Avalon » Publicystyka » Artykuł

Recenzja filmu "Wolverine" - Kminek

Zacznę od rzeczy zaskakującej. Otóż, zwiastuny nas oszukują. Mówię to z ręką na sercu. Ostrzegam i zastrzegam jedną, zasadniczą rzecz - idąc na ten film do kina, nie sugeruj się, Drogi Odbiorco, zwiastunami.

Recenzja filmu "Wolverine" - Kminek


banner1.png


Zauważyłem, że w Hollywood wyrosła moda na ukazywanie "bohatera w drodze", której celem jest zwykle poświęcenie się dla dobra ogółu. Pierwszy był Christopher Nolan ze swoją świetną trylogią o Batmanie, a następnie Shane Black i jego "Iron Man 3". Przedstawiony w obu trylogiach bohater powoli dojrzewa, zmienia się, by w ostatniej części ponownie wrócić do źródła swojego bytu i jeszcze raz, od podstaw przewartościować całe życie. "Wolverine" budowany jest poniekąd na podobnej konstrukcji. Na szczęście, tylko poniekąd.
     
Film zaczyna się od retrospekcji, swoistego prologu wprowadzającego w specyficzny, wręcz orientalny nastrój obrazu. Dowiadujemy się z niej, że Logan, żołnierz walczący na frontach II Wojny Światowej, był w Japonii podczas zrzucenia bomby atomowej na Nagasaki. Wolverine ratuje tam przed niechybną śmiercią od eksplozji i napromieniowania jednego z oficerów armii japońskiej – Yashidę. Kanadyjski mutant nie zdaje sobie sprawy, że dekady później to spotkanie spowoduje niemały zamęt w jego życiu.

Historia przedstawiona w "Wolverine" dzieje się kilka lat po "X-Men: Ostatni Bastion". Logana spotykamy w wyjątkowo trudnym dla niego momencie. Mutant porzuca tożsamość Rosomaka. Zbolały, dręczony wyrzutami sumienia i wizjami ukochanej, któą zmoszony był zabić, żyje w dziczy, ograniczając kontakty ze światem zewnętrznym do minimum. W trakcie jednej z nielicznych wizyt w pobliskim miasteczku spotyka tajemniczą Yukio, która prosi go o spełnienie pozornie drobnej prośby.

Akcja przenosi się do Japonii, gdzie poznajemy klan Yashidów i wielopłaszczyznowe relacje jakie łączą poszczególnych członków rodziny. Pojawienie się dawnego przyjaciela nestora rodu spowoduje dalsze zawirowania i komplikacje.

wolverine1.jpg
     
Zacznę od rzeczy zaskakującej. Otóż, zwiastuny nas oszukują. Mówię to z ręką na sercu. Ostrzegam i zastrzegam jedną, zasadniczą rzecz - idąc na ten film do kina, nie sugeruj się, Drogi Odbiorco, zwiastunami. A dlaczego? Dlatego, że "Wolverine" to film zupełnie innych od pozostałych obrazów poświęconych mutantom. Trailery to w większości pocięte sceny dynamiczne, pełne akcji i efektów specjalnych. Niestety nie oddają charakteru dzieła Jamesa Mangolda. Oczywiści, to nadal film akcji, ale bliżej mu raczej do sensacyjnych filmów lat osiemdziesiątych połączonych z kryminałami noir, niż do produkcji science fiction. Efekty specjalnie już nie biją po oczach, są one dopracowane i wysublimowane, o tym jednak za chwilę.
     
Przede wszystkim chciałbym podkreślić, że najważniejszą rolę w tym filmie odgrywa sama Japonia. Widać, że zarówno reżyser, jak i scenarzysta, są zachwyceni "Krajem Kwitnącej Wiśni". Razem z Wolverine'em, widzowie odkrywają złożoność obyczajów, wierność tradycji i honor, charakterystyczne dla dalekowschodniej ojczyzny samurajów. Egzotykę kulturową podkreślają świetne zdjęcia oraz nastrojowa muzyka, budzące poczucie nostalgii. Logan musi się uczyć obcej, nieznanej kultury, do której podchodzi z charakterystycznym dla siebie sceptycyzmem. Jego dystans ukazany jest najlepiej podczas rozmowy z Mariko, która kwituje dyskusję słowami "Nie jesteś z Japonii, więc nie zrozumiesz".
     
