Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Guardians of the Galaxy" - Kminek

"Awesome, awesome, awesome, awesome. Trochę chaotyczna, ale najbardziej luzacka, najbardziej wychillowana, a przy tym idealnie balansująca pomiędzy patosem i humorem, wizualna perełka Marvela."

gotg.jpg

"Awesome, awesome, awesome, awesome. Trochę chaotyczna, ale najbardziej luzacka, najbardziej wychillowana, a przy tym idealnie balansująca pomiędzy patosem i humorem, wizualna perełka Marvela."

Tego smsa wysłałem do swojego najlepszego kumpla jakieś pięć minut po wyjściu z seansu "Guardians of Galaxy". Krótki, zwięzły, treściwy przekaz dla osoby nie związanej ze "świadkiem Marvela", by ostatecznie przekonać ją do dołączenia do naszej grupy. Jednocześnie ten sms to baza, swoisty kręgosłup na którym będę budował moją poniższą recenzję. Zaczynajmy więc…

1. "Trochę chaotyczna…" - To było moje pierwsze spostrzeżenie. Mimo świetnie rozpisanej historii, nie da się ukryć, że początek jest okrojony do maksymalnego minimum. Część rzeczy, które w znacznym stopniu wpływają na fabułę filmu jest oczywiście wyjaśniona, ale nieco pobieżnie, co utrudnia odbiór. Chodzi tu oczywiście o zdarzenia motywujące zachowania poszczególnych bohaterów, powodujące w dwóch przypadkach, że odbieramy dane postacie jako jednowymiarowe i niepełne. 

Moje wrażenie nieco chaotycznego scenariusza spotęgował brak kilku "scenek" pomiędzy większymi sekwencjami scen. Może się troszkę czepiam, ale w niektórych przypadkach aż się prosi o jeden, kilkusekundowy dodatek. Ci, którzy oglądali pewnie wiedzą, o co mi chodzi. A jeśli nie, to podpowiem - w jednej scence jest patyk, a w drugiej… Sami wiecie.

gotg.jpeg

2. "…najbardziej luzacka i najbardziej wychillowana…" - Tak, teraz jest ten moment w mojej recenzji, w którym rozpływam się nad geniuszem filmu. Może to trochę nudne, ale co z tego, skoro czuję się w obowiązku, by to robić?

"Guardians of the Galaxy" dobrym filmem jest. Składa się na to wiele czynników. Od świetnie napisanego scenariusza, przez efekty specjalne, aż po grę aktorów. Zwłaszcza te dwa ostatnie przykłady są prawdziwymi filarami filmu. O efektach za chwilę, najpierw kreacje aktorów.

Chris Pratt, aka Peter Quill, aka Star-Lord (legendary outlaw, guys!) nie jest drugim Robertem Downeyem Jr. Nie jest i kropka. Jego Peter Quill jest zupełnie inny niż Tony Stark. Owszem, jest równie złośliwy, chamski i bezkompromisowy, ale na tym koniec podobieństw. Star-Lord nie jest nowym Iron Manem.
Star-Lord jest zupełnie świeżą kategorią postaci - z inną historią i innymi problemami, o których, powiedzmy sobie szczerze, Tony Stark nie śnił aż do bitwy o Nowy York. Peterowi brakuje, charakterystycznej dla Starka, smykałki złotego chłopca z dobrego domu - zamiast niej, Star-Lord uzbrojony jest w nieco gruboskórną powierzchowność, beztroskę i luz młodego człowieka.
Quill w brawurowym wykonaniu Pratta, jest kwintesencją stawania się bohaterem, dorastania do podejmowanych decyzji, walki mimo przeciwności losu. No i proszę wszystkich malkontentów o przyznanie mi racji - nawet Stark nie rozproszyłby wroga w taki sposób, w jaki zrobił to Quill.

Na tle Pratta, Saldana i Bautista wypadają słabiej, lecz i tak zdecydowanie lepiej niż to zakładałem. Gamora oraz Drax to para postaci z innej bajki - o ile ta pierwsza ma w sobie pokłady racjonalnego myślenia, to poczciwy gigant jest całkowicie oderwany od rzeczywistości. O ich kreacjach mogę wypowiedzieć się krótko - co mieli zagrać, to zagrali. Nie zgadzam się tylko z twierdzeniem, że Saldana nie udźwignęła roli, albo wypadła nieprzekonująco. Moim zdaniem dała z siebie wszystko, po prostu brakło czasu dla pełnego opowiedzenia jej historii.

