Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Ant-Man" - Krzycer

Czekałem na "Ant-Mana" z zapartym tchem – kiedy jeszcze był to projekt napędzany entuzjazmem Edgara Wrighta. Przedłużające się prace, nieporozumienia na linii reżyser–studio, a w końcu – wymiana Wrighta na Reeda praktycznie zniwelowały moje oczekiwania. Spodziewałem się klapy, w najlepszym wypadku – średniego filmu upichconego przez komitet specjalistów od marketingu.


[Dowcip o mrówkach zamiast tytułu]


Czekałem na "Ant-Mana" z zapartym tchem – kiedy jeszcze był to projekt napędzany entuzjazmem Edgara Wrighta. Przedłużające się prace, nieporozumienia na linii reżyser-studio, a w końcu – wymiana Wrighta na Reeda praktycznie zniwelowały moje oczekiwania. Spodziewałem się klapy, w najlepszym wypadku – średniego filmu upichconego przez komitet specjalistów od marketingu.

Dlatego jest mi trochę głupio, gdy piszę teraz, że "Ant-Man" to w tym momencie jeden z moich ulubionych filmów z MCU.


To przede wszystkim dzięki dwóm aspektom filmu – ogólnemu pomysłowi i obsadzie. "Ogólnemu pomysłowi", a nie "scenariuszowi", bo do tego drugiego można się w wielu miejscach przyczepić. Postaci są sztampowe, składają się z dwóch, trzech cech charakteru na krzyż, a rozwój relacji między nimi można trafnie przewidzieć od pierwszych scen. Mimo to – dają się łatwo polubić dzięki obsadzie. Najważniejsza trójka – Paul Rudd, Michael Douglas i Evangeline Lily, grający odpowiednio Scotta Langa, Hanka Pyma i Hope van Dyne, wywiązuje się ze swoich ról dobrze, miejscami bardzo dobrze. Przed seansem miałem sporo wątpliwości, czy przypadkiem Douglas nie wziął udziału w produkcji bo to łatwe pieniądze, i czy nie przysypiał na planie jak paru innych starszych, uznanych aktorów, których Marvel ściągnął do poprzednich produkcji, ale niepotrzebnie się obawiałem. Jest zaangażowany, nawet udaje mu się z przekonaniem wygłaszać kwestie naszpikowane pseudonaukowym technobełkotem, a to nie byle osiągnięcie.

W trakcie seansu najbardziej niepokoiła mnie Evangeline Lily, ale okazało się, że to przede wszystkim dlatego, że jej postać przez pół filmu jest napędzana jedną emocją, wyrażaną jedną miną. W drugiej połowie dostaje coś więcej do zagrania i ostatecznie się do niej przekonałem.

Paul Rudd jest po prostu sympatyczny. Jego Scott Lang jest sympatycznym nieudacznikiem, w paru momentach błyskającym kompetencją. Jest też – i zdaję sobie sprawę z tego, że to, co napiszę, zabrzmi jak slogan upichcony przez dział promocji – bohaterem innym, niż wszyscy. Przynajmniej we wciąż wąskich ramach MCU. Ma córkę, jest karanym przestępcą, nie jest geniuszem ani nadczłowiekiem. I dopóki ma to znaczenie dla filmu, dopóty ogląda się go z autentycznym poczuciem, że to typ bohatera, którego jeszcze w tych filmach nie widzieliśmy. 

Również dlatego, że to film, którego jeszcze – znowu, w wąskich ramach MCU – nie widzieliśmy. To nie film superbohaterski, to film z gatunku heist movie (jak zgrabnie proponuje Undercik, jest to "kino wielkiego skoku"). Znana ze zwiastunów kwestia o tym, że Scott "ma się gdzieś włamać i coś ukraść" to streszczenie lwiej części filmu, i jest to część, którą ogląda się najlepiej. Jest dobrze napisana, różne komplikacje to się pojawiają, to zostają rozwiązane – parę razy w autentycznie zaskakujący, a jednocześnie zręcznie zasugerowany wcześniej sposób – a wszyscy bohaterowie mają swoje role do odegrania. Każdy się przydaje, każdy coś wnosi. Obawiałem się, że Hope van Dyne będzie stojącą w kącie paprotką – i w pewien sposób jest odsunięta na boczny tor, ale scenariusz dobrze rozgrywa ten wątek.

