jedi się uwalniają, Grievous salwuje się ucieczką, a nasi bohaterowie wyżynają kolejny tuzin droidów albo dwa. Ale coś się zmieniło od poprzednich filmów. Droidy bojowe zawsze miały wprowadzać trochę humoru, z tym swoim “roger roger” i innymi odzwykami, ale Zemsta Sithów jeszcze bardziej je uczłowiecza. One tutaj wyrażają emocje (strach) i próbują ratować swoje życie (uciekają). Znowu więc pytam – co Lucasowi chodziło po głowie? Czy pomimo zaludnienia ekranu setkami droidów i klonów, postanowił nagle pokazać, że wojna jest straszna i przynosi śmierć? Nasi bohaterowie wyżnęli przez wszystkie trzy filmy setki droidów, i naprawdę nie wiem, co twórca miał na myśli, uczłowieczając je do tego stopnia.

Ojej, jesteśmy dopiero w 20 minucie filmu. To będzie długi tekst.

Kolejna scena akcji: generał Grievous uciekł, okręt spada z orbity, Anakin ląduje połową statku na pasie startowym. Zapytałbym, skąd tu nagle pas startowy – wszystkie latające pojazdy, jakie dotąd widzieliśmy na ekranie, miały możliwość pionowego startu i lądowania – ale mniejsza o detale. Sama sekwencja jest w porządku, no i awaryjne lądowanie dużego okrętu to coś, czego jeszcze w Gwiezdnych wojnach nie widzieliśmy, a to zawsze plus.

Pożegnanie Obi-Wana i Anakina to ich kolejna sympatyczna wspólna scena – to jest wprost niewiarygodne, o ile lepsza Zemsta Sithów jest pod tym względem od Ataku klonów. Zaraz potem – kolejne zaskoczenie. Padmé wita się z Anakinem po długiej rozłące i informuje go o ciąży, i to też wypada dobrze! Jasne, dialogi trochę zgrzytają, ale przynajmniej i Christensen, i Portman grają w tej scenie i wiedzą, co mają zagrać.

A teraz pora na kolejny odcinek segmentu pod tytułem “czas według Lucasa”. W którym miesiącu ciąży jest Padmé? Po wyglądzie trudno ocenić, bo pod tymi obszernymi kostiumami, które nosi, mogłaby ukryć jeszcze ze dwie osoby. Nie wiemy również, ile nie widziała się z Anakinem, ale trwa wojna, więc to mogło być nawet pół roku. Mimo to pamiętajmy, że Padmé urodzi zdrowe dzieci przed końcem filmu. Wspominam o tym, bo upływ czasu w tym filmie to coś, do czego będę w tym tekście wracał jeszcze parę razy.




Tymczasem po krótkim interludium – generał Grievous ląduje w jednym z lejów krasowych planety Utapau i rozmawia z holograficznym Sidiousem – otrzymujemy Słynną Scenę Balkonową między Anakinem i Padmé. Wiecie, o której mówię. “Jesteś taka piękna”. “To dlatego, że jestem zakochana.” “Nie, to dlatego, że ja jestem w tobie zakochany.” “Więc miłość cię zaślepiła?” “To nie do końca to, co miałem na myśli.”

To ta scena.

I jest to… No, ta scena nie działa – ale takie sobie dialogi wcale nie są podstawą problemu. Będę to wytykał przy następnych epizodach, ale dobrze pamiętam, że oryginalna trylogia też ma sporo koślawych kwestii, które w większości mimo to działają. Ta scena nie działa – ale nie dlatego, że jest źle zagrana. Ta scena nie działa, bo jest idiotycznie wyreżyserowana. Na papierze to jest niemalże samograj – źle napisany, ale samograj. Mamy dwójkę zakochanych ludzi, którzy się przekomarzają. Przecież nawet z tych złych dialogów wynika, że się przekomarzają, prawda? Ale na ekranie to jest zagrane absolutnie na poważnie – poważna deklaracja, poważne oburzenie, dopiero na samym końcu Anakin się trochę uśmiecha, zakłopotany. I to jest powód, dla którego ta scena kompletnie nie działa.

Zaraz potem widzimy wizję umierającej w połogu Padmé. Trochę mnie to zastanawia – nigdy wcześniej nie pokazywano nam tego typu wizji. Luke tylko mówił, co zobaczył na Dagobah, Anakin miał koszmary – ale nie widzieliśmy tych obrazów. Więc pokazanie czegoś takiego w szóstym z kolei filmie jest dziwne. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę ile razy w poprzednim tekście czepiałem się, że Lucas każe bohaterom coś opowiedzieć, żeby nie pokazywać tego na ekranie, chyba nie wypada, żebym czepiał się i teraz. Oczywiście chwilę później Anakin opowiada Padmé o owym śnie, więc, znowu, mamy dwa razy z rzędu tę samą informację.

Tak na marginesie, między Atakiem klonów i Zemstą Sithów Padmé przemeblowała mieszkanie – teraz są tu rzeźby, ciekawe meble, jakaś fontanna, ogólnie – coś się w tej przestrzeni dzieje, nie jest już taka pusta i nudna, jak w poprzednim filmie. Aczkolwiek to chyba w ogóle jest inne mieszkanie.