"Bad Guys", czyli Ronan, Thanos, Nebula i w pewnym stopniu Collector [chociaż to chyba jest najbardziej skomplikowana postać w całym filmie] mają ten sam problem, co Gamora i Malekith z drugiej części przygód Thora. Za mało miejsca poświęcono na przedstawienie ich racji, dlatego wypadają dosyć blado, jako kolejni "źli-dla-samego-bycia-złymi". A szkoda, bo w tych postaciach tkwi ogromny potencjał [zwłaszcza w Nebuli].

gotg1.jpg

Zanim opiszę duet kradnący każdą scenę filmu, chciałbym się przez chwilę skupić na Yondu. Nie da się ukryć, że postać ta najbardziej odbiega od komiksowego pierwowzoru, ale czy rzeczywiście na minus? Moim skromnym zdaniem absolutnie nie! Jest nieprzewidywalny, postrzelony, ale w gruncie rzeczy dobry z niego gość.
James Gunn doskonale ukazał relację łączącą go z Quillem i konsekwencje, które rodzi ona dla obu panów.

Jako ostatnich, podobnie jak reszta moich szacownych Kolegów Recenzentów, opiszę Rocketa i Groota. Opiszę krócej, bowiem wszystko, co można o nich powiedzieć, zostało powiedziane - wspaniałych efektach specjalnych, o świetnie rozpisanych dialogach, o doskonałej robocie Bradleya Coopera i Vin Disela. Mnie jednak postacie, mimo całej swojej egzotyki, ujęły swojskością - Rocket, mimo awanturniczego usposobienia, jest samotnikiem szukającym przyjaźni, a Groot to wierny stwór o sercu dziecka, esencja ciepła i miłości do drugiego człowieka.

Moją ulubioną sceną z ich udziałem jest dialog dotyczący niewdzięczności Quilla za ratunek z rąk przeciwników. Teksty Rocketa i pełna dezaprobaty mina Groota to prawdziwe mistrzostwo świata!

3. "…idealnie balansująca pomiędzy patosem i humorem…" - Wreszcie mamy film, w którym wszystko wypada naturalnie. Kiedy atmosfera staje się zbyt pompatyczna jeden celny komentarz Rocketa, albo gag sytuacyjny, sprowadza fabułę na "właściwe" tory. Oczywiście nie brakuje w filmie momentów podniosłych, ale idealnie wpasowują się do konwencji przygotówki science-fiction.

4. "…wizualna perełka Marvela." - Na koniec zostawiłem sobie efekty specjalne. O nich mógłbym pisać godzinami, ponieważ miażdżą dotychczasowe dokonania marvelowskich speców - są doskonalsze nawet od tych z "Thor: The Dark World", a "Iron Mana 3" zostawiają daleko, daleko w tyle. Milano, statek Ronana, Knowhere, końcowa bitwa… To tylko niektóre z prawdziwych dzieł sztuki. Nic dodać, nic ująć. J.J. Abrams powinien się zacząć bać o swoje "Gwiezdne Wojny", bowiem "Guardians" naprawdę wysoko zawiesili poprzeczkę, jeśli chodzi o generowanie galaktycznych różnorodności.

gotg1.jpg

5. Nim skończę, chciałbym jeszcze wspomnieć o muzyce, która jest integralną częścią filmu. Hity z kasety Petera nie tylko ubarwiają nam odbiór, ale pomagają także zrozumieć i jeszcze bardziej polubić Star-Lorda oraz jego szaloną kompanię, a także, co ciekawe, poznać gust muzyczny reżysera filmu.

"Guardians of the Galaxy" to wcale nie taka naiwna opowieść o dorastaniu do roli bohatera, pozwalająca się wzruszyć, zachwycić i przede wszystkim dobrze się bawić i naładować wewnętrzne akumulatory sporą dawką pozytywnej energii. Słowem, jest to pozycja obowiązkowa dla każdego fana Marvela.

A jeśli moje wypociny Was nie przekonały, mogę Was tylko poprosić o obejrzenie "Strażników Galaktyki", byśmy wszyscy razem, z pełnią zrozumienia, mogli powiedzieć:
"We are Groot".

Autor: Kminek

gotg4.jpg
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.