Avalon » Publicystyka » Artykuł

Reakcja Atomowa #26 - Ben Reilly: The Scarlet Spider #1




Ben Reilly: The Scarlet Spider #1 
Scenariusz: Peter David 
Rysunki: Mark Bagley 
Tusz: John Dell 
Kolory: Jason Keith 

Zabierając się za pierwszy zeszyt nowego Scarlet Spidera, wyruszyłem na nieznane wody. Przestałem czytać Spider-Mana Dana Slotta, historię Clone Conspiracy znam tylko z zapowiedzi, innymi słowy: przegapiłem okoliczności powrotu Bena Reilly'ego. Co więcej, nie czytałem komiksów o Spider-Manie w latach 90. Jedyny pajęczy klon, którego znam, to Kaine, a i to tylko dlatego, że czytałem serię, w której występował parę lat temu. A ponieważ ją lubiłem, normalnie ucieszyłbym się, widząc go i tutaj, gdyby nie to, że gdy tylko się pojawił, zacząłem się zastanawiać, czemu znowu ma blizny na twarzy. 

Innymi słowy: niczego nie ogarniam. Jestem na nieznanych wodach. Kompletnie nie mam kontekstu, muszę oceniać ten komiks w oderwaniu od czegokolwiek. A w takich warunkach wypada on... średnio. Tak, jakby odrobinę stonowany Deadpool podszywał się pod Spider-Mana. Może to dlatego, że brakuje tu jakiegoś konkretnego haczyka, wytrycha dla nowych czytelników, czegoś, co w jednej scenie pokazałoby mi, kim ten Ben Reilly jest. Ale nie, Ben miota się po Vegas, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wpada przypadkiem nie na jeden, ale całe dwa, niezwiązane ze sobą napady z bronią w ręku, a wreszcie staje twarzą w twarz z... jakąś kobietą. Czy to ktoś z Clone Conspiracy? Pewnie nie, znając Davida to ta pani za moment stanie się członkinią obsady drugoplanowej tytułu. Ale to okaże się dopiero w przyszłości, bo z tego numeru nic nie wynika.

A David potrzebuje obsady drugoplanowej. Potrzebuje jej jak ryba wody. Uwielbiam X-Factor vol. 3, lubię długaśny run Davida w Incredible Hulk, ale nawet jako fan tego autora muszę przyznać, że scenarzystą jest co najwyżej porządnym. Jest za to świetnym dialogistą. Co jest problematyczne w momencie, gdy Ben jest w Vegas sam jak palec. David tak bardzo potrzebuje, by jego bohater mógł z kimś rozmawiać, że obdarzył go wyimaginowanymi przyjaciółmi – wyobrażonymi Scarlet Spiderem i Jackalem (konkretnie – Benem, nie Milesem). Czyli uosobieniem dobrej i złej strony osobowości Bena. I szczerze mówiąc, skoro już i tak czyta się to jak stonowanego Deadpoola, skoro już i tak David korzysta z takiego oklepanego chwytu, to chyba wolałbym, by poszedł na całość, jeszcze bardziej w kreskówkową farsę i obdarzył Spidera aureolką i skrzydełkami, a Jackala różkami i widłami. Skoro i tak mają tu grać rolę aniołka i diabełka siedzących na ramionach Bena...

Rysunki to typowy Mark Bagley. Jest porządnym wyrobnikiem. Jest ok. Nie mam pojęcia, co jeszcze można napisać o rysowniku, który od 20 lat rysuje praktycznie tak samo. Ten zeszyt wygląda jak dowolny z pierwszych 111 numerów Ultimate Spider-Mana – nie zachwyca, ale w sumie trudno się do czegoś przyczepić. Poza kostiumem. Nowy kostium Bena nie spodobał się Internetowi. Nie spodobał się do tego stopnia, że na długo przed premierą pierwszego zeszytu ogłoszono, że po paru numerach kostium zostanie zmieniony. Wtedy nie interesowało mnie to specjalnie – znowu, Ben Reilly nie jest postacią, która by mnie obchodziła. Ale teraz, po przeczytaniu tego numeru... tak, ten kostium nie działa. Dobrze, że go zmienią. Nie jest szczególnie brzydki, ale kaptur mu kompletnie nie pasuje, a maska – z grubymi czarnymi obwódkami wokół oczu – tylko podkreśla skojarzenia z Deadpoolem. Skojarzenia, które nie powinny mieć tu miejsca. 

Ostatecznie po przeczytaniu tego komiksu zostałem z pytaniem: dla kogo on jest? Jeśli jakiś fan lat 90. czekał z wytęsknieniem na powrót Bena Reilly'ego, to... tutaj dostaje świrującego antybohatera. Wątpię, żeby ów hipotetyczny fan czekał na taki powrót. Jeśli ktoś zabiera się do tego tak jak ja, w oderwaniu od tego, co obecnie dzieje się u Spider-Mana, nie znając "oryginalnego" Bena Reilly'ego – zostaje z komiksem, w którym są dwie przypadkowe sceny akcji, nie ma jeszcze zawiązania jakiejś konkretnej historii, a główny bohater, owszem, zostaje nakreślony... tylko że sprawia wrażenie – powtórzę się raz jeszcze – stonowanego, nudniejszego Deadpoola.

Zostaje jedna opcja – to jest komiks dla ludzi, którzy przeczytali Clone Conspiracy, spodobała im się przedstawiona tam wersja Bena Reilly'ego i są ciekawi jego dalszych losów. Nie wątpię, że są tacy ludzie. Nie wątpię zresztą, że ta seria będzie przynajmniej porządnym, rozrywkowym komiksem – Peter David nie schodzi poniżej pewnego poziomu. Ale ten numer mnie nie porwał. 

Krzysiek "Krzycer" Ceran

  


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2017 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.