W ramach dyskusji Anakina i Padmé o dziecku i o zmęczeniu jakie czują w związku z utrzymywaniem ich związku w tajemnicy pada dość dziwne zdanie. Padmé sugeruje, że Jedi wyrzucą Anakina z Zakonu – i pewnie ma rację. Po czym mówi, że królowa (Naboo) nie pozwoli jej dłużej piastować funkcji senatora. Jeśli mielibyśmy odczytywać to jako stwierdzenie faktu, a nie paranoiczny lęk bohaterki, co to właściwie mówi o odległej galaktyce? Matka nie może być senatorem?

Następnie Anakin szuka rady u Yody, który po buddyjsku radzi mu zerwać ziemskie więzi. To oczywiście najgorsza rada, jakiej w tym momencie mógłby mu udzielić, ale jest to zgodne z charakterem postaci. W ogóle w tej scenie Yoda jest chyba najbliższy temu, jakim go poznaliśmy w Imperium Kontratakuje.



Pora na nowy wątek – Palpatine naciska na Jedi, by przyjęli Anakina do Rady jako przedstawiciela Senatu. To jest jednocześnie dobry i zły motyw. Dobry – bo gierki Palpatine’a zawsze są fajne, bo wie, jak zareagują Jedi, bo manewruje Anakinem tak, by pogłębić jego frustrację. Na dodatek widzimy, że postawa Anakina wciąż niepokoi Obi-Wana. To wszystko wypada na plus. Niestety, reakcja Anakina oburzającego się na to, że Jedi dają mu fotel w Radzie, ale bez tytułu mistrza, wypada kiepsko. Tak, Anakin jest ambitny – ale przecież to jest nadzwyczajna sytuacja, narzucona przez Palpatine’a, a nie normalny proces decyzyjny Jedi. Anakin wypada strasznie dziecinnie.

I teraz tak – po fakcie drugie (komputerowe) Wojny klonów trochę to wyjaśniły. Anakin w międzyczasie miał uczennicę, którą szkolił, ergo – był mistrzem. Przynajmniej dla Ahsoki. Biorąc to pod uwagę, faktycznie jest coś w tym, że Anakin uważa, że Jedi go nie doceniają. Ale to jest coś dopisanego po fakcie, a sama Zemsta Sithów się tu nie broni.

Na dodatek zauważmy, że w Radzie mamy teraz Yodę, Windu, Ki-Adi Mundiego, Obi-Wana i Anakina – aż pięć osób, które dostają kwestie. Absolutny rekord. Reszta Rady, jak zwykle, służy za milczące tło, względnie tapetę.

Wracając do fabuły, Obi-Wan proszący w imieniu Rady, by Anakin donosił im o działaniach Palpatine’a, to fajny pomysł. Umieszczenie Anakina między młotem a kowadłem, zmuszenie, by opowiedział się po jednej ze stron już w pierwszej połowie filmu, pomaga przełknąć to, co wydarzy się później.

Jakby tego było mało, chwilę później Padmé prosi Anakina, by wpłynął na Palpatine’a – ma go przekonać, by rozpoczął negocjacje z Separatystami. Anakin oburza się, że to nieetyczne, i że Padmé jako senator powinna zgłosić taką prośbę oficjalnymi kanałami. To jest kolejny fajny element – kolejna osoba naciskająca na Anakina dodatkowo utrudnia jego sytuację. Do tego widzimy, że związek Padmé i Anakina trzeszczy.

Niestety, w tej scenie mamy również rozmowę, w której Padmé pyta Anakina, czy nigdy nie przyszło mu do głowy, że walczy po złej stronie. Sam dialog mi nie przeszkadza – więcej, jest to ciekawa sugestia. Niestety, rozmowa zostaje ucięta, więc jej jedyny rezultat jest taki, że znowu myślę o tym, jak mało wiemy o Separatystach i przyczynach tej wojny.

Na marginesie, w tym epizodzie krajobrazy Coruscant są chyba jeszcze bardziej zróżnicowane, niż w Ataku klonów. Bardzo to miłe.

Teraz pora na kolejną kluczową scenę. Palpatine rozmawia z Anakinem w operze. Mam dwa zastrzeżenia do tej sceny – po pierwsze, Palpatine domyśla się, że Rada kazała Anakinowi donosić o jego działaniach. W zasadzie to koniec potencjalnie ciekawego wątku Anakina miotającego się między kanclerzem a Radą. Drugie zastrzeżenie dotyczy detalu – żałuję, że kamera ani razu nie skupia się na spektaklu, który oglądają widzowie. Widać kule wody zawieszone w próżni, między którymi przeskakują jakieś pływające istoty – chciałbym zobaczyć to z bliska.

Poza tym nie mam zastrzeżeń. Palpatine pogrywa coraz bardziej otwarcie. Dzieli się podejrzeniami, że Jedi chcą go zdradzić. Opowiada historię Dartha Plagueisa. (Na marginesie – plusik dla Lucasa, że powstrzymał się przed dodaniem gdzieś w filmie dosłownego potwierdzenia, że chodzi o mistrza Palpatine’a. Wystarczająco wyraźnie wynika to z jego słów w tej scenie.) Podjudza Anakina, mówiąc, że Jedi na pewno wybiorą właśnie jego, by złapał generała Grievousa. Mógłbym się przyczepić, że Anakin jest wyjątkowo głupi, skoro nie widzi tego, jak Palpatine nim manipuluje, ale robi to od lat, więc można to kupić. A zresztą McDiarmid jest w tej scenie taki dobry, że… ale miałem nie marnować tekstu na wymienianie, kiedy McDiarmid gra dobrze. Ciągle, i tyle.

Interludium – Yoda na Kashyyyku. Nic z tego nie wynika, ale jest pocztówka z Wookiee… Wookieemi… Wookiesami? Jaki będzie narzędnik liczby mnogiej Wookiee?

52 minuta filmu – Obi-Wan leci złapać Grievousa. Przed odlotem żegna się z Anakinem. To jest ich kolejna dobra wspólna scena. Na dodatek tym razem rozdzielenie ich w tym momencie ma sens – no i spędzili razem na ekranie dużo więcej czasu, niż w Ataku klonów.
Poza tym po naradzie z klonami na pokładzie Venatora, Obi-Wan leci na Utapau myśliwcem, który podczepia się do pierścienia z napędem nadprzestrzennym, a jak pisałem poprzednim razem – uwielbiam te pierścienie.

Kolejna wizja Anakina, kolejny raz pokazana na ekranie, kolejny raz z umierającą w połogu Padmé. Tym razem jest przy niej Obi-Wan – dobry dodatek, podsycający różne brzydkie rzeczy, jakie Anakin czuje względem swojego dawnego mistrza. A, właśnie – Zemsta Sithów tak dobrze pokazuje Anakina i Obi-Wana jako partnerów, że aż można przegapić to, że Anakin nie jest już uczniem Obi-Wana, tylko pełnoprawnym rycerzem.

Anakin dzieli się swoimi obawami z Padmé w ich kolejnej udanej scenie. Nie pisałem jeszcze o tym, jak to obawa o życie Padmé popycha Anakina w stronę Ciemnej Strony. To jest proste – może nawet prostackie, biorąc pod uwagę, że to samospełniająca się przepowiednia – ale jeśli o mnie chodzi, to działa. Zwłaszcza, jeśli weźmiemy pod uwagę, że to tylko jeden z powodów. Główny, ale nie jedyny.




Tymczasem wracamy do Niezwykłych Przygód Obi-Wana. W poprzednim odcinku – klony i pojedynek w deszczu. Tym razem – leje krasowe, dziwaczni mieszkańcy planety, ujeżdżanie ogromnej jaszczurki (♥♥♥) i pojedynek na pięć mieczy. I teraz tak – z jednej strony doceniam, że dostajemy coś nowego, bo czwororęcznego cyborga jeszcze nie było. Przeciwnika walczącego mieczem, choć nie potrafi korzystać z Mocy, też nie. Z drugiej strony, biorąc pod uwagę, jak Grievous prezentuje się na początku walki, Obi-Wan wygrywa to starcie ze zdumiewającą łatwością. Ale Grievous ucieka przed atakującymi klonami, więc będzie runda druga.

Przy okazji podsumujmy odcięte fragmenty: 4 ręce, 1 głowa.

W międzyczasie na Coruscant Jedi dowiadują się o walce. Ki-Adi Mundi i Mace Windu sugerują, że wojna się kończy, i że Palpatine’a trzeba będzie usunąć siłą, jeśli sam nie odda władzy. Podkreślam to, bo to pierwszy raz w ciągu trzech filmów, gdy Rada Jedi podejmuje jakąś decyzję wpływającą na akcję filmu. Aczkolwiek chwilę później nieufający Anakinowi Mace Windu wysyła Anakina do Palpatine’a, by doniósł mu o rychłym końcu Grievousa i wojny, i obserwował jego reakcję.

Czy muszę pisać, że to głupie, że Mace Windu, który nie ufa Anakinowi, bo jest za blisko Palpatine’a, powierza to zadanie Anakinowi? Nie muszę.

Ale owocuje to kolejną piękną sceną, w której Palpatine wykłada karty na stół i mówi Anakinowi, że zna Ciemną Stronę. I jeszcze prosi go, by wykorzystał tę wiedzę by ocalić Padmé. Niestety, muszę się przyczepić do jednej rzeczy. Pora na kolejny odcinek “czasu według Lucasa”. Na początku rozmowy Anakin mówi “more and more I get the feeling I’m being excluded from the Council”, co jest oczywiście wyrazem jego frustracji, podejrzeń, że Jedi mu nie ufają, i całej reszty tego sympatycznego bagażu emocjonalnego. Problem w tym, że aby w Anakinie mogło narastać takie przekonanie (more and more), Anakin musiałby brać udział w posiedzeniach Rady od pewnego czasu. Tymczasem film kompletnie nie zaznacza upływu czasu, w żaden sposób o tym nie informuje. W normalnym filmie można by szukać wskazówek w rodzaju tego, że postaci w kolejnych scenach noszą inne ubrania, ale tutaj spośród wszystkich postaci na ekranie tylko Padmé regularnie się przebiera – ale z drugiej strony ona dotąd potrafiła nosić trzy różne suknie w ciągu jednego dnia, więc to też żadna wskazówka. Ponieważ film pokazuje wydarzenia, jakby były uwięzione w bursztynie, jakby wszystko działo się niemalże w jednej chwili, nie czuć, że w Anakinie narasta frustracja – czuć tylko, że jest sfrustrowany, a to duża różnica.

Tylko że to znowu problemy ogólne filmu. Natomiast ta konkretna scena jest bardzo dobra, i McDiarmid znowu jest… sami wiecie.

– Are you going to kill me?
– I would certainly like to.
– I know you would.

To nie jest subtelnie napisane, to nie jest subtelnie zagrane, ale w ramach tej konwencji McDiarmid sprzedaje te wszystkie kwestie bezbłędnie. I tyle już naprawdę o nim wystarczy.




Utapau, runda druga. Obi-Wan zgubił miecz – muszę powiedzieć, że bardzo lubię, gdy Jedi gubią miecze i muszą improwizować. Końcówka starcia z Grievousem pokazuje zdesperowanego Obi-Wana, ostatecznie sięgającego po blaster – i wypada to bardzo dobrze. Na marginesie, Grievous jest chyba jedynym istotnym przeciwnikiem w Sadze, który ginie od blastera.

Tymczasem na Coruscant Anakin wrócił do mistrza Windu by wystąpić z nim w jednej z gorszych scen filmu. Samuel Jackson jest tu nijaki, Christensen straszny, dialogi koszmarne. “I have learned a terrible truth” i tak dalej. Windu leci zaaresztować Palpatine’a, Anakin zostaje w komnacie Rady, a film przez kolejną minutkę albo dwie pokazuje tylko emocje grające na twarzach Anakina i siedzącej w swoim apartamencie Padmé. Żadnych dialogów, żadnej akcji, tylko dwie milczące osoby w dwóch różnych miejscach i ponura muzyka. I wiecie co? Ta scena w sumie działa. Troska o Padmé, decyzja, by postąpić wbrew rozkazom Windu – wszystko widać jak na dłoni, bez niepotrzebnego deklamowania swoich uczuć.

Ale gdy Anakin dokonuje introspekcji, Jedi stawiają czoła Palpatine’owi, który wyciąga z rękawa miecz i rzuca się do walki. Walka zaczyna się koszmarnie – dwóch mistrzów Jedi ginie, nie wykonawszy żadnego ruchu – ale potem robi się lepsza. Trzeci mistrz ginie wprawdzie zaledwie parę sekund później, ale już jako uczestnik walki, a nie nieruchomy słup. Zostaje tylko Windu, a jego walka z kanclerzem jest bardzo ładna. Potem przybiega Anakin i robi się gorzej. O ile podoba mi się samo odwrócenie sytuacji z początku filmu – gdzie Palpatine namawiał Anakina, by zabił Dooku – o tyle dialogi, którymi Anakin i Windu się przerzucają, dyskutując o tym, czy Palpatine’a należy zabić, są koszmarne. “On jest zdrajcą!” “Nie, to on jest zdrajcą!” A potem Windu podejmuje decyzję i uderza, Anakin też podejmuje decyzję i ucina mu rękę, a McDiarmid szarżuje. Od teraz właściwie do końca filmu puszczają mu hamulce, i praktycznie we wszystkich pozostałych scenach będzie grał karykaturalnego, kreskówkowego złoczyńcę. Jakby tego było mało, charakteryzacja, którą mu nałożyli, jest strasznie przesadzona. Wygląda jak Dracula Coppoli, albo i jeszcze gorzej.




Byłbym zapomniał: 5 rąk, 1 głowa.

Po śmierci Windu Anakin ślubuje wierność Palpatine’owi. I o ile dialogi wciąż są złe (“I pledge myself to your teachings”), a Palpatine ni z tego, ni z owego mówi jak Yoda (“A powerful Sith you will become”?), to samo podporządkowanie się Sithowi jest do zaakceptowania. Byłoby lepiej, gdyby w filmie czuć było upływ czasu (mówiłem, że będę do tego wracał), a wyżynanie dzieci parę minut później wciąż razi, ale Anakin zaczął przechodzić na Ciemną Stronę już dawno temu. Palpatine też od dawna mu doradzał (co również można było pokazać lepiej, jeszcze w Ataku klonów). Tu mamy po prostu przypieczętowanie czegoś, co w zasadzie już się dokonało.

Ale i tak rzeź dzieci parę scen później to trochę za dużo.

Na marginesie, w tym momencie gra Marsz Imperialny. I nie jest to pierwsze zapożyczenie z innego epizodu, i nie będzie to ostatnie zapożyczenie. Tych zapożyczeń w ogóle jest w Zemście Sithów za dużo. Zazwyczaj są dobrze dopasowane do wydarzeń, zgaduję, że miały podkreślać to, że oglądamy dopełnienie Sagi, ostatni epizod, wprowadzenie do oryginalnej trylogii, i tak dalej, i tak dalej, ale jest ich po prostu za dużo.

Wracając do fabuły – jakich zastrzeżeń bym nie miał wobec działań Anakina z następnych paru minut, ujęcie pokazujące, jak wchodzi do świątyni na czele oddziału żołnierzy robi wrażenie. Podobnie jak montaż przedstawiający wykonywanie Rozkazu 66. Muzyka Williamsa (tym razem oryginalna) i zgony kolejnych Jedi to samograj. Który robiłby większe wrażenie, gdybyśmy mieli okazję tych Jedi wcześniej poznać, ale mniejsza z tym.

Klonom nie daje się tylko Yoda, który zgrabnie przeprowadza podwójną dekapitację (5 rąk i 3 głowy), po czym z pomocą Wookieech opuszcza Kashyyyk. Cały ten – niezbyt długi zresztą – wątek służy tylko temu, by Yody nie było w świątyni podczas ataku. Co można było zrobić na mnóstwo różnych sposobów. Dawanie wspólnych scen Yodzie i Chewbacce sprawia wrażenie, jakby Lucas trafił na jakichś fanfik o przygodach tej dwójki, i strasznie zapalił się do tego pomysłu.

Tymczasem na Coruscant Anakin morduje dzieci. Chyba napisałem już wszystko, co było do napisania o tej scenie. Za dużo, za szybko.

W 85 minucie filmu Bail Organa ni z tego, ni z owego zostaje drugoplanowym bohaterem filmu – jako jedyny interesuje się atakiem na świątynię na tyle, by tam przylecieć, zobaczyć, jak klony zabijają padawana, i odlecieć z twardym postanowieniem, by uratować tylu Jedi, ilu tylko zdoła. Co za siła woli, odwaga i szybkość podejmowania decyzji – ciekawe, co ten człowiek robił wcześniej? Serio, to już jego drugi film, a ja nic o nim nie wiem.

Na Utapau cudem ocalony Obi-Wan chowa się przed klonami. Nie wiadomo skąd film nagle ma napięcie. Ciekawe – widzowie wiedzą w tym momencie dużo więcej, niż Obi-Wan czy Yoda, a mimo to obserwowanie, jak dochodzą do prawdy jest całkiem wciągające. Jeśli dobrze kojarzę hitchcockowską definicję suspensu, to właśnie jest suspens.

W międzyczasie Anakin żegna Padmé. Scena nie jest zła, ale dialogi są dziwne – Anakin raz po raz mówi jej, by “czekała na niego” – tak jakby się dokądś wybierała. Chyba, że to ma być “czekaj, kochanie, wyglądaj w oknie mojego powrotu”. Na marginesie, Padmé Naberrie Amidala, niemalże główna bohaterka Mrocznego widma, w zasadzie jedna z trójki głównych bohaterów Ataku klonów, w Zemście Sithów nic nie robi z własnej inicjatywy. Mogłem zresztą zakończyć to zdanie po “nic nie robi”.

Obi-Wan odbiera sygnał od Baila, który zgarnął już Yodę. Spotykają się i podejmują strategiczne decyzje o dalszych działaniach. Nie mam zastrzeżeń, to całkiem fajna scena, Bail jest w miarę użyteczny (znowu – co on dotąd robił, gdzie się chował, czego chciał?). Poza tym to pierwszy raz, gdy Obi-Wan robi coś wspólnie z Yodą.

Interludium – pocztówka z planety Mustafar, na którą leci Anakin. Podoba mi się pierwszych parę przebitek z planety. Podczas kilku krótkich ujęć widzimy praktycznie wszystkie rekwizyty, które pojawią się w trakcie walki Anakina z Obi-Wanem. Są droidy latające nad magmą, są pola siłowe chroniące przed żarem, są te dziwne wysięgniki wiszące nad rzeką lawy – jest wszystko. Ale tematem sceny są przywódcy Separatystów rozmawiający z Sidiousem. Pojawia się tu coś bardzo dziwnego. Nute Gunray – wicekról Federacji Handlowej, zły zielony kosmita z Mrocznego widma, statystujący również w Ataku klonów – mówi Sidiousowi: “The plan has gone as you have promised, my lord”. To jest chyba najbardziej niezrozumiała dla mnie kwestia w filmie. Gunray współpracował z Sidiousem jeszcze w Mrocznym widmie. Nominalnym przywódcą Separatystów był Dooku, ale w Ataku klonów mówi zgromadzonym ważniakom o “swoim mistrzu”, więc wierchuszka Separatystów wiedziała, że Dooku i Grievous wykonują rozkazy Sidiousa.

Wracamy tu – znowu – do tego, że filmy nic nam nie mówią o ambicjach Separatystów, o tym, co chcą osiągnąć. Gunray mówi “wszystko idzie zgodnie z planem”, a ja pytam – co to za plan? Stracili Dooku, stracili Grievousa, przegrywają wojnę, i to idzie zgodnie z planem? Jaki do diabła jest ich plan? Co Sidious im obiecał? Czemu oni się na to wszystko zgodzili? To jest jakaś paranoja.




Tymczasem Yoda i Obi-Wan włamują się do świątyni Jedi. Nie robią tego po kryjomu – w krótkiej ale ładnej scenie przebijają się przez tłumek klonów. Jeden z nich traci ramię. (6 rąk i 3 głowy)

Wracamy na Mustafar, gdzie Anakin – zgodnie z planem – masakruje przywódców Separatystów. Lubię tę scenę z wielu powodów. Jednym z nich jest to, że dobra scena akcji mówi nam coś o biorących w niej udział postaciach. Na samym końcu w sali jest już tylko Anakin i pojedynczy droid bojowy. Anakin wychodzi z pomieszczenia, droid do niego strzela, Anakin nie odwracając się zarzuca miecz przez ramię, za plecy, by odbić strzał. I niby wiemy już, że Anakin jest arogancki, ale ta błyskawiczna scena pokazuje to lepiej, niż cały Atak klonów.