Największy problem mam z końcówką. W końcówce bowiem filmowcy przypomnieli sobie – albo dział marketingu przyszedł, zapukał do scenarzystów i im przypomniał – że robią film z superbohaterem, więc przynajmniej w finale musi tym superbohaterem być. Finał robi wrażenie, jakby był z innego filmu, więcej, wydaje się być niemal doklejony na siłę. Tam również nie można dłużej zignorować tego, co dotąd było niejako w tle i można było przymknąć na to oko, to znaczy – zgodnie z marvelową tradycją, główny zły jest wtórny i nudny. Wtórny, bo to praktycznie rzecz biorąc Obadiah Stane III albo nawet IV (sam już się pogubiłem, ilu tych złych biznesmenów zdążyło się przewinąć przez MCU). Nudny, bo w filmie pojawia się cień interesującego wątku, relacja Crossa z Pymem, ale praktycznie nic z niej nie wynika. Corey Stoll robi co może, nawet przyjemnie mi się go oglądało, jego bohater przemyca kilka dobrych tekstów w dość długich przemowach, które wygłasza, ale z pustego i Salomon nie naleje. Tu po prostu nie ma materiału na ciekawą postać, i żaden aktor nie wyczaruje z tego jakiejś wielkiej kreacji. Co nie przeszkadza, dopóki bohaterowie po prostu próbują go obrabować (patrz: heist movie), ale kiedy dochodzi do bezpośredniej konfrontacji (patrz: finał filmu superbohaterskiego), nie ma w niej żadnych emocji.

Przynajmniej nie na poziomie interakcji między bohaterem i antagonistą. Same sekwencje akcji ogląda się dobrze, zwłaszcza, że twórcy bawią się motywem zmieniania rozmiarów. Nawet pod koniec filmu, kiedy wydawało się, że przez poprzednie półtorej godziny nauczyliśmy się ich sztuczek, i że zwiastuny pokazały wszystkie najlepsze sceny, takie jak kolejkę – nagle okazuje się, że twórcy mają jeszcze parę asów w rękawie.

Przy czym to, że te sekwencje się tak dobrze ogląda, to – znowu – zaleta samego pomysłu, w tym wypadku nawet scenariusza, a nie realizacji. Właściwie to to, jak dobrze się je ogląda, świadczy o sile scenariusza, biorąc pod uwagę, z jak nachalnymi i nieciekawymi efektami mamy do czynienia. Przez ekran przebiegają dziesiątki komputerowo wygenerowanych mrówek, Ant-Man biega i skacze na tle komputerowo wygenerowanych teł – czasami właściwie nie wiadomo, po czym biegnie, z czego skacze, ani dokąd właściwie dąży. A mimo to, co chwila pojawiały się jakieś pomysły, które mi to wynagradzały, i dalej bawiłem się dobrze. 

I tak wracamy do konceptu jako głównej zalety filmu. Ant-Man to superbohater, jakiego dotąd na ekranie nie widzieliśmy, bo "Ant-Man" to kino wielkiego skoku z superbohaterem, a tego jeszcze nie widzieliśmy. Tylko w takim razie pewnie trzeba by oceniać ten film w kategorii kina wielkiego skoku, a nie filmów superbohaterskich. Pytanie nie brzmi, czy to dobry film superbohaterski, tylko – czy to dobry film wielkiego skoku? Ale nawet kiedy obrócimy w ten sposób sprawę o 180 stopni, odpowiedź pozostaje ta sama – to heist movie z superbohaterem, a tego jeszcze nie widzieliśmy.

Ponieważ powtórzyłem to trzy razy w poprzednim akapicie, pewnie nie zdziwi was moja ostateczna ocena filmu: "Ant-Man" to niekoniecznie dobry film superbohaterski / film wielkiego skoku. Ale jest to nowy, niecodzienny film superbohaterski / film wielkiego skoku. Więcej, dzięki wymieszaniu tych dwóch składników, powiedziałbym, że jest to świeży film, wnoszący coś nowego. Tak, składa się z postaci wyciętych z papieru, opowiada o relacjach rozwijających się zgodnie ze wszelkimi zasadami z podręczników scenopisarstwa, ale mamy do czynienia z efektem synergii – poślednie części składają się na unikalną całość, będącą czymś więcej, niż zwykłą sumą wszystkich wymienionych elementów. 


