Avalon » Publicystyka » Artykuł

MCU. 08 - Thor 2


W mojej notce poświęconej poprzedniemu filmowi o marvelowskiej inkarnacji nordyckiego Boga Piorunów wyrażałem nadzieję, że architekci kinowego uniwersum Marvela pójdą w stronę klasycznie pojmowanego „magicznego” fantasy. To miałoby spory sens – dzięki temu produkcje Marvela pokrywałyby większość najpopularniejszych ostatnimi czasy gatunków filmowych: w kolejnych częściach Iron Mana dostawalibyśmy lekkie, przygodowe sci-fi z charyzmatycznym głównym bohaterem, Captain America „obsługiwałby” fanów kina wojennego i sensacyjnego, a Thor – epickie widowiska w stylu Władcy Pierścieni. Niestety, architekci MCU postanowili, iż nie zawrą w uniwersum żadnych elementów nadprzyrodzonych i uczynią z Asgadczyków (i innych ras mitologicznych) zaawansowanych technologicznie humanoidów z kosmosu, serię o Thorze umieszczając w konwencji przeestetyzowanego science-fiction. O ile w filmie Thor można było mieć jeszcze nadzieję na jakieś niedopowiedzenia, o tyle jego sequel noszący podtytuł The Dark World nie pozostawia już w tym względzie żadnych wątpliwości – Mroczne Elfy mają statek kosmiczny jakby żywcem wyjęty z abramsowskiego Star Treka, pobratymcy Thora ganiają z bronią energetyczną i korzystają z zaawansowanych technologicznie urządzeń medycznych.

Czy to źle? Początkowo takie założenie mogło się wydawać znakomitym pomysłem – raz, że utrzymywało spójność konceptualną uniwersum, a dwa, że dawało interesujący powiew świeżości w wymiarze estetyki współczesnego kina fantastyczno-naukowego, które pod tym względem jest beznadziejnie konserwatywne. Problem pojawił się dopiero w chwili, gdy Guardians of the Galaxy zawojował Box Office, niespodziewanie (tak dla widzów, jak i – zapewne – dla producentów) stając się jedną z najmocniejszych finansowo marek kinowego uniwersum Marvela. Istnieje ryzyko, że dwie tak podobne w założeniach serie mogą się nawzajem kanibalizować i po pewnym czasie zmęczyć widzów. Ciekaw jestem, w jaki sposób wpłynie to na serię Thor. Ale to tylko taka drobna dygresja – przejdźmy do Thor: The Dark World.

Nie był to specjalnie udany film. Oczywiście nie ma jakiejś przesadnej katastrofy - fabuła została rozegrana poprawnie, postaci z poprzednich części wracają nie tylko po to, żeby się pokazać, bo scenarzyści w większości starają się zrobić z nimi coś ciekawego. Czasem się udaje (stażystka Darcy i jej stażysta - Darcy była mocnym punktem pierwszego Thora, a i tutaj nie traci swojego uroku) czasem nie (szaleństwo doktora Selviga - kompletne i niepotrzebne ośmieszenie tej skądinąd sympatycznej postaci. W pierwszym Thorze Selvig był taką trochę figurą ojca dla głównej bohaterki, tutaj zrobiono z niego bardzo sztampowego Świrniętego Wujka), ale mimo wszystko warto pochwalić scenarzystów za przynajmniej próby nakreślenia jakiegoś rozwoju tych bohaterów i bohaterek drugoplanowych. Szczególnie dlatego, że pierwszy plan rozczarowuje. No, może „rozczarowuje” to nie jest odpowiednie określenie. Scenariuszowo The Dark World został rozegrany nie gorzej (no, może minimalnie gorzej) niż jego poprzednik - ale problemem jest powtarzalność motywów. Znów panna Foster gania za jakimś kwantowym fenomenem, znów wpada na Thora i zostaje zaangażowana w kosmiczną aferę z udziałem kosmitów „udających” mityczne skandynawskie istoty. Konstrukcja fabularna pozostała w zasadzie bez zmian, scenarzyści okleili ją tylko nieco innymi wątkami - przez co film wydaje się momentami boleśnie wręcz wtórny.

Najciekawszym wątkiem jest niewątpliwie relacja Lokiego z Friggą. Stosunek tych dwojga był interesujący, ponieważ lekko niedookreślony - widzimy, że Loki zawsze mógł polegać na swojej przybranej matce i kochał ją nawet, gdy prawda o jego naturze wyszła na jaw. Akurat ja z całego filmu najlepiej zapamiętałem nie pokazową scenę ucieczki z Asgardu, ani statek Mrocznych Elfów cyklopowo górujący nad Londynem, tylko scenę, w której uwięziony Loki na wieść o śmierci Friggi w stojąc w zakamieniałym bezruchu demoluje swoją celę za pomocą telekinezy. To krótka scena, ale niesamowicie zapadająca w pamięć i gdyby takich scen (oraz motywów) było w tym filmie więcej, Thor: The Dark World byłby znacznie lepszym obrazem. Nie brakowało wiele - film czasami próbuje przekonać widza, że jest o czymś, a tym „czymś” nie są malownicze strzelaniny i pojedynki, tylko złożona relacja rodzinna pomiędzy Thorem, Lokim, Friggą i Odynem. Tak, wiem - to blockbusterowy film akcji, a nie dramat obyczajowy, ale nawet w wysokobudżetowych hollywoodzkich produkcyjniakach da się od czasu do czasu pokazać coś głębszego. To przecież znamienne. Zastanówcie się, jaką scenę z - dajmy na to - X-Men: First Class pamiętacie do teraz i czemu jest to rozmowa Erica z Xavierem przy talerzu satelitarnym, a nie pokazowe starcie z finału, albo któraś z wcześniejszych scen akcji.

Ale wróćmy do The Dark World. Z rzeczy, które mi się podobały wymieniłbym design tytułowego Mrocznego Świata. Jest znakomity, bardzo „obcy” z tymi swoimi monolitycznymi prostopadłościanami, wielkimi przestrzeniami pomiędzy i nieprzeniknioną ciemnością, z której wyłaniają się rozmyte kontury otoczenia. Nie wiem czy to tylko moje zboczenie, ale jestem niemal przekonany, że osoba, która zaprojektowała tę lokację silnie inspirowała się obrazami Zdzisława Beksińskiego - nawet jeśli nie i podobieństwo jest przypadkowe, to i tak ten element należy uznać ze ewidentny plus.

Za minus uznać należy natomiast Malekitha, głównego złoczyńcę filmu. Ośmielę się stwierdzić, że jest najsłabszym z dotychczasowych villianów z MCU. Poważnie, ta postać jest po prostu fatalna na wszystkich płaszczyznach. Ma absolutnie sztampową motywację (bardziej sztampowej już się nie dało), ledwie co pokazuje się na ekranie, a i nawet wtedy prezentuje charyzmę wieszaka na ubrania. Christopher Eccleston robił wszystko, co tylko się dało, żeby uratować tę postać, ale gruba warstwa charakteryzacji i nijakie, pompatyczne dialogi skutecznie mu to uniemożliwiły.

Podsumowując - typowy marvelowski średniak. Można obejrzeć raz, do kotleta, ale z pewnością nie jest to obraz, który zapadnie nam w pamięć.

Misiael

Tekst pierwotnie ukazał się na blogu autora
Fragment grafiki autorstwa Matta Fergusona, całość tutaj.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.