Na Coruscant trwa sesja Senatu, na której Palpatine mówi o zamachu na jego życie, spisku Jedi i konieczności zniszczenia tych drani, a także proklamuje powstanie Imperium Galaktycznego. Padmé zauważa, że śmierci demokracji towarzyszą burzliwe oklaski. To wszystko jest strasznie łopatologiczne, ale działa. Umówmy się, Gwiezdne wojny nigdy nie były subtelne. Ale tutaj wyznam wam coś zaskakującego: brakuje mi w tym filmie Jar Jara. Konkretnie: brakuje mi go w tej scenie. W końcu to on w Ataku klonów dał się wrobić i poddał specjalne przywileje Palpatine’a pod głosowanie. Z punktu widzenia tego, jak poprowadzona jest ta opowieść, nie pokazanie jego reakcji na ostateczny rezultat jego działań jest niedopatrzeniem. Tym bardziej, że Jar Jar siedzi obok Padmé i Baila, tuż za kadrem.

Poznawszy przerażającą prawdę, Yoda wysyła Obi-Wana by zapolował na Anakina. I to pomimo sprzeciwu Obi-Wana. To dość bezlitosne ze strony Yody, ale… ćśś, nie uprzedzajmy faktów.

Obi-Wan odwiedza Padmé. Ich wspólna scena jest dziwna. Zaczyna się koszmarnie – od bardzo złych dialogów i niedobrej gry aktorskiej. Przy okazji po raz kolejny w filmie pada słowo “younglings” – oglądając Atak klonów byłem gotów zaakceptować, że to Yoda tak nazywa dzieci, bo Yoda dziwnie mówi. Ale tutaj to słowo pada z ust Obi-Wana, wkrótce powie to również Padmé, i z każdym powtórzeniem brzmi to coraz bardziej absurdalnie. Na marginesie – tak sobie myślę, że Lucas wrzucił je do scenariusza po to, by uniknąć napisania, że “Anakin zabił dzieci”. “Młodzików” tak, “dzieci” – przenigdy. Ale to tylko moje przypuszczenia.
W każdym razie – scena Obi-Wana i Padmé zaczyna się bardzo źle, a jednak gdy się kończy, są w niej prawdziwe emocje. Bardzo lubię ostatnie “I’m so sorry” padające z ust Obi-Wana.

Wracając do tego, jaki Yoda był bezlitosny posyłając Obi-Wana za Anakinem – Obi-Wan natychmiast go zdeklasował, jeszcze bardziej bezlitośnie wykorzystując Padmé by znaleźć Anakina. Zmartwiona Padmé leci na Mustafar, Obi-Wan zabiera się na gapę.

Tu zaczyna się finał filmu.

Padmé ląduje na Mustafarze. Jej scena z Anakinem zaczyna się nieźle – bo początkowo ona widzi go z oddali, więc nic do siebie nie mówią. Ale potem padają jedne z najgorszych kwestii filmu, których kulminacją jest niesławne “Anakinie, łamiesz mi serce”. A mimo to – nawet w tej scenie jest coś, co lubię. Sugestia, że Anakin podejrzewa Padmé o romans z Obi-Wanem. Następnie Anakin poddusza swoją ciężarną żonę. W tym momencie jest to już bardzo widocznie ciężarna żona, dzięki czemu mogę jeszcze raz zapytać – ile czasu minęło od początku filmu?




Obi-Wan i Anakin mają parę fajnych kwestii. (Np “You’ve turned her against me!” “You’ve done that yourself.”) Niestety, tuż przed końcem rozmowy pada najgłupsze zdanie tego odcinka, czyli absolutne stwierdzenie, jak to “Only a Sith deals in absolutes”. Zresztą to zdanie jest głupie nie tylko dlatego, że przeczy samo sobie – Jedi w obu trylogiach wygłaszali równie absolutne twierdzenia.

A potem zaczyna się walka. I choć McGregor i Christensen ćwiczyli te układy tygodniami (Ewan mówił potem w wywiadach, że walki to jedyna rzecz, którą porządnie przećwiczyli przed zdjęciami), to nie jestem fanem tego pojedynku. Jest pokazany w długich ujęciach, więc teoretycznie można się przyjrzeć, choreografia jest, zdaje się, całkiem fajna – ale ruchy są za szybkie. Chodziło pewnie o to, by starcie było dynamiczne, ale rezultat jest taki, że niewiele tu widzę, nie mogę docenić tego, jak złożone sekwencje ruchów wykonują aktorzy.

Pierwszy raz w Sadze pojedynek na miecze świetlne przerywany jest scenami z innego pojedynku. NinjaYoda wkradł się do siedziby Senatu i nawiązuje walkę z Imperatorem. Ich starcie wypada dobrze, póki walczą na Moc. Przerzucanie się ławkami wygląda fajnie, siłowanie się na błyskawice jest jeszcze lepsze. Niestety, pomiędzy tymi elementami dwaj staruszkowie walczą na miecze świetlne, i to nie wygląda dobrze, z tych samych powodów co walka Yody z Dooku w Ataku klonów. Za szybka, zbyt komputerowa, na dobrą sprawę nie widać niczego poza błyskami mieczy. Poza tym w finale występują postaci z gumy. Yoda spada kilkadziesiąt metrów i nic, Obi-Wan i Anakin miotają się Mocą po ścianach – i też nic im nie jest. Tego typu rzeczy przeszkadzają mi wczuć się w walkę.