Tyle ostateczna ocena – a to nie koniec recenzji. Ostatnia część dotyczy pewnej bardzo komiksowej kwestii, którą zawarto w filmie w sposób, który bardzo mi się spodobał i wpłynął na mój pozytywny odbiór filmu. Kwestia ta może jednak zostać uznana za spojlerową w oczach wrażliwych odbiorców, dlatego umieszczam ją na końcu i oddzielam tym dłużącym się, ostrzegawczym akapitem. Tyle chyba wystarczy.


"Ant-Man" wprowadza do MCU koncepcję, którą Amerykanie nazywają "legacy character" – zmianę pokoleniową wśród superbohaterów. To te sytuacje, gdy starzejący się bohater znajduje adepta, który później go zastępuje, albo gdy zainspirowany czyimś poświęceniem bohater przejmuje jego tożsamość i kontynuuje jego dzieło. Stary Bruce Wayne uczący Terry'ego McGinnisa jak być Batmanem, Wally West przejmujący rolę Flasha po śmierci Barry'ego Allena. Sięgnąłem po przykłady z komiksów / animacji DC, bo w komiksach wielkiej dwójki "legacy character" to zjawisko kojarzone z DC właśnie. W zasadzie trudno mi wskazać jakiś dobry przykład z komiksów Marvela – najbliżej byłby chyba Miles Morales, przejmujący rolę Spider-Mana po śmierci Petera Parkera w świecie Ultimate. Och, było wiele innych, podobnych sytuacji – jak wtedy, gdy Bucky został Kapitanem Ameryką po śmierci Steve'a Rogersa – ale, i to jest dość ważne, Marvel zazwyczaj dość szybko odkręca te zmiany. Jakieś trwalsze przekazywanie pałeczki następuje co najwyżej na drugim czy trzecim planie, wśród mniej popularnych, nie sprzedających się tak dobrze postaci (np. White Tiger). W komiksach DC było sporo sytuacji, gdy te zmiany przyjmowały się, i trwały, i trwały. Przynajmniej do ostatniego resetu i inicjatywy New52. Ale nie będę teraz wchodził ani w resety DC, ani w próbę wyjaśnienia, czemu DC ma te "legacy characters", a Marvel – praktycznie nie. Ważny jest sam koncept.

Scott Lang nie jest w MCU pierwszym Ant-Manem. Okazuje się, że Hank Pym nie tylko opracował technologię pomniejszania, ale i sam działał jako Ant-Man pod koniec Zimnej Wojny. Po prostu dotąd o nim nie słyszeliśmy (my, widzowie) – a ponieważ łatwo go przegapić, no i wykonywał tajne misje dla SHIELD, świat MCU również o nim nie wie. A przynajmniej… no, nie wchodźmy w to teraz. Ważne jest to, że oto mamy na ekranie relację superbohatera–mentora z superbohaterem–uczniem. Konsekwencje są wielorakie. Dla świata MCU – okazuje się, że "coś się działo" między II wojną światową, a debiutem Iron Mana, co może być tematem późniejszych filmów / seriali. Dla widzów i producentów MCU – bo oto widzimy, że nie tylko twarz aktora pod maską może się zmienić (jak w wypadku War Machine), ale że może się zmienić również bohater pod maską. Dla mnie jako fanboja – bo oto Marvel wprowadził na ekran relację kojarzącą się ze światem DC, zanim zrobiło to DC, i daje mi to jakąś bezsensowną, złośliwą satysfakcję, choć przecież obiektywnie wiem, że Marvel i DC są siebie warci. 

I wreszcie – znowu dla mnie, jako czytelnika komiksów. Bo przedstawiona na ekranie relacja starszego już Hanka Pyma, szkolącego młodszego Scotta Langa, ma dużo więcej sensu i wypada naturalniej, niż ich komiksowa relacja. Tyle tylko, że bez lekkiego mieszania w continuity i przepisywania wydarzeń z komiksów wydanych w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat, jest to relacja nie do przeniesienia na papier, ponieważ zarówno komiksowy Hank Pym jak i komiksowy Scott Lang tkwią w pułapce "tradycyjnego, niezmiennego wieku odpowiedniego dla superbohatera". W komiksach obaj mają "prawdopodobnie trochę ponad trzydzieści lat, ale nie podajemy konkretnych liczb, żeby nikt nam później tego nie wytknął" i to się najprawdopodobniej nigdy nie zmieni. Ale cieszę się, że zostało to zmienione na potrzeby filmu.

I to jest dobre zdanie na definitywny koniec recenzji. W końcu jak często zdarza się, by czytelnik komiksów pisał coś takiego o ekranizacji?

Krzycer
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.