Co do scenariusza mam, szczerze mówiąc, mieszane uczucia. Nie czytałem komiksu, na bazie którego powstał film, więc nie mam porównania. Jak w dobrym filmie sensacyjnym jest intryga (nawet kilka, niezależnych od siebie intryg, które mogą w pewnym momencie wprowadzić niemały zamęt w głowie), lecz, jeśli widz pilnie śledzi przebieg akcji, nie będzie specjalnie zaskoczony rozwiązaniem tajemnicy. Warto nadmienić, że "Wolverine" jest jednym z poważniejszych, jeśli nie najpoważniejszym z filmów poświęconych bohaterowi Marvela. Trup ściele się gęściej niż w innych produkcjach, także humoru jest zdecydowanie mniej. Jednakże, kiedy już element humorystyczny pojawia się na ekranie, nie jest on wymuszony, sztuczny, czy w złym guście.

Nie udało się jednak uniknąć nawiązań do filmów poświęconych japońskiemu orientowi, czy logicznych nieścisłości. Miejscami wydawało mi się, że oglądam "Ostatniego Samuraja", a pewne wątki (jak choćby pozbawienie Wolverine'a mocy, albo sposób działania zbroi Silver Samuraja) są wyjaśnione pobieżnie, oględnie, lub wyjaśnienie jest pominięte. Muszę jednak przyznać, że finał mnie zaskoczył (i nie mówię tu o scenie po napisach, na którą notabene, trzeba czekać o wiele krócej niż przy filmach ze studia Disneya).
     
Strzałem w dziesiątkę była zmiana wyglądu szponów Wolverine'a. Wyglądają one bardziej naturalnie, wręcz zwierzęco. Także drobne zmiany w image'u głównego bohatera wypadają na korzyść. Krótka fryzura nadaje mu poważniejszy, dojrzalszy wygląd, a muskulatura robi naprawdę piorunujące wrażenie, wzbudzając ukłucie zazdrości w męskiej części widowni. Efekty specjalne są, jak już wspomniałem, dopracowane, a przede wszystkim nierażące w oczy. Poparzony Wolverine, łóżko Yashidy, czy zmieniająca skórę Viper to prawdziwe majstersztyki. Gorzej wypada animacja zbroi Silver Samuraia, która przywodzi na myśl Iron Mongera z pierwszej części Iron Mana. Sceny walki są dopracowane, dynamiczne, zwłaszcza te, w których Wolverine, nie bez trudu masakruje dziesiątki przeciwników. Co ciekawe, nie jest to krwawe widowisko, krew pojawia się na dobrą sprawę tylko raz, podczas jednej z najdziwniejszych scen całego filmu.
     
Jeśli chodzi o obsadę, to pierwsze skrzypce grają dwie osoby. Pierwszą jest oczywiście Hugh Jackman. Po raz piąty, a licząc króciutką scenę w "X-Men: First Class" szósty raz, australijski aktor wciela się w postać Rosomaka, ale widać, że nie jest nią zmęczony. Wolverine w jego wydaniu jest kimś innym niż poprzednie wersje. Problem amnezji sprowadzony jest na dalszy plan – w "Wolverine" Logan to przede wszystkim człowiek zmęczony, samotny, świadomy własnej alienacji. Jest zgorzkniały, odseparowany od reszty, walczący nie tylko z Yakuzą, ale i z samym sobą. Jackman doskonale oddał założenia postaci. Zwierzęca dzikość, poleganie na instynktach zderza się tu nagle z zupełnie nową dla mutanta sytuacją – brakiem jego największego atutu, pozbawieniem zdolności regeneracji. Wątek utraty mocy jest związany także z drugim filarem, na którym aktor buduje rolę Howletta – Logan musi sobie odpowiedzieć, kim jest, gdzie jest jego miejsce w świecie, czy powinien powiedzieć sobie dość. Ukazaniu tych rozterek służą sceny rozmów z Jean Grey. Te kilka scen jest dla mnie nie lada gratką, bowiem reżyser przerywa tu utarty schemat. Jean, największa miłość Logana, nie jest jego aniołem stróżem, nie wspiera go w drodze. Wręcz przeciwnie, Jean namawia go do zaprzestania walki, do poddania się. Jest personifikacją jego wątpliwości, strachów, pragnień. I to właśnie z nią musi się mentalnie zmierzyć mutant.