Yoda poddaje starcie (niby mówi później, że przegrał, ale to na dobrą sprawę był remis, i to ze wskazaniem na Yodę) i ucieka tunelami serwisowymi, wyglądając przy tym jak chomik. Tymczasem tryumfujący Palpatine wyczuwa, że “Lord Vader jest w niebezpieczeństwie”. W czasie teraźniejszym, a zatem – w momencie, gdy wciąż trwa walka Anakina z Obi-Wanem? Teoretycznie może wyczuwać przyszłość, może walka z Yodą miała miejsce przed starciem na Mustafarze – choć film prezentuje te sceny jakby toczyły się równocześnie. Wspominam o tym w ramach kolejnego odcinka “czasu według Lucasa”, o czym więcej będzie za moment.

W walce Anakina z Obi-Wanem następuje, niestety, krótka przerwa. Niestety, bo to oznacza, że zaczynają znowu rozmawiać i Hayden Christensen deklamuje “From my point of view the Jedi are evil!” Naprawdę nie potrafię z przekonaniem wskazać tej jednej najgorszej kwestii Zemsty Sithów – konkurencja jest zbyt silna. Sugeruję remis. Kilka albo i kilkanaście wypowiedzi jest ex aequo najgłupszą kwestią tego filmu.

Po tej krótkiej wymianie Anakin przeskakuje nad Obi-Wanem, który próbuje go pociąć i nie trafia. Biją się przez moment, a następnie Obi-Wan zeskakuje z latającej platformy na brzeg i ogłasza, że wygrał, mówiąc “It’s over, Anakin – I have the high ground.” I teraz tak – dla mnie ta scena działa, bo rozumiem ją w ten sposób, że Obi-Wan łże jak z nut, po to, by sprowokować Anakina do działania. Przygotowany – przypominam, że chwilę wcześniej Anakin przeskoczył nad nim saltem, więc Kenobi wie, czego się spodziewać – tym razem trafia, i kończy walkę.

(7 rąk, 3 głowy i 2 nogi)




Od pierwszego zapalenia mieczy do tej chwili mija 12 minut (uwzględniając sceny z Yodą). Szczerze mówiąc – trochę za długo. Aby czymś zapełnić cały ten czas walka Anakina z Obi-Wanem eskaluje w absurdalny sposób – w pewnym momencie walczą w pionie, wspinając się na dryfujący wysięgnik, potem bujają się na linach – za dużo tego jest.

Tak czy inaczej, Obi-Wan zostawia płonącego żywcem Anakina na brzegu rzeki. To wciąż robi na mnie wrażenie – pamiętam, że nie spodziewałem się, że zostanie to tak dosłownie pokazane. Obi-Wan odlatuje. Wtóruje temu znakomita muzyka – miejscami Williams przechodzi samego siebie. Więc ścieżka z Zemsty Sithów z jednej strony robi na mnie ogromne wrażenie, z drugiej – jednak za dużo jest tych zapożyczeń. A w kończącym film montażu pojawia się ich kumulacja.

Czas na ostatni odcinek “czasu według Lucasa” – Palpatine przylatuje na Mustafar i zbiera Anakina z brzegu rzeki. Pisałem już, że w tym świecie podróże w nadprzestrzeni nie są natychmiastowe. Nie wiadomo, ile właściwie trwają, nie wiadomo, jakie właściwie są odległości między planetami. Ale wiemy, że Mustafar to “Outer Rim” Galaktyki, a Coruscant – stolica Republiki/Imperium – jest gdzieś w centrum. I choć ten przelot Palpatine’a to w sumie detal i nie powinienem się na nim koncentrować, to sprawia wrażenie, jakby ten jeden raz podróż w nadprzestrzeni jednak była natychmiastowa, i nie pasuje mi do tego, jak ten świat dotąd przedstawiano.

Na marginesie zastanawiam się, co tutaj kieruje Imperatorem. Czy on się autentycznie troszczy o Anakina, czy naprawdę tak go potrzebuje, że gnał po niego osobiście? Nie chce stracić inwestycji?

Mniejsza z tym, czas kończyć film. Obi-Wan spotyka się z Yodą i Bailem, Padmé zostaje oddana pod opiekę droidów medycznych. I to jest moment, w którym zorientowałem się, że Obi-Wan praktycznie przez cały film wygłasza kwestie sugerujące, że dziwi się, jaki scenariusz jest głupi. “How did this happen? We’re smarter then this.” (Na początku filmu, gdy zostaje złapany z Anakinem i kanclerzem.) “Your new empire?” (Gdy Anakin deklamuje, jak to zaprowadził pokój i porządek.) “Well then you’re lost!” (Po “z mojego punktu widzenia to Jedi są źli”.) A teraz, w końcu, jedyna słuszna reakcja – “Jak to, ona umiera?” Na co droid medyczny wygłasza kolejną niesławną kwestię (ile ich jest w tym filmie? Serio pytam.) – “She has lost her will to live”.

Szczerze? Mam wrażenie, że tak jak Lucas bał się napisać “Anakin zabił dzieci” w scenariuszu, więc wepchnął tam “younglings”, tak tu w finale ręka mu zadrżała i nie mógł się zdobyć na to, by napisać, że Padmé umiera po tym, jak Anakin poddusił ją Mocą.

Ale tak. Padmé umiera, bo odechciało jej się żyć. Ale najpierw rodzi dzieci. Zawsze sądziłem, że Leia jest starsza od Luke’a o te parę minut, a jednak nie. Przez kolejne trzy filmy będzie od niego zdecydowanie dojrzalsza, no ale powszechnie wiadomo, że dziewczynki szybciej dorośleją…




Jakkolwiek obie sceny nie byłyby miejscami głupie, wciąż podoba mi się symetria między porodem, narodzinami bliźniąt i pogrzebem Padmé, a narodzinami Dartha Vadera. Podoba mi się również nawiązanie do Frankensteina i niepewne pierwsze kroki Vadera. Podoba mi się praktycznie wszystko – aż do nieszczęsnego Vadera krzyczącego “Noooo”. Wystarczyłoby, gdyby się nie odezwał – ale nie, trzeba było wszystko dopowiedzieć. Classic Lucas.

To wciąż nie koniec filmu. Yoda, Bail i Obi-Wan decydują, co z dziećmi. Do końca tylko parę minut, ale Lucas znalazł czas na jeszcze jeden kuriozalny dodatek. Yoda informuje Obi-Wana, że Qui-Gon skontaktował się z nim z zaświatów, i że poinstruował go, jak to się robi, i że Obi-Wan będzie się musiał tego nauczyć. To jest idiotyczne, bo – po pierwsze – podobnie jak to było z midichlorianami, ta scena tłumaczy coś, czego nie trzeba było tłumaczyć. Po drugie – to jest wytłumaczenie, które i tak niczego nie tłumaczy.

Potem Lucas znalazł jeszcze moment na to, by bardzo wyraźnie powiedzieć, że tylko C3PO miał wyczyszczoną pamięć, ergo – przez całą oryginalną trylogię Artoo wiedział, ale nic Luke’owi nie powiedział. Mały skurczybyk. A poważnie – to znowu tłumaczenie, które niczego nie tłumaczy, i dokładanie problemów tam, gdzie dotąd żadnych problemów nie było (czemu Artoo niczego Luke’owi nie powiedział? W zasadzie mógł mu nawet powiedzieć, kto jest jego ojcem. Mnóstwo rzeczy mógl mu powiedzieć. Na dobrą sprawę pewnie mógłby go uczyć władania Mocą, w końcu tyle czasu spędził z Jedi…)

A potem, wreszcie, film się kończy. Jeszcze tylko Bail przywiezie żonie dziecko-niespodziankę, Vader i Palpatine obejrzą powstającą Gwiazdę Śmierci, a Obi-Wan wręczy Larsom Luke’a – i tyle. Film się skończył.

I wiecie co?

Naprawdę niewiele brakuje, by Zemsta Sithów była dobrym filmem. Przede wszystkim jest to film, w którym wszyscy bohaterowie odczuwają jakieś emocje i dają im wyraz. W poprzednich dwóch było to ograniczone do Anakina i, czasami, Padmé. Poza tym jest to film, w którym wszyscy główni bohaterowie (poza okrutnie sponiewieraną i odstawioną w kąt Padmé) mają swoje wątki fabularne i przechodzą jakąś przemianę – dotyczy to Anakina, Obi-Wana, Yody, w pewnym stopniu nawet Palpatine’a.

Tak naprawdę jestem przekonany, że Zemsta Sithów zostałaby dużo lepiej zapamiętana, gdyby nie to, że niemal wszystkie najbardziej karygodnie idiotyczne kwestie padają w drugiej połowie filmu. Gdyby to pierwsza była nimi naćkana, druga zacierałaby złe wrażenie. Niestety – po seansie ma się te idiotyzmy na świeżo w pamięci.

Na marginesie – Jar Jar jest tu statystą, bodaj raz się odzywa by wypowiedzieć jedno słowo. Ponadto w filmie występuje zaledwie znikoma zawartość C3PO. Jedno z drugim składa się na to, że jest to autentycznie najzabawniejszy prequel. Humor jest tu skuteczniejszy, bo jest zdecydowanie bardziej stonowany i nie skupia się na jednej slapstickowej postaci. Co prawda ograniczony jest do pierwszej połowy filmu, ale to zrozumiałe, że po Rozkazie 66 tylko Palpatine’owi jest do śmiechu.

I tak to wygląda. Zemsta Sithów wyszła chyba najlepiej spośród wszystkich trzech prequeli. Z naciskiem na “chyba”. Tak naprawdę w każdym odkryłem dobre strony, o których zapomniałem, lub których wcześniej nie dostrzegałem. Byłem zresztą zaskoczony tym, jak dobrze się bawiłem podczas tej powtórki. Każdy film ma swoje wady, wszystkie bywają boleśnie głupie i źle napisane, ale jednak… można lubić prequele.

Z mnóstwem zastrzeżeń, ale można.

Przede mną oryginalna trylogia. Ciekawe jak wypadnie w porównaniu?

Krzysiek "Krzycer" Ceran

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.