Wolverine w wydaniu Jackmana to istota pełna sprzeczności, rozdarta nie tylko między miłością do Jean, a nowym, rodzącym się uczuciem, ale także, a może co ważniejsze, pomiędzy chęcią odejścia a poczuciem obowiązku.

yukio1.jpg
     
Jackmanowi dorównuje kroku Rila Ai Fukushima, czyli filmowa Yukio. Ta japońska aktorka o specyficznej urodzie gra zadziorną, momentami bezczelną mutantkę. Dziewczyna otrzymała zadanie odnalezienia Wolverine'a, który zaczyna ją coraz bardziej fascynować. Z czasem fascynacja przeradza się w przyjaźń.

Yukio to postać niezwykle ciekawa. Na pierwszy rzut oka to stereotypowa, japońska nastolatka – kolorowe włosy, pstrokate i wymyślne stroje, niebanalny sposób bycia. Bardzo podobała mi się ekspresja i żywiołowość tej postaci. Okazuje się jednak, że pod tym płaszczem zadziorności kryje się wrażliwa, przywiązana do rodziny i tradycji, świetnie wyszkolona wojowniczka. Moim zdaniem, rola Yukio została zbudowana na bazie komiksowej Jubilee, lub filmowej Rouge, bowiem jej stosunki z Loganem do złudzenia przypominają więź, jaką łączyła Rosomaka z wyżej wymienionymi dziewczętami.

Warto jeszcze wspomnieć o Shingenie Yashidzie. Hiroyuki Sanada, jeden z moich ulubionych, azjatyckich aktorów, jako skrzywdzony syn wypada przekonująco, niestety pojawia się na krótko. Moim zdaniem - zbyt krótko.
     
Reszta obsady wypada gorzej. Mariko Yashida jest grzeczna, miła i zagubiona, ale jako balsam na rany Wolverine'a nie wypada przekonująco. Swietłana Chodczenkowa odgrywająca Viper owszem, jest uwodzicielsko piękną femme fatale, lecz nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż widzę mało wyrazistego sobowtóra Poison Ivy z "Batmana i Robina". Także Hal Yamanouchi jako staruszek Yashida nie tworzy oscarowej kreacji, ot, jest zwyczajnie poprawny. Najgorzej zagraną postacią jest Kenuichio Harada. Odgrywający rolę łucznika, Will Yun Lee albo nie miał pomysłu na tę postać, albo, jak mawia mój przyjaciel "zagrał na tyle dobrze, na ile pozwolił mu reżyser".
     
Co do wad, to oprócz wymienionych powyżej mankamentów, w oczy kłuje jeden motyw [uwaga, spoiler]. Wolverine, z niezbyt logicznie wyjaśnionych powodów, ucieka z Mariko do Nagasaki, a co ważniejsze, moim zdaniem, zbyt szybko zakochuje się w niemal zupełnie nieznanej sobie dziewczynie. Uczucie, które całkowicie zmieniło nastawienie głównego bohatera, zostało potraktowane zbyt powierzchownie i to jest niestety największa usterka filmu. [koniec spoilera]
     
"Wolverine" nie jest filmem dla ludzi spodziewających się kopii "Avengers", czy "Iron Mana 3". James Mangold stworzył obraz ubogi w postaci, czy fajerwerki efektów specjalnych. Jest przeznaczony dla dojrzalszych odbiorców, ceniących kunszt wykonania i głębię przeżyć ponad szybką, nieprzemyślaną akcję oraz przysłowiowe "mordobicie". "Wolverine" to film hermetyczny, zamknięty, stanowiący historię istoty obdarzonej darem stanowiącym największe pragnienie ludzkości. Darem, który jest przekleństwem nie dla kultowego bohatera, ale dla zmęczonego życiem, nieszczęśliwego mężczyzny, gaijina*, szukającego swojego miejsca w świecie.

Autor: Kminek


poster1.jpg
* cudzoziemca
Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2